Etykiety

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tekst. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tekst. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 sierpnia 2012

somewhere only we know

robiąc porządki na komputerze, natknąłem się na jakieś niedokończone przemyślenia. data powstania dokumentu wskazuje jeszcze zeszły rok. ciekawe co jeszcze tutaj znajdę. macie i czytajcie. :)



                Gwiazdy. Niedoścignione marzenie ludzkości. Czysta kwintesencja naszej niezmiennie trwającej od zarania dziejów niewiedzy. Tak blisko – wręcz na wyciągnięcie ręki! – a jednak tak daleko. Od kiedy człowiek zaczął używać mózgu do czegoś więcej niż przeciętny szympans, fascynowały go te świetliste punkty. To przecież właśnie Słońcu i Księżycowi przypisywano pierwsze siły boskie. Ba, to od nich narodziły się wszystkie dzisiejsze religie. I kto wie, czy do tego pierwotnego punktu znowu nie zmierzają. Jakby ludzkość nie nazwała swego stwórcy, koniec końców powiela on schemat wiary w słońce. Zresztą czy tak nie byłoby prościej? Pomyślcie. Wszystkie oczy świata codziennie konfrontują się z Bogiem. Że słońce nie tłumaczy naszego powstania? Przepraszam za brak subtelności, ale chcecie mi powiedzieć, że niewidzialny pan robi to lepiej? No właśnie. Poza tym nie chodzi mi o to, kto i jak nas stworzył. Te kwestie pozostawiam do wytłumaczenia nauce. Bardziej ciekawi mnie aspekt…  powiedzmy psychologiczny. Wracając, domniemana wszechmoc boska w jakimś stopniu równa się potędze słońca. Dlaczego? Już starożytni doskonale wiedzieli, że ostatecznie bez tej wielkiej rozgrzanej kuli nie przeżylibyśmy nawet najmniejszej milisekundy. To ona umożliwia nam życie. Nie każe nam być dobrymi – od tego każdy człowiek posiada własne sumienie, moralność, „wewnętrzne ja” – co najwyżej mogłoby nas prosić o bycie ekologicznymi. „Idźcie i głoście światu ekologię” – powiedziała wielka świecąca planeta pierwszym ludziom. No cóż. Za to pytanie o powód rozpoczęcia czci ku słońcu jest raczej zbędne.
                Poza swoistą wiarą w najbliższe gwiazdy, kult planet wykorzystywali między innymi Egipcjanie. Prawe oko Ozyrysa rzekomo symbolizujące słońce, oraz lewe księżyc. Zatrzymajmy się chwilę przy tym niesamowitym kraju. Zdradzę wam, że jestem jednym z tych świrów zafascynowanych sprawą piramid. Kto, jak, dlaczego, dlaczego tutaj – stały zestaw pytań. Ktoś powie, że jemu to na lekcji wytłumaczyli. Mnie też. Tylko trzy czwarte z tego – przepraszam za wyrażenie –  to gówno prawda. Naukowcy aktualnie dalej pracują nad tą łamigłówką. Mnie nie pozostaje nic innego jak polecić przeróżne filmy dokumentalne, reportaże, artykuły, całe książki. W końcu pogdybać zawsze miło. Ale o samych piramidach kiedy indziej. Z kultem planet o krok dalej posunęli się starożytni rzymianie. Mars, Merkury, Wenus, Saturn, Neptun – zaledwie kilka przykładów. To tylko potwierdza nasze trwającego po dziś dzień wielkie zainteresowanie niebem. W kosmosie jak i oni poszukujemy odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Choć minęły tysiące lat, a my mamy czelność nazywać się „oświeconymi”, dalej pozostajemy głupi. Bez odpowiedzi. I wiecie co? Myślę, że owych nigdy nie mieliśmy poznać. Czy było to z góry zaplanowane (uwaga, wkraczamy w sci-fi) czy też nie. Fakt ten nie zmienia niczego. Mieliśmy pozostać ślepi. Wiedza ostateczna mogłaby nas przerosnąć, zniszczyć, doprowadzić do czegoś gorszego niż nawet nasz własny upadek. Czyż nie byłaby to fantastyczna historia? Przypomnijmy sobie teorię tak zwanych wymiarów. Może chodzi dokładnie o to. Każdy wymiar ma nad sobą wyższy. Każdy wymiar czeka na punkt kulminacyjny – moment odkrycia tajemnicy powstania. Może nawet możliwości stworzenia. Niczym swoiści bogowie. I tak od kwadrylionów lat. Wymiar po wymiarze. Może nawet ci wielcy „bogowie” zachłyśnięci własną potęgą giną, robiąc miejsce własnym tworom? To nawet znalazłoby pewną alegorię w mitologii greckiej. Nie-sa-mo-wi-te. Nie mówcie, że tylko mnie to tak fascynuje? Ech. Choć wizja pasjonująca, to nie odpowiada na żadne z pytań. Rodzi ich jeszcze więcej. No cóż.
                Ciekawi mnie też podobieństwo kosmosu do świata atomów. Czyż nie interesująca jest wizja bycia czymś mniejszym od atomu w czyimś świecie? I na odwrót. Bycie wszechświatem?  Idąc dalej tym tropem, może zamiast szukać odpowiedzi daleko w kosmosie prościej byłoby ich poszukać tuż koło nas?


widzę parę błędów w rozumowaniu, wyobraźnia też chyba zaczynała mnie przerastać.
nieważne.


'This is the last time
That I will show my face
One last tender lie
And then I'm out of this place'

sobota, 2 czerwca 2012

potrzebowałem gdzieś zapisać co ciekawsze rzeczy, którymi się ostatnio interesuję. a przy okazji może kogoś zarażę swym - nazwijmy na wyrost - zapałem. uwaga: jeśli teorie spiskowe illuminati to dla ciebie za dużo, zakończ swoje czytanie na tym zdaniu (albo omiń parę nagłówków tekstu). teorie, gdybania, domysły. to wszystko byłoby przezabawne gdyby naprawdę nie nadawało jakiegoś ogólnego sensu. a może... ale to napiszę potem. zawsze mnie bawiło szukanie dziury w całym, a teraz mam z tego prawdziwy ogrom frajdy. dużo bezpośrednio moich myśli tutaj nie znajdziecie, będę prawdopodobnie rzucał pojedynczymi hasłami, linkami, filmikami. jeśli już w jakimkolwiek stopniu kogoś zainteresowałem, to chyba możemy zaczynać. zakładam z góry, że czytający na własną rękę ogarną po części temat iluminatów i NWO i nie zgubią się zanadto w pokładach tekstu.

Astana - miasto Illuminati

"Kazachstan [Astana stała się nową stolicą tego kraju - przyp. moje] to jeden z biedniejszych rejonów na świecie, była Republika Radziecka, biedniejsza niż Ukraina i Białoruś, a na pustyni powstaje super nowoczesne miasto, za grube pieniądze (prawie od zera.)"

Astana filmik i bezpośrednie nawiązania symboliki, również omówione dalej przeze mnie.

"Wszystko wskazuje na to, że to w Kazachstanie, a nie jak wielu sądziło w USA dojdzie do pierwszego - oficjalnego - kontaktu z cywilizacjami pozaziemskimi. Powstanie tam bowiem pierwsza kosmiczna ambasada z lądowiskiem dla spodków i stanowiskiem dla tłumaczy. Nie wiadomo na razie jednak, z jakiego języka.
Republika Kazachstanu w Centralnej Azji - zgodnie z informacjami lokalnej prasy cytowanymi przez portal express-k.kz - już ma wyznaczony plac pod budowę ambasady.

Jest to duże pole w mieście Ałmaty. Ma tam się znajdować - oprócz lądowiska i odprawy dla obcych - hotel dla gości, teatr i stanowisko dla tłumaczy.

Kazachski rząd wierzy, że kontakt z kosmicznymi cywilizacjami jest nieunikniony. Jeśli mieszkańcy republiki będą pierwszymi, którzy powitają obcych, kraj ten może wiele zyskać ? czytamy. Kierujący państwem uważają również, że jest to szansa, aby pokazać światu, że ich kraj prowadzi otwartą na przyszłość politykę."

"W roku 2012 w Kazachstańskim mieście Astana, obfitującym we wszystkie tajemnicze sekrety okultystyczne, ma się zebrać IV Kongres przywódców państwowych i... religijnych, aby obradować dalsze losy naszej planety.

I Kongres odbył się 23-24 września 2003 r. w Astanie.

II Kongres odbył się 12-13 września 2006 r. również w Astanie w specjalnie na ten cel wybudowanym Pałacu Pokoju i Pojednania (ma on kształt piramidy o wysokości 77 [7 była dla masonów i iluminatów liczbą doskonałą - przyp. moje] metrów). Zgromadził on wysokich przedstawicieli najważniejszych religii świata oraz gości z 26 krajów, pod hasłem "Religia, społeczność i międzynarodowe bezpieczeństwo".


III Kongres Liderów Religii Światowych i Tradycyjnych odbywał się w stolicy Kazachstanu - Astanie, od 1 do 2 lipca 2009. Na spotkanie przybyli przedstawiciele 77 grup wyznaniowych z całego świata. Tematem tegorocznego zjazdu była "Rola przywódców religijnych w budowaniu świata opartego na tolerancji, wzajemnym szacunku i współpracy".

IV Kongres już w 2012 roku"

















"Piramida pokoju" (zresztą podobne symbole - w postaci budynków-piramid - prezentujące wyższość elit ponad szarymi masami są porozmieszczane na całym świecie, np.: Pyramid Memphis Area, Pyramid Las Vegas, Pyramid Dubai)


co znajdziemy w środku owej piramidy?


poziom 1: kiedy wchodzimy do środka, wnętrze jest ciemne, przypominające jaskinię. znajduje się tam 'opera house', gdzie nieświadome masy będą zajmowane rozrywką. powierzchnię praktycznie całego sufitu zajmuje obraz słońca. [słońce - uważane za symbol lucyfera, symbol okultystyczny związany z iluminatami przyp. moje]




poziom 2: dokładnie ponad operą. słońce z dołu, to "stół" na górze. co to jest? sala konferencyjna. dla kogo? to właśnie tutaj odbywają się wspomniane spotkania religijne. to wokół tego stołu, wokół słońca, zasiadają największe osobistości świata religijnego. omawiają, jak pogodzić dzielące ich różnice. (po co? znów odsyłam do NWO i New Age). symbolika zresztą jest tu dziecinnie prosta. wszystkie religie wyrosły z pierwotnego kultu słońca. (przemyślenia na temat Lucyfera i jego symbolu są jak najbardziej aktualne).

ten poziom jest też o wiele jaśniejszy. symbolizuje postęp w kierunku ostatecznego óswiecenia. zacząłem opisywać ten poziom słowami, że słońce z dołu, jest tym samym słońcem piętro wyżej. w chwili, gdy ciemny lud zabawiany jest przez rozrywkę w ciemnościach starego świata, Oświeceni rozważają, jak dotrzeć do boskości.


poziom 3, wierzchołek: jest tu dosłownie niebiańsko. okrągłe, przeszklone pomieszczenie opalające się w promieniach słońca. w oknach znajdziemy obrazki przedstawiające białe gołębie, symbolizujące pokój, który nastanie po zjednoczeniu się rządów światowych i religii w imię NWO. wierzchołek reprezentuje ostateczne osiągnięcie światłości.

 
na samym szczycie słoneczne bóstwo oświetla światłych. pięknie, czyż nie?

podział piramidy (najniższa ciemna opera, przejściowa sala konferencyjna i boski wierzchołek) ucieleśniają Pitagorejską wizję świata, która jest studiowana w dzisiejszych społeczeństwach okultystycznych. nie czuję się na siłach do tłumaczenia, więc zacytuję:

"Pythagoras divided the universe into three parts, which he called the Supreme World, the Superior World, and the Inferior World. The highest, or Supreme World, was a subtle, interpenetrative spiritual essence pervading all things and therefore the true plane of the Supreme Deity itself, the Deity being in every sense omnipresent, omniactive, omnipotent, and omniscient. Both of the lower worlds existed within the nature of this supreme sphere."

"The Superior World was the home of the immortals. It was also the dwelling place of the archetypes, or the seals; their natures in no manner partook of the material of earthiness, but they, casting their shadows upon the deep (the Inferior World), were cognizable only through their shadow. The third, or Inferior World, was the home of those creatures who partook of material substance or were engaged in labor with or upon material substance. Hence, this sphere was the home of (…) mankind and the lower kingdoms, those temporarily of the earth but capable of rising above that sphere by reason and philosophy." - Ibid
więc reasumując ta piramida może być czymś o wiele więcej niż zwykłą turystyczną atrakcją. jak już mówiłem - gdybania. 

ale co więcej znajdziemy w owym mieście?


pomnik ten nawiązuje do mitycznego drzewa życia i ptaka szczęścia. Samruk, jak nazwany został ptak, złożył jajko w szczelinie między dwiema gałęziami topoli.

jajko - złoty glob w górnej części pomnika - przedstawia po raz kolejny słońce, symbol najwyższego bóstwa. 

owo "drzewo życia" stanowi kanał, który dusze wykorzystują do opuszczania materialnego i dołączenia do boskiego świata. koncepcja ta jest znana w większości ezoterycznych społeczeństw.



środek kuli: zwrócimy uwagę na dwa dziwne przedmioty. pierwszy to wyżej przedstawiony "przedmiot" z odbitą ręką prezydenta w środku pozłacanego trójkąta. dlaczego? kto wie. jedyne odnalezione przeze mnie nawiązanie to film "Total Recall".


jest to glob wokół którego podpisało się siedemnastu przedstawicieli wyznań. i znowu jestem zmuszony powtórzyć: NWO. (:



filary masońskie: dwa na przedzie i jeden w oddali. czy to może być symbol masoński?


owszem. bliźniacze filary reprezentują dwa filary masonerii: Boaz i Jachin. dokładną symbolikę zostawię w spokoju, odsyłam do wujka google.

"Posadowiony na 20-metrowym betonowym postumencie Khan Shatyr to nie tylko najwyższy namiot na Ziemi, ale i najwyższa budowla miasta stołecznego. Wewnątrz na odwiedzających czekają sklepy, restauracje i kina, a także sztuczna plaża oraz bieżnia. Centrum nie znajduje się pod chmurką, ponieważ Astana leży na półpustynnych stepach. Oznacza to, że tutejsze warunki klimatyczne stanowią dla obywateli prawdziwe wyzwanie. Zimą temperatura spada nawet do minus czterdziestu stopni Celsjusza, a latem termometry pokazują 30 stopni na plusie."
nazywany jest Nowym Jeruzalem.

Te przenośna miejsca kultu, składające się z namiotów, były wykorzystywane przez Żydów w czasach biblijnych. 



Koniec Illuminati?
wszędzie ci iluminaci, a tu nie od tak dawna krąży zapowiedź wielkich aresztowań, w wyniku których miałaby stanąć przed sądem grupa 10 000 ludzi, która rzekomo przez 300 lat miałaby sprawować kontrolę nad systemami finansowymi największych imperiów świata. zarzut: finansowy terroryzm. w poprzedniej części przedstawiłem Iluminatów, New Age, NWO w stricte wizji science-fiction, do czego potem jeszcze nawiążę w dość przekraczający wyobrażenia sposób. a teraz? teraz mamy: iluminatów, masonerię, satanistów i kabalistów, którzy nie są pół-bogami, wysłannikami wyższych cywilizacji. są ludźmi dążącymi do władzy. koniec, kropka. żadnych wyższych ideologii. poprzez kontrolę finansów trzymają władzę w swoich rękach, powoli dążąc do orwellowskiej wizji świata.

Plejadianie - czyli New Age hardkorowo

tutaj nie będę się wypowiadał, zapodam linka do jednej z wielu stron. klik.

moje przemyślenia? numer jeden: mimo że wiele teorii powstawało w różnym czasie, spora część z nich mówi bezpośrednio o 2012 roku. 

numer dwa: wersji o dwunastu włóknach dna nie potwierdza żadna "poważna" strona także... ten tego.
Karty Illuminati

o tym już słyszał chyba każdy. link. że sfałszowane? że do przewidzenia? nie mnie odpowiadać. filmik dość stary, a kolejne przepowiednie się spełniają. ostatnie "proroctwo"? bakteria zjadająca ludzkie ciało:
"Trzy osoby w USA zostały już zainfekowane bakterią Necrotizing Fasciitis, która jeśli dostanie się do ciała przez drobne rany, szybko się namnaża, a jej wydzieliny w postaci toksyn i enzymów powodują gangrenę. Jedyną możliwością usunięcia bakterii jest ucięcie zainfekowanej części ciała.

Aimee Copeland, 24 studentka z Georgii, straciła w ten sposób obie ręce i stopy. Jej życiu wciąż zagraża niebezpieczeństwo. Kolejną ofiarą jest Lana Kuykendall z Połudnowej Karoliny, która dostała infekcji po porodzie. Grozi jej utrata nogi. Trzecią osobą jest Bobby Vaughn, który podobnie jak Aimee znajduje się w szpitalu w Georgii."

czekamy na olimpiadę w londynie oraz nasze polskie euro. :)

a propos olimpiady: poprzeglądajcie sobie stadiony, nie stadiony, różne duperele z tym wydarzeniem związane. symbolika wżera się w oczy.

 Illuminati ogółem


A co tak serio?

koniec paranoi. nie uważam, że cokolwiek z tego jest prawdą. ale równocześnie chcę w to wierzyć. świat byłby o niebo ciekawszy, będąc w rękach ludzi, którzy myślami wyprzedzili pokolenia. będę kontynuował ten wątek ze względu na własne zainteresowanie. tymczasem iluminatów zostawiamy już chyba w spokoju. za to w nagrodę za przerwę bez notek, jadę dalej.

Dawkins wierzący
Wiadomość trudna do uwierzenia. Zatwardziały ateista przyznał, że nie zaprzecza istnieniu Boga. Sens? Who cares. Link. A jednak każdy ma chwile zwątpienia.

Rozmiar wszechświata

Niby nic specjalnego, ale robi ogromne wrażenie. klikklik.

Kod piramid

Niesamowicie ciekawy materiał o starożytnych Egipcjanach, piramidach i tak dalej.  klik

Jak zrozumieć 10 wymiarów - czyli jak fizyka tworzy mindfuck

Nie będę się wypowiadał, nie czuję się na siłach opowiadać czegokolwiek na takie tematy. Jakkolwiek... łał. link

Gdybania ciąg dalszy

Już zostawmy w spokoju tytuł filmiku. Sama idea jest... interesująca. link

Elektrony wiedzą, że są obserwowane

Oglądając kiedyś z siostrą kreskówkę Fineasz i Ferb, usłyszałem zdanie, że oglądanie przebiegu doświadczenia zmienia jego wynik. Uznałem to za głupotę, ot zdanie wypowiedziane na potrzeby fabuły. Później odnalazłem ten filmik i... zaciekawiło mnie to. klik

Idąc dalej tym tropem, modlitwa może wywrzeć skutek w rzeczywistości, tak? "Siła umysłu"? Nie-sa-mo-wi-te jakie możliwości rozwoju posiada ta część nauki.

 Co u mnie?

Na nieszczęście pewnie wielu ludzi wciąż żyję. Jakoś. Kończy się rok szkolny, skończę szkołę ze średnią około 4.9, ostatnie poprawki przede mną. Rok szkolny trwa w tym roku wyjątkowo długo, myślę, że dostanę tam zajoba do tego czasu. Pisałem egzaminy wstępne do klasy dwujęzycznej. Poszły całkiem nieźle, mogę się ubiegać o rekrutację i w ogóle łał. Powinienem się cieszyć czy coś. Ale tego nie robię jeśli chcecie wiedzieć. Nie mam najmniejszej ochoty robienia czegokolwiek. A już na pewno nie zmiany środowiska. O ile obecnego z całego serca nienawidzę, to moje obawy przed nowym kompletnie mnie paraliżują. Zresztą... zacząłem o tej klasie dwujęzycznej. Egzamin zdało 61 osób. A to był dopiero pierwszy termin, będzie tych ludzi jeszcze więcej. Jeśli nie otworzą drugiej klasy o tym kierunku, to życzę powodzenia w tej sieczce. Z załóżmy setki wybrać 26? Powodzenia. Tym bardziej, że na chwilę obecną jestem pewien, że ubiega się o miejsce dwóch laureatów. Zresztą nawet jeśli otworzą dwie klasy, to będzie słabo z tymi ludźmi. Fakt faktem, że o ile nie mylę się w obliczeniach, to będę miał około 150-160 punktów na świadectwie, ale... i tak to się wydaje okropnie mało. Nieważne. Przyszłość jest wciąż niepewna. O tym nie powinienem zapominać.


Skończyło się Glee. Na dodatek w sposób... dość niesatysfakcjonujący. Ech.

SLASH WYDAŁ NOWĄ PŁYTĘ, OMG I'M DYING. IT WAS LIKE: 'OMG, WHAT? I CAN'T EVEN... I LOST MY ABILITY TO EVEN... IT'S JUST...' AND I LOOKED FOR MY HEADPHONES. tutaj cała płyta. 'No More Heroes' chyba moim faworytem.

sobota, 28 kwietnia 2012

never can say goodbye

spacer zaliczony. nie dość że gorąco tam jak cholera, to pełno wszędzie panoszących się ludzi, przydupasów, frajerów, etc, etc. nie dało się oczywiście wyjść tak, żeby nikogo nie spotkać. jakżeby inaczej. ech. najchętniej zamknąłbym się w pokoju, pozasłaniał okna, siadł tutaj przy biurku albo gdzieś w kącie i zajął się sobą. niestety nie mogę sobie pozwolić na takie antyspołeczne zachowania. już nie. za dużo mnie to potem może kosztować. po tym wszystkim, ech. stop.

zastanawiałem się od czego zacząć moje "rozkminy". poprzednie - nazwijmy - odkrycia znajdziecie tutaj: klik i klik. być może pojawiły się też wcześniej, ale nie chce mi się już szukać. więc po chwili zastanowienia postanawiam napisać dzisiaj o hitlerze i jego związkach z kościołem. z góry uprzedzam - nie chcę atakować religii. nie jestem przeciwko niej. wręcz przeciwnie, staram się odkryć do kogo od samego początku się modlimy, czym jest modlitwa, czym są bogowie. atakuję jedynie instytucję jaką jest kościół. myślicie, że księża są wcielonym dobrem, bo tak się przyjęło lub mówią wam to w szkole. niestety zawiodę was. kościół jest, kolokwialnie rzecz biorąc, złoczyńcą w białych rękawiczkach. puste słowa? kolejne notki będą bronić mojego zdania. wy już sami zajmiecie się swoimi poglądami. gotowi? to jedziemy.

powszechną prawdą jest, że hitler był ateistą i tak samo jak rosyjscy zaborcy chciał pozbyć się kościoła. jednak te "powszechne prawdy" mają to do siebie, że zwykle przedstawiają najwygodniejsze dla pewnych ludzi informacje. pytanie brzmi: czy hitler naprawdę był ateistą? jaki związek ma kościół z nazistami?


najbardziej banalnym argumentem o pobożności wodza mógłby być fakt (poparty zdjęciami), że zdejmuje on czapkę przed każdym wejściem do kościoła... za słabo? jedziemy dalej.


księża pomagali żydom podczas wojny, czyż nie? i co z tego! tak naprawdę tylko nielicznych (w skali wszystkich ofiar wojny) spotkała kara. jakoś udało się klerykom przeżyć tę wojnę. nawet na terenie niemiec. dlaczego zatem hitler nie likwidował kościoła...? nawet pierwszy rozdział jego książki mówi o tym, że zabijając żydów, powołuje się na boga i biblię. więcej! każdy niemiecki oficer musiał złożyć przysięgę o treści: "W imię Boga wszechmogącego przysięgam lojalnie służyć furherowi".

watykan ma/miał bardzo wspólnego z hitlerem. ówczesny papież - pius XII - nazwał adolfa zbawicielem. symbolika noszona przez papieża przypomina tę, którą nosili naziści (choćby krzyż maltański, który więcej wspólnego ma z pogaństwem niż z jezusem). swoją drogą ten sam papież wraz z kurią rzymską  stają w obronie oskarżonych o zbrodnie przeciw ludzkości. chce ułaskawienia 200 zbrodniarzy hitlerowskich. a to tylko jeden krótki epizod szeroko zakrojonej akcji ratowania hitlerowców przed odpowiedzialnością karną.

ciekawostka: obecny papież należał do hitlerjugend - dosłowne tłumaczenie "młodzież hitlera".





kolejne, dość niebezpieczne wnioski czy przypuszczenia, zostawiam do przemyślenia wam. :)



temat pokrótce opowiedziany, może kiedyś go kontynuuję. tymczasem - chcielibyście coś dodać? :)

EDIT [02.2013]: ciemny okres w moim życiu, nie bierzcie tego tak na serio. huh.


Darren Criss - Not Alone
będę was dręczył nim, huhuhu.
'Oh cause you're here with me
And nothing's ever gonna bring us down
Cause nothing, nothing, nothing can keep me from loving you
And you know it's true'

The Ramones - Blitzkrieg Bop

poniedziałek, 21 listopada 2011

Bóg jest niczym

"Bóg sam w sobie jest niczym. Jest bez woli, sprawstwa, bez czasu, miejsca, osoby i imion. Staje się on czymś w stworzeniach, tak że tylko poprzez nie dostępuje istnienia". Sebastian Franck
__________________


"Ludzkość nie przedstawia, jak się dzisiaj uważa, rozwoju ku czemuś lepszemu, czy
potężniejszemu, czy wyższemu. „Postęp" jest niczym więcej jak nowoczesną ideą, to znaczy fałszywą ideą. Dzisiejszy Europejczyk stoi pod względem wartości niżej od Europejczyka czasów renesansu; rozwój absolutnie nie jest, mocą jakiejś konieczności, podwyższaniem, podnoszeniem, potęgowaniem.
Stale natomiast, w najróżniejszych miejscach na Ziemi i z najrozmaitszych kultur, wyrastają
pojedyncze egzemplarze, które rzeczywiście Reprezentują typ wyższy: coś, co w porównaniu z ogółem
ludzkości jest swego rodzaju nadczłowiekiem."

"Zwierzę, gatunek, indywiduum nazywam zepsutym, jeśli traci ono swe instynkty, jeśli wybiera,
jeśli preferuje to, co dlań szkodliwe."

F. Nietzsche "Antychryst"
pojęcie edukacji nie nazywajmy irracjonalnej nauki schematów. nie mylmy pojęć.
porządnie napisana notka kiedy indziej. :)

czwartek, 17 listopada 2011

historia pewnego Fotela

był sobie pewnego razu Fotel, który mieszkał wraz ze swoimi właścicielami w pewnym niedużym miasteczku. kupiony za horrendalnie wysoką cenę, był dumą domu. ładnie wyeksponowany, wyróżniony spośród wszystkich. Fotel był tym, czym go stworzono i ludzie go takiego uwielbiali. lata mijały, a ów mebel stał się już pełnoprawnym członkiem rodziny. nie był już najważniejszy. stał się jak cała reszta wyposażenia domu. śmiał się, rozmawiał, był użyteczny. lecz mimo to zaczynał czuć, że robi nie to, co powinien.

pewnego dnia pan i pani oświadczyli, że będą mieli nowych domowników. z otoczenia Fotela zniknęły znajome twarze. nie było już starego obdrapanego stołu czy wielkiego i wiecznie zepsutego zegara. na ich miejsce zostały przywiezione nowe i pełne kolorów zamienniki. również pokój jakby zmienił barwę i wydał się większy. minęło parę dni, a Fotel zaczynał dawać sobie sprawę, że tu nie pasuje. nie odnajdywał się w nowym otoczeniu i to wszystko zaczynało go przerastać. w głowie zaś kiełkował plan.

postanowił przybrać kolory otoczenia. niczym kameleony, o których słuchał w telewizji wraz z panem. wierzył, że gdy będzie wyglądał jak inni, to będzie mógł przetrwać. bo cóż innego miał zrobić? albo udaje kogoś kim nie jest albo... idzie na śmietnik. państwo odmalowali go na jasnobłękitny kolor. pasował jak ulał.

i tak dni mijały, a Fotel żył udając mebel taki jak inne. śmiał się i płakał, kiedy było trzeba. tak jak życzyli sobie inni. w środku zaś dalej został starym poczciwym fotelem. ciało uwięzione w masce. oto kim był.

nie minęło dużo czasu, a dawne błędy dały się we znaki. farba zaczęła odchodzić od drewna, maska pękała i widzieli to wszyscy. mógł się wciąż uśmiechać, wciąż mógł rozmawiać, ale nikt nie wiedział jak długo. wszyscy za to widzieli rozłam Fotela, chociaż ani jeden z nich nie przypuszczał, jak to się skończy. jedynie Fotel wiedział, że nie czeka go nic poza śmietnikiem - prędzej czy później.


farba się zmywa. zostajesz sam. w którą stronę pójdziesz?

im więcej razy to czytam tym więcej analogii umiem w tym zauważyć. zaskakuję sam siebie. hihi.


pisanie po nocach, to jest to. ehe.
olimpiada zajebista była, nie powiem. takie tylko parę punktów i bym przeszedł.
huhu, pani od religii wciąż myśli, że jestem wierzący. poczułem jakby moje aktorstwo zaliczył level up.
Louis Armstrong - Cabaret



ameryka ma zamiar wprowadzić cenzurę do internetu. coś jak czasy komuny czy chiny. a co w związku z tym? otóż:
śpiewasz covery, które wrzucasz do internetu? pójdziesz siedzieć.
podczas rozmów na kamerce słuchasz muzyki w tle? pójdziesz siedzieć.
chcesz obejrzeć swój ulubiony serial w internecie? zapomnij, bo ten, co go wrzucał już dawno siedzi w pace.
może porno? też o tym nie myśl. z 4chanem, kwejkiem, demotywatorami i z wieloma innymi stronami również się pożegnaj.
oczywiście: jeśli cenzura wejdzie w życie, to na razie w ameryce. (a co za tym idzie, prawdopodobnie zniknie również: fejsbóg (żegnajcie "przyjaciele") i waszkanał (teledyski online)).
a jako, że ta wasza kochana ameryka jest wzorem dla reszty świata, prawdopodobnie podobne działania odbędą się w innych krajach.
każdą stronę będzie można zablokować - tudzież ocenzurować - tylko dlatego, że ktoś wstawił na niej podejrzany link. uroczo? oczywiście.
ftw! bo to się nazywa postęp!

w internecie krąży jakaś petycja, poszukajcie a znajdziecie.
american censorship.

niedziela, 15 maja 2011

siódmy dzień dniem oczekiwania

Niestety plan nowej notki nie wypalił, nie ogarnąłem wszystkiego, tak jakbym tego chciał. Zaprawdę powiadam wam, w dupie mam tę chędożoną pogodę. Już nie chodzi o sam fakt tego, że leje - ale czemu w weekend?! I pewnie od jutra znowu będzie gorąco, polecam. W każdym razie przepraszam, że nie będzie nic ciekawego. Dodaję tylko jakieś stare wypociny, które pochowane są w tysiącach folderów w moim komputerze. A teraz idę poromansować z XVI-wieczną rzeczpospolitą. Miłego czytania.


Pierwszego dnia Bóg stworzył ziemię i światłość, którą oddzielił od ciemności. Te słowa znane są praktycznie każdemu. Nie, oczywiście, że nie będziemy się rozwodzić nad aspektem religii czy stworzenia świata. Zdecydowanie wolę te bezpieczniejsze i bardziej przyziemne tematy, które nie zahaczają o tak osobiste przekonania. Wracając... z tego, co kojarzę, według "Biblii" siódmego dnia Twórca odpoczywał po sześciu dobach ciężkiej harówki. Stąd też się wzięła wolna niedziela - czas odpoczynku. Czy aby na pewno?

Przedwczoraj [a może dzisiaj? :)] był właśnie ten dzień, ale wiecie co?  Ani trochę nie przypominał mi dnia "wolnego". Zresztą nigdy go nie przypomina. Siódmego dnia tygodnia nie mam okazji odpoczywać, mając na głowie całe "jutro". Testy, kartkówki, szkoła, dodatkowe zajęcia, obowiązki. To wszystko siedzi gdzieś w mojej podświadomości. Trochę jakbym słyszał przez cały czas głos mówiący: "hej! zamiast się opie***, zacznij się uczyć!" Więc doszedłem do pewnego wniosku, czy może wysunąłem pewną tezę: czy Bóg nie czuł czegoś podobnego? Być może bał się dnia następnego, kiedy to wszystko miało ruszyć i wejść w życie. W końcu cała ta maszyna, nad którą z taką cierpliwością pracował, miała już-zaraz ruszyć. Możliwe, że obawiał się zadania, które go czekało. Wiedział, że będzie odpowiadał za wszystko, co się wydarzy i to on będzie sądzony przez własny twór. A co jeśli był bardziej ludzki niż my - głupcy - chcielibyśmy go sobie wyobrazić? I znowu wchodzę na grząski teren, zapominając o bezpiecznym temacie tekstu. To chyba jakieś zboczenie, po tekście, który ostatnio miałem napisać. Nieważne. On też się kiedyś tu znajdzie.

A wobec moich dzisiejszych przemyśleń ustanawiam niedzielę nie "dniem wolnym" jak dotychczas, a "dniem oczekiwania". Uważam, że nowa nazwa jest o wiele bardziej adekwatna do pełnionej funkcji. Nieprawdaż? :)

'Happy' by Viviphyd


piątek, 22 kwietnia 2011

I'm not really dead, sweety

Megalomania, kompletny egoizm i brak empatii. Patrząc na wszystko z perspektywy dnia kolejnego, martwię się do czego to wszystko prowadzi. Gdzie to się skończy? Jak? Nie rozumiem chyba już niczego. To dziwne, gdy jednego dnia czuję, że wszystko jest tak cholernie proste - aż proszące się o trochę chaosu - a drugiego wszystko samoistnie rozwala się na miliony drobnych kawałków. Zgubiłem sens, ale to nie tutaj leży problem. Kwestią mojego obecnego jestestwa jest brak chęci do ponownego odnalezienia go. To trochę tak jakbym przyzwyczaił się do tego zamętu emocjonalnego. Jestem tutaj, tam i jeszcze tam. Wszędzie. A każde "ja" inne od drugiego. Gmatwanina osobowości, labirynt z kilkoma wyjściami. Pytanie, które nade mną ciąży brzmi banalnie: która droga będzie lepsza...? Jakie konsekwencje będzie za sobą niosła? A może... może to wszystko jest naprawdę proste, a ja tylko zbytnio wyolbrzymiam własne odczucia. To też jakieś wyjście. Żałosna ucieczka tylnym wyjściem. I na tym powinienem skończyć ten wywód. Pozostawiam wam wolne pole do popisu, mówcie co chcecie. Chętnie wdam się w inteligentną dyskusję.

Pomimo wspaniałej pogody nie umiem wykrzesać z siebie choćby krzty chęci do jakiejkolwiek czynności, więc prawdopodobnie spędzę go domu. Kolejny dzień nicnierobienia. Nonsens goni bezsens.



2-3 maj, piknik europejski, park sielecki - koncert zespołu Czesław Śpiewa. Ktoś idzie? :)

czwartek, 21 kwietnia 2011

Refleksje i przemyślenia po "Sali Samobójców"

No offence, praca ze szkoły. Polecam pisanie o filmie, który oglądało się miesiąc temu - taktak. Pomijając idiotyczność całego zadania, jestem dosyć zadowolony z tej pracy. Myślałem, że będzie o wiele, wiele gorzej.

Poza tym przyznaję, że przed pisaniem musiałem odświeżyć sobie pamięć recenzjami i opisami tegoż filmu. Teraz chyba możemy zaczynać.


EDIT: Hohoho, w mniej więcej połowie listopada postanowiłem odświeżyć sobie pamięć na temat tego, co kiedyś pisałem. Akurat nie tak dawno oglądałem ponownie "SS" i stwierdzam, że... mój zachwyt był niekoniecznie uzasadniony. Owszem, przyznaję: film poruszał pewne ważne kwestie, a przy tym był podany w przystępnej formie. I taki obraz widzimy, myśląc o ogóle, ale czy diabeł nie tkwi w szczegółach? A kiedy takiemu obrazowi jak film Jana Komasy przypatrzymy się uważniej, widzimy błędy, niedoróbki, niedomówienia czasem nawet irracjonalność. Polscy aktorzy jak to Polscy aktorzy: raz lepiej, raz gorzej. Więc ostateczny werdykt jest taki, że może film nie był rewelacyjny, ale mimo wszystko wart obejrzenia. Takie luźne 4/6.

Refleksje i przemyślenia po seansie „Sali Samobójców”

            Jakiś czas temu byłem z klasą w kinie na niesamowitym (o tak, używanie tego typu określeń w stosunku do "SS" nie jest przesadą) filmie reżyserii Jana Komasy – jednego
z najzdolniejszych reżyserów młodego pokolenia.  „Sala samobójców” to film fantastyczny,
ot tak po prostu. Pomimo paru wad i niedoróbek (włącznie z nieco sztywną grą postaci drugoplanowych) spodobał mi się. Chociaż nie wiem czy „spodobał” to dobre słowo w stosunku do filmu opowiadającego o tragicznej historii chłopca, który zmagał się z okropną wręcz samotnością. Od kolegów z klasy słyszałem, że ten film był „głupi i nieprawdopodobny”. Czy tak jest naprawdę? Czy aż tak nieprawdopodobne jest to, że człowiek nie mogący znaleźć pocieszenia w nikim w swoim otoczeniu, nie potrafiąc zwrócić uwagi rodziców, uzależniający się od Internetu, zostaje w końcu doprowadzony na skraj emocjonalnej wytrzymałości? Takie historie zdarzają się na co dzień. Widzę je każdego dnia. A oni dalej nie mogą zrozumieć, że historia podobna do tej może dziać się tuż obok nich. U kolegi z klasy, szkoły, podwórka.
            Nie potrafimy być sami. Ten film w pewien sposób nam to udowodnił. Ci którzy  opanowali sztukę samotności, siedzą teraz prawdopodobnie w buddyjskich klasztorach lub spełniają się jako klerykałowie. A tutaj mamy ciekawy, a przy tym tak normalny, przypadek chłopca, Dominika, który ma wszystko. Jest bogaty, ma wykształconą matkę – właścicielkę agencji reklamowej, ojca – stonowanego mężczyznę robiącego karierę w polityce, osobistego szofera, który odwozi i przywozi go co dzień z liceum, gosposię, powodzenie wśród kobiet, popularność. Ma wszystko o czym mógłby zamarzyć każdy normalny osiemnastolatek. Jednej rzeczy brakowało w tym jego idealnym świecie. Miłości i zainteresowania rodziców. Ich wsparcia. Zrozumienia jego inności, wrażliwości czy potrzeby miłości. Dla niektórych to może brzmieć błaho – bo cóż to. Dominik ma pod nosem wszystko, a jeszcze ma czelność narzekać („w dupie mu się poprzewracało” – powtarzali ojciec i matka chłopca). Inni mają gorzej, prawda? Ale nie zapominajmy o jednym. Nie jesteśmy maszynami, potrzebujemy czuć. Bez tego nie przeżyjemy. Jest nam to równie potrzebne do życia jak tlen. I to samo czuł czarnowłosy osiemnastolatek. Był zdolny zrobić wszystko by tylko ktoś się nim zainteresował. Kochał kobietę, mężczyznę, wdał się w bójkę, zamknął się w swoim małym świecie. Był zdolny nawet do samobójstwa, żeby tylko go zauważyli. Zobaczyli, że on CZUŁ, POTRZEBOWAŁ i KOCHAŁ…
            Główny bohater jako istota myśląca różnił się od reszty ludzi. Być może brzmi to banalnie, ale jak często my sami zmagamy się z podobnymi dylematami? Relacje międzyludzkie traktujemy jak rzeczy – gdy się zepsują, czas je wyrzucić. I wtedy wchodzimy w świat Internetu. Czujemy, że to właśni tutaj spotkamy osobę, która myśli podobnie do nas. Ten wirtualny świat daje nam poczucie wspólnoty, wspólnego bólu istnienia. Daje złudzenie, że możemy się skontaktować z 6 miliardami osób, aż w końcu znajdziemy przyjaciela do rozmowy. Nie jest tak? Och, oczywiście, że jest. Niesłychane, by jedna rzecz  przerażała równie mocno co fascynowała. W końcu to było całkiem logiczne, że Internet stanie się ewenementem na skalę światową… ale czy jego twórcy zdawali sobie z tego sprawę? Czy byli świadom przyszłości ich dzieła? Do jakich rzeczy i sytuacji może doprowadzić? A jeśli wiedzieliby, to czy zdecydowaliby się na uruchomienie tej piekielnej machinerii?
            Ludzie potrafią być okrutni, przede wszystkim dla samych siebie. Nic nie jest w stanie tak zranić człowieka, jak drugi człowiek. Podejrzewam, że każdy weteran wojenny spytany co bolało bardziej: stracić nogę czy ukochanego człowieka, wybrałby drugą opcję. Więc jak to jest możliwe, że świadom tego bólu, zadajemy go innym bez końca. Kochamy i ranimy tworząc błędne koło. W końcu sami nie wiemy w co wierzyć, co ze sobą zrobić. Czy to naprawdę jest „normalne”? „Normalne”, ponieważ? Tak robią wszyscy, więc i ja? To głupota, a nie normalność…
            Dominik w filmie poznał Sylwię. To ona przewróciła całe jego życie do góry nogami. Pokazała, że również i on może być kochany i ważny. Chciałbym poznać właśnie taką osobę. Taką, która wejdzie w moje życie i rozwali wszystko w drobne kawałeczki, choćby po to by to później naprawić. Teraz jak nigdy tego potrzebuję. Jestem wewnętrznie rozerwany między „być a nie być”. Jestem ostrożny i zapobiegawczy, inaczej patrzę na świat. Kiedy w zeszłym roku starałem się otworzyć, nie wyszedłem na tym dobrze więc…? Stałem się innym człowiekiem, lecz nie wiem czy wyszło mi na to na dobre. Pełno we mnie sprzeczności, niepewności. To chyba dlatego potrzebuję takiej osoby. Osoby, która zburzyłaby ten mur, który buduję przed każdym nowo poznanym człowiekiem. Wskazała mi drogę. Może nie tak drastyczną jaką chcieli wybrać Dominik i Sylwia, ale jakąkolwiek. I jestem pewny, że każdy z nas czuje taką potrzebę. To dlatego szukamy „tej jedynej, tego jedynego”.
            Innymi moimi przemyśleniami było choćby pytanie: hej! Czy to naprawdę był POLSKI film?! Nic, kompletnie nic na to nie wskazywało. Raczony przez reżyserów z kraju nad Wisłą głupimi komedyjkami, czy „poważniejszymi projektami”, które… i tak są gniotami, ten film był powiewem świeżości. Ekipa „SS” pokazała, że da się zrobić dobry film, który zmusza do refleksji również tutaj – w Polsce, co jest swoistym osiągnięciem, z którego powinni być dumni.
            Nie jestem w stanie pisać o wszystkich moich refleksjach po obejrzeniu „Sali…”, myśli było o wiele za dużo. Nie będę się też rozwodził nad tym kto lepiej zrozumiał film – ja czy moi znajomi. Być może to oni mają rację, może to „zwykła porażka” nie mająca do przekazania praktycznie nic? Może. Ja wiem jedno - to może się przytrafić każdemu z nas. Tu i teraz. I dlatego chyba to było tak niesamowite. Z powodu swojej realności i możliwości poczucia więzi z bohaterem. Film zdecydowanie poruszył mnie. Uświadomił w temacie kilku spraw. Przestałem czuć się samotny. To dziwne, ale to właśnie poczułem. Czy słusznie? Nie wiem. Do dzisiaj nie do końca ogarnąłem to, co widziałem. Najchętniej poszedłbym obejrzeć „Salę Samobójców” jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze. Może wtedy lepiej bym zrozumiał to wszystko. A co teraz? Teraz jedynie mogę polecić ten film każdemu powyżej 14-15 lat. Wykroczyłem poza swój własny wiek. Niestety ludzie uświadomili mi, że mój rocznik nie dojrzał do takich filmów. Nawet ja sam nie jestem pewny siebie samego. O tak, niepewność. Niepewność to dobra refleksja.

Potrzebuję więcej uskrzydlonych przyjaciół.
Wszystkie znane mi anioły
wlewają beton w moje żyły.
Zawsze wracałem do domu sam,
więc stałem się bez życia -
tak samo jak mój telefon.
Luźny przekład tekstu piosenki „Nothing to Lose” autorstwa zespołu Billy Talent, można było ją usłyszeć w filmie. Reżyser w wywiadach podkreślał, że ta piosenka była pewną inspiracją do stworzenia „Sali Samobójców”.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

chaos i pustka

Siedzieli na starym, zakurzonym strychu. Znaleźli dwa taborety pamiętające jeszcze czasy wojny i położyli je na środku pomieszczenia, w centrum. Centrum jakiejś historii, która zawarta była w tych pozornie nic nie wartych rupieciach. Każda z tych rzeczy miała swoją duszę, swój dowód istnienia. Wszystkie mogły opowiedzieć historie swojej egzystencji, tego co widziały, tego co słyszały.


Chłopiec i dorosły mężczyzna. Mistrz i uczeń. Siedli do siebie tyłem na dwóch równolegle ustawionych krzesłach. Czekali chwilę, jakby wysłuchując jakiegoś znaku. Sygnału, który zmobilizowałby ich do działania. Zamknęli oczy, a starszy pan wreszcie odezwał się:


- Zajrzyj w głąb siebie i powiedz co widzisz. - jego głęboki głos odbił się echem od ścian i wrócił ze zdwojoną siłą.


Chłopak zmarszczył brwi, próbując skupić się na wykonaniu dziwnego zadania. Nie wiedział do końca ani, co tu robi, ani czemu słucha tego faceta. Teraz to nie było ważne. Szukał odpowiedzi, a ten człowiek może mu pomóc. I tylko to się liczyło. Przygryzł wargę i zacisnął pięści. Wkrótce poczuł w ustach smak krwi i zrezygnowany sapnął.


- Wszystko i nic. Pustka i chaos. Potrzeba życia i chęć samobójstwa. Obsesja na punkcie wyrażania siebie i chora nieśmiałość. - Przerwał. - Przeciwieństwa. Czy to coś znaczy? - Nie usłyszał odpowiedzi i niepewnym tonem zadał kolejne pytanie. - Pomożesz mi?


- Pomożemy. - odpowiedział mężczyzna, a za nim odezwało się kolejne kilka głosów. Znikąd i zewsząd. Po nic i po wszystko. Pustka i chaos.

Kolejny fragment, do którego jakikolwiek komentarz jest zbędny.

No0B by =Lord-Kevinz
Do posłuchania:

sobota, 9 kwietnia 2011

addict

...napełniła swoje ręce wodą i zaczerpnęła ochładzającej cieczy. Pochyliłem się nad taflą wody, w której teraz odbijała się również i moja postać. Dziwiąc się chwilę własnym widokiem, wziąłem wodę do ust i wnet poczułem niewyobrażalną wręcz ulgę. Orzeźwienie porównywalne mogło być chyba tylko z nagłym deszczem, który spadłby na te nieszczęsne pustynne rośliny. Podejrzewam, że w związku ze zmianami klimatu nigdy się go nie doczekają. Spojrzałem pod swoje nogi, gdzie kiełkowała jasnozielona trawa. Ta roślina w pewnym sensie przypominała moją sytuację w wiosce. Jak ona byłem blisko centrum życia, względnego szczęścia, władzy... to fakt. Równocześnie byłem od tej wody uzależniony i jeśli chciałem przeżyć, to musiałem się trzymać blisko niej. Podporządkować się. To nie wszystko, bo przecież muszę walczyć o miejsce do życia. Nie ja jeden chcę szczęścia...


Fragment jednej z wielu niezakończonych historii. Bo każdy z nas jest od czegoś uzależniony, każdy z nas ma jakąś rzecz, która pozwala mu przeżyć. Wyobrażacie sobie życie bez tej jednej rzeczy? Wątpię. Bo o to przecież chodzi w uzależnieniu, prawda?

Sketch - Oasis desert by Ravenseye1113

czwartek, 7 kwietnia 2011

highway to hell

Mhm. Jestem przerażony. Przerażony tym, że mimo dawnych obiecanek-cacanek dalej brnę w to co robię. Choćby sprawa bloga i postowania dzień za dniem, co jeszcze niedawno wydawało mi się po prostu idiotyczne. Co więcej, piszę o własnych myślach czy przeżyciach, a co za tym idzie wdrażam ludzi w pewien sposób do swojego świata. Dziwne uczucie wiedzieć, że wchodzi tu ta pewna ilość ludzi tylko po to aby przeczytać to co mam do powiedzenia. Od dawna nie pozwalałem sobie na sytuacje takie jak ta, lekko mnie to dezorientuje. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z własnych pobudek, które kierowały mnie na ten tok myślenia. O jednym powodzie nawet pisałem w którejś z notek, zresztą nieważne. Pozwalam wam czytać, nie pozwalam wnikać. To jakiś układ. Coś jak teatralne przedstawienie. Tu akcja, tam-gdzieś-nie-wiadomo-gdzie widz. A pewnie już niedługo ujrzę następstwa moich kroków. Krok - tupnięcie, krok - tupnięcie. Czyż nie tak to wygląda? Każda akcja ma swoje następstwo, nie mamy na to wpływu. Jeśli rzucimy kamykiem w wodę to oczywiste, że ją wzburzymy. Nasze decyzje są ważne, mimo względnej bezwartościowości. Każda z nich może zmienić czyjeś życie. Nadążasz, prawda? To, że wyjdziesz dzisiaj do sklepu może skończyć się poznaniem kogoś nowego, śmiercią, przyjemnością, bólem, smutkiem i radością. Każdy twój ruch będzie miał jakieś następstwo. Ostatnio rozmawiając z pewną osobą usłyszałem że ta chce "zmienić swoje życie", ale tego nie potrafi. Jeśli tu wejdziesz i to przeczytasz może coś ci zaświta, może dzięki mnie zmienisz swoje podejście, zaczniesz zauważać i sama stwarzać drobne zmiany. A może... może tylko mi się wydaje, a ty przeczytasz to jak każdy inny tekst. Bez zastanowienia, bez zainteresowania. Ot tak, z nudów. Jak wszystko. Bo po co się starać mając codzienność, o tu, przed nosem?

Do posłuchania:
Do posłuchania i obejrzenia:


 Nic więcej, do następnego.

przypadkowo spotkane zdjęcie.

środa, 6 kwietnia 2011

memories

Naszło mnie na wspominki. Siedzę tu już z pół godziny przeglądając stare zdjęcia i rozmyślając nad minionymi latami. Zastanawiam się "co by było gdyby...", ile rzeczy straciłem a ile zyskałem, co jeszcze mnie czeka. Myślę o tych wszystkich wspomnieniach, głównie dobrych, które napływają teraz z tupetem rzeki rozrywającej tamę. Wielka fala, która pochłonęła mnie całkowicie. Też tak czasem macie? Wspominacie stare czasy rozmyślając nad swoim żywotem? Pewnie tak. Chyba znowu ogarnia mnie melancholijny nastrój. Niedobrze. Coś mi się wydaje, że ostatnio za bardzo się rozczulam. Ale w pewnym sensie mam powody. Ogromnie dużo rzeczy się w moim życiu zmieniło, ja sam się zmieniłem. Co lepsze, cały czas tworzę coś nowego, "stwarzam siebie". Coś co skonstruowało ten świat musiało mieć nie lada frajdę ustalając zasady rządzące naszym istnieniem...

Tymczasem w środku posta powklejałem całkiem sporo starych zdjęć. Oczywiście nie wszystkich, nie wszystkie się nadają dla waszych oczu. Ważne, że ja je mam. Miłego oglądania. Klik na czytaj więcej.

O, o, o! Skoro już wiem, że od czasu do czasu też tu zaglądasz, Kasiu, to oficjalnie i publicznie życzę Tobie i Twojemu chłopakowi szczęścia, powodzenia iii w ogóle. Cholernie się cieszę się, że jesteś szczęśliwa. :)

niedziela, 3 kwietnia 2011

bezsensowne tytuły są bezsensowne, czyż nie?

"...Mam zamiar napisać tu chociaż trochę o moich ostatnich przemyśleniach. Być może będzie tego dużo. Dużo do tego stopnia, że czytając to zatracisz się bez pamięci… lub po prostu naciśniesz czerwony guzik w prawym górnym rogu ekranu. Daję ci wybór, doceń to przyjacielu. Ty nie jesteś bydłem jak wszyscy, prawda? Ty jesteś, ty jesteś, ty jesteś… Nie, nie pomyliłem się, ani tym bardziej o niczym nie zapomniałem. Po prostu te dwa słowa: „ty jesteś” mówią wszystko o czym chcesz wiedzieć. Jest w  nich moc, prawda? Tym bardziej, że zwracam się do CIEBIE. Bo TY jesteś tu najważniejszy, pochlebia ci to. Naiwna istoto, zaczynasz teraz myśleć. Uruchomiłem twoje ospałe, dawno nieużywane szare komórki do myślenia, prawda? Zaczynasz czuć grę, obawiasz się tego. A to tylko przez ten drobny zwrot. Zwrot do ciebie. Nie oszukujmy się i nie mydlmy oczu banałami. Najważniejsi dla nas jesteśmy my sami.
                JA. MÓJ. MOJE. MNIE. Nic więcej nie dobiega z waszych ust. Wasz krzyk zagłusza wszelkie próby myślenia. Mówicie tylko o sobie, jesteście stadem – bydłem bez charakteru. Generalnie rzecz biorąc… to normalne. Z natury człowiek cechuje się egocentryzmem. Widzimy to choćby na banalnym przykładzie zdjęć klasowych – kogo pierwszego szukasz na owej fotografii? Czyja twarz jest najważniejsza? MOJA. JA JESTEM NAJWAŻNIEJSZY. Zakłopotany? Wątpię, bo ty dalej myślisz, że tekst nie jest skierowany do ciebie. Skrajnie z tego samego powodu nienawidzę pisać postów takich jak ten. Przez to wasze samouwielbienie myślicie, że otwarta notka, skierowana do całego świata jest pisana tylko do ciebie. Następuje obraza majestatu, nieodpowiadanie na wszelkie wiadomości, a kończy się to oczywiście urwaniem kontaktu, ewentualnie jeszcze mniej wyszukaną próbą wyimaginowanej zemsty.  Słodziutkie, prawda?
                Ok, skoro to MÓJ blog to może napiszę coś od siebie. Każdego dnia uczę się czegoś nowego, staram się zrozumieć nieistniejące zasady, które rządzą waszymi umysłami. Ogarnąć wasze zachowania, wasze jestestwo. Przepraszam teraz za nagłą dygresję, która nastąpi ale… Jesteśmy niewolnikami, niewolnikami systemu. Pojmijcie to. Nie, oczywiście, że nie mam zamiaru was nawoływać do walki, do rozpoczęcia rewolucji. Nie dbam o waszą wolność. Bez tych niewidzialnych łańcuchów powstałby chaos, rozbieglibyście się niczym przygłupie owce wypuszczone na pastwisko. I tak jak one trudno was potem złapać, a nikt nie może sobie na to pozwolić. Więc? Więc zamykają nas w tych okowach ustalając zasady, tworząc hierarchię – istny łańcuch pokarmowy, na którego dole jesteśmy my, zwykli szarzy ludzie. Wszyscy nazywamy to wolnością. Lecz czymże jest ta wolność? Tym, że możesz wybierać między setkami kanałów w telewizji, czy może tym że bezkarnie pobierasz pornografię z sieci? Przemyśl to, kolego.
                Wyobraź sobie, że pewnego dnia w twoim życiu wydarzy się coś tak niesamowitego, że będziesz pragnął zmienić swoje życie. Coś co przerwie linkę, uwolni wszystkie twoje emocje. Powiedzmy, że skończysz akceptować normy, limity, zasady. Kim wtedy będziesz? Nie należysz do społeczeństwa, narodu. Jesteś nikim. Nie jesteś już hołotą jak reszta – co więcej, według  przeciętnego systemu wartości jesteś o wiele gorszy. Mimo to… jak się czujesz? Nie czujesz się lepszy, wolny… prawdziwy? Może realniejszy od nich wszystkich? W końcu to TY zrobiłeś coś na co innych nie stać, to TY postawiłeś się światu, to TY pokazałeś, że nie wolno cię zamknąć w ciasnych ramach „wolności”. Oni nie mogą zrobić nic, a ty? Ty jesteś panem świata. A teraz obudź się. Wciąż jesteś jak wszyscy, nie realniejszy od postaci z kreskówek. Pustka, nicość i kompletna BEZWARTOŚCIOWOŚĆ."

Co to? To urywek zapowiadanej notki o przemyśleniach. Niestety całość nigdy nie ujrzy światła dziennego. Odejdzie w zapomnienie - bezwartościowa i zbędna. Zrozumiałem, że pisanie czegoś takiego mija się z celem. Zgubiłem sens, chciałem zrobić coś idiotycznego. Nie oszukujmy się. Cała notka była bezczelna, gburowata, a na dodatek zwyczajnie... głupia. Bywa i tak. Na następny raz postaram się o coś lepszego. I patrzcie! Daję radę! Dodaję notkę dzień za dniem. Gratulacje przyjmuję po godzinie 16. :) 


Obrazek "two prostitutes" autorstwa cellar-fcp z portalu deviantart.com

To już nie jest zabawne, że po raz kolejny rzucam słowa na wiatr. Obawiam się, że już wkrótce to wróci do mnie ze zdwojoną siłą...

Poza tym przeliczyłem się z tym powrotem do zdrowia, zanika moja zdolność mówienia. :c

piątek, 1 kwietnia 2011

I wanna be plastic like you

Popijając trzecią już zieloną herbatę, biorąc dziesiąta tabletkę, smarkając w setną chusteczkę, kaszląc po raz tysięczny zasiadam tutaj, przy tym prostym edytorze tekstów, chcąc napisać coś po raz pierwszy od dawna. Od bardzo, bardzo, bardzo dawna. Czas ostatnio jakby płynie szybciej, skrzętniej zbiera się z zakrętów życia, nie przejmuje się przeszkodami w żadnej postaci. A może to tylko ja przestałem go zauważać? Tak zajęty sobą, swoim własnym jestestwem, narcystycznie żyjąc od weekendu do weekendu, oczekując usranych wakacji? Nie wiem. A raczej wiem, że nic nie wiem, ale do filozofii jeszcze kiedyś wrócę. Na razie żyję strachem i radością (o, ironio) przed zbliżającym się końcem roku szkolnego, kolejnymi wakacjami, długimi dniami i krótkimi nocami. Przed tym wszystkim czego mi tak teraz brakuje, a na co pewnie będę w przyszłości narzekał. O tak, myślę, że to lekko melancholijna notka. Napisana dla odmiany, popychana chęcią ucieczki przed kolejnymi pustymi słowami.

Wiecie... nie tak dawno temu, w chwili przebłysku od tego chorego życia w nieżyciu (a może na odwrót?), uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nie robię NIC. Nie robię nic, co kiedyś mnie bawiło, dawało szczęście. Więcej, nie robię nawet tego co muszę, bo nawet nie pamiętam kiedy ostatnio przygotowałem się do szkoły. I tak na przykład zawsze w pewien sposób odprężało mnie pisanie, a teraz nie umiem sklecić choćby jednej porządnej strony maszynopisu. Fotografia? Kompletna pustka w głowie, zero pomysłów czy chęci. Czytanie. Nie skomentuje nawet tendencji spadkowej mojego czytania w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Filmy? Nuda, parę nielicznych wyjątków, które zmusiły mnie do ruszenia szarych komórek. Jedyne rzeczy, które w stanie byłem robić to "żreć, spać, śmiać", no i posiedzieć tu, przy komputerze. Rutyna, rutyna, rutyna. Więc ok, wróćmy do początku. Doszedłem do wniosku, że coś z tym muszę zrobić. Lecz wnet padło pytanie: co takiego mogę zrobić, żeby... żeby wrócić do normalności? Powiedzmy. To było nie lada pytanie, a gdy odpowiedź przyszła sama, nie lada wyczynem było podołanie wyzwaniu. Cóż mogłem takiego zrobić? Otóż... zacząłem robić wieeele rzeczy na przekór sobie. Naprawdę wiele rzeczy, o których nigdy bym siebie nawet nie posądził. I wiecie co? To działa. Pomimo dziwnego uczucia towarzyszącego mi dwadzieścia cztery godziny na dobę, muszę powiedzieć, że polecam takie eksperymenty każdemu. Kiedy robię coś skrajnie "innego" czuję się lepiej, inaczej, ciekawiej. Czuję się... wolny? Wolny, bo wiem, że mogę zrobić praktycznie wszystko? Że podołam w każdej cholernej roli? O tak, niesamowite.

Nie wiem kiedy będzie następna notka, nie wiem czy warto pisać coś na wzór tego postu, nie wiem kiedy przejdzie mi "zapalenie tchawicy" (które dla mnie i tak jest przeziębieniem, nie wierzę pani doktor), nie wiem nawet co teraz czuję. Taka pustka. Ale w pewnym sensie pustka też jest fajna. W każdej chwili mogę ją wypełnić czym tylko sobie zamarzę. Wierzę, że wszystko przede mną.

zdjęcie znalezione na flickr.com

piątek, 19 listopada 2010

"Śmierć trudnym tematem"

Po raz kolejny przepraszam za zastój. Wstawiam dla odświeżenia swoją pracę ze szkoły. Wybaczcie po raz kolejny za me lenistwo. :c


Zadano mi ostatnio interesujące pytanie, którego sens tu przytoczę i spróbuję nań odpowiedzieć. Otóż spytano mnie, czemu ludzie uważają śmierć za trudny temat, tak zwany „temat tabu”. Przyznam, że odpowiedź na to, z pozoru jakże proste, pytanie zajęło mi dłuższą chwilę. Nie, żeby było trudne. Po prostu wymagało czasu do przemyślenia, ponieważ kryło w sobie więcej głębi niż można by z początku przypuszczać. Każdy człowiek inaczej traktuje koniec. Koniec jakiegoś etapu w życiu, koniec świata, koniec końców, czyli śmierć, czy choćby koniec ulubionych chipsów. Każdy z nas potraktuje to zgoła inaczej. Chociażby z powodów religijnych, ale o tym w następnych akapitach. Śmierć jest jedyną pewną rzeczą w naszym życiu. Niezaprzeczalną. Wszyscy są wobec niej równi. I to sprawia, że śmierć jest równie straszna jak i fascynująca.
Podstawową kwestią, którą powinienem poruszyć to, co może o śmierci wiedzieć czternastoletnie dziecko? Egzystując na świecie przez ten szereg lat, większość z nas nabyła przeróżnych doświadczeń. Jedni więcej, drudzy z pozoru mniej, ale daleko nam do filozofów rozmyślających nad istotą końca, nieprawdaż? Nie jesteśmy też staruszkami, którzy zdają sobie sprawę, że ich dzień nadejdzie wcześniej czy później. Więc skąd niby mamy wiedzieć cokolwiek o śmierci? Nie wiem, ale postaram się napisać cokolwiek poruszającego. Taka praca.
Więc przejdźmy w końcu do tematu pracy. Czemu śmierć jest trudnym tematem? I tu najprostszą odpowiedzią byłby po prostu strach. Nic dodać, nic ująć. Strach przed nieznanym, jak napisała J.K. Rowling w sadze o młodym czarodzieju: „Patrząc na ciemność lub śmierć boimy się nieznanego – niczego więcej”. Tak, to na pewno jeden z głównych powodów, ale co powiemy, gdy spotkamy osobę mocno wierzącą? Większość z religii uważa, że po śmierci czeka nas coś nowego. Nowe życie, tu na Ziemi czy też w jakimś wyobrażeniu o raju. Ci ludzie nawet cieszą się z tego, że mogą odejść z tego świata pełnego zła. Odchodzą pełni nadziei, że tam będzie lepiej. Bez bólu, trudu, chorób, śmierci. Można by rzec, że im jest nawet prościej przyjąć to do wiadomości niż przeciętnemu ateiście.
Co jeszcze utrudnia nam rozmowę o śmierci? Być może fakt, że śmierć jest pewna. Pewna i nieodwracalna w skutkach, nie mamy nad nią władzy. Jako ludzie jesteśmy doskonale przekonani o naszym pozornym braku ograniczeń, że wszystko zależy od nas, a śmierć neguje i przewraca nasze przekonania o sto osiemdziesiąt stopni. Pokazuje nam, jacy jesteśmy słabi, krusi, jak nasze jedno życie ma małe znaczenie dla reszty ludzkości. Człowieczeństwo jest pogrążone przez swój własny egocentryzm i nie potrafi uświadomić sobie, że coś jest silniejsze od niego, wielkiego człowieka, władcy świata.
Więc mamy już dwa przypuszczalne powody, według których boimy się rozmawiać o końcu: strach i bezsilność. Dobrze, a dlaczego przy ciężko chorych zwykle uciekamy od tego tematu? Tu przychodzi kolejna banalna odpowiedź: niechęć do dodatkowego dołowania chorego. Większość z nas myśli, że taka osoba w pełni zdaje sobie sprawę z nadchodzącego końca, być może nawet ma jej wyznaczoną datę i że nie powinniśmy jej o tym przypominać. Moim zdaniem jest to wręcz niepoprawne. Myślę, że ci ludzie nie chcą kłamstw, chcą wiedzieć, co się z nimi dzieje. I jak Oskar w książce „Oskar i pani Róża” autorstwa E.Schmitt’a walczą o każdy dzień. Już nie tyle dla siebie, co dla osób im najbliższym. Dziesięcioletni chłopiec umarł samotnie, nie chcąc sprawiać nikomu przykrości. I w ten sposób dochodzimy do kolejnego prawdopodobnego powodu strachu przed rozmową – nie chcemy nikomu sprawić przykrości. I jest to problem obustronny. Umierający nie chce smucić wciąż żywych, a ci nie chcą jego. Naiwne i idiotyczne koło.
W mitologii greckiej było dwunastu wielkich bogów, w tym jeden, którego samo wypowiedzenie imienia wywoływało przerażenie wśród ludzi. Hades, władca podziemnej krainy Tartaru, bóg o nieograniczonej władzy, którego rozkazy były nieubłagane. Kraina, którą władał leżała gdzieś na nieokreślonych krańcach świata, osnuta była wiecznie mgłą i ciemnością. To tutaj Hermes przyprowadzał dusze zmarłych. I wierzę, że sporo by o tym opowiedział, gdyby jego usta nie były zamknięte przez pieczęć milczenia. Na zmarłych nad rzeką Styks czekał Charon, który za skromną opłatę przeprowadzał duszę na drugą stronę rzeki, gdzie zgodnie z wyrokami sądu piekielnego człowiek był przydzielany do krainy wiecznej szczęśliwości lub wiecznego potępienia. Jeszcze inni mieli pozostać na zawsze błąkającymi się niematerialnymi istotami pozbawionymi cierpień jak i radości. Ot, żywot zwykłego człowieka, który zrobił wiele dobrego jak i złego.
I w końcu powiedzenie „memento mori” – pamiętaj o śmierci. Nikt jej nie uniknie, nie da się tego zmienić, a na pewno od tego uciec. Taka jest istota końca i trzeba do tej myśli przywyknąć. Posiliłbym się nawet o stwierdzenie: trzeba to przeżyć.
W mojej pracy starałem się poruszyć przeróżne kwestie dotyczące śmierci. Niektóre mogą brzmieć wręcz abstrakcyjnie, ale… czy takie też nie jest jej wyobrażenie? Nie mamy pojęcia jak to „wygląda”. Artyści prezentujący swoją sztukę często przedstawiają skrajnie różne od siebie propozycje. To, że śmierć jest trudnym tematem do rozmowy, wiedzą przede wszystkim agenci oferujący ubezpieczenia na życie. Wiadomy powód, nieprawdaż? Powiedziałbym też, że ta praca jest w pewien sposób ryzykowna, ale to trochę nie na temat.
Konkludując: śmierć tylko z pozoru jest trudnym tematem. Wszystkie bariery tworzą się w naszym mózgu i jeśli je przezwyciężymy, będziemy szczęśliwszymi ludźmi. Bo po co się przejmować tym, że kiedyś i tak się umrze?