Powrót? Nie sądzę. Prawdziwego powrotu nie będzie już nigdy. Drobna - nazwijmy - miniatura, bo ostatnio tylko na pisanie czegoś takiego mam ochotę. A to i tak uważam jakiś sukces po paru miesiącach twórczej posuchy. Nie jestem pewny, kto mnie tu jeszcze pamięta. Wątpię, by kogoś interesowało, co tam teraz u mnie, ale... oto jestem, więc w skrócie mogę coś niecoś powiedzieć. Liceum? Do liceum mam dość ambiwalentny stosunek. W pewnym sensie sprowadziło mnie na ziemię. Zmiana towarzystwa, inne wymagania ze strony szkoły - trzeba było przystosować się do nowości. Poczułem się jeszcze bardziej zwyczajnym, szarym człowiekiem. Życie. Z drugiej strony wydarzyło się coś wręcz skrajnie odwrotnego. Co jest prawdą i rzeczywistością? No cóż, sam tego nie wiem. Szkołę jako szkołę polubiłem, a ludzi już nie muszę. I na tym lepiej skończę. :)
Miniaturka ze swoistym porte-parole. Pozostawiona bez puenty, bo tak jest wygodniej. Bawcie się dobrze. :)
"Jesteśmy tylko smutnymi maszynami"
-
Jesteśmy tylko smutnymi maszynami. – szepnął. – Zaprogramowanymi do bezcelowej
prokreacji, szukania niepotrzebnej miłości i rozwijania tego upadającego z
każdym dniem świata. Dekadencja. Upadek ludzki. Czy potwierdzisz, że jako
ludzie dalej się rozwijamy? Nie mówię o całym postępie technologicznym, bo nie
mogę zaprzeczyć, że dalej idziemy do przodu pod tym względem. Choć… nie zauważasz, że i to jakby
zwolniło? Ale popatrz na nas. Na całą naszą cywilizację. Co mamy do
zaoferowania? W którą stronę mielibyśmy się rozwinąć? Co dalej miałoby się z
nami stać? – zasypywał mnie gradem pytań, na które i tak nie umiałbym
odpowiedzieć. - Myślisz, że jest w tym coś więcej?
Popatrzyłem
na niego uważnie. Jego oczy błyszczały blaskiem pewnej chorobliwej ekscytacji.
Trzęsły mu się ręce. Próbował to chyba zatuszować zabawą guzikami od jego
cienkiego czarnego swetra. Przez cały czas się uśmiechał się. Wąskie usta przybrały kształt
tajemniczego grymasu. Zacząłem się zastanawiać, co stanie się potem. Cała
sytuacja była nienaturalna. Nie spodziewałem się takiego rozwoju wydarzeń. Jak
w ogóle do tego doszło?
-
To pytanie jest kluczowe. – kontynuował, nie otrzymując ode mnie odpowiedzi. –
Od tego miejsca zaczyna się nasza gra. Niczym Szekspirowskie „być albo nie
być”. – Przerwał, jakby dla podkreślenia własnych słów. Podziwiałem jego
umiejętności oratorskie. Tylko czemu to wszystko mówi mnie? Kim niby jestem?
Jestem…
nikim. Śmieciem. Zerem. Tego zdążyłem się nauczyć po kilkunastu latach życia.
Jestem kompletnie bezużyteczny. Nie mam nic do zaoferowania światu. Ze swoimi
idiotycznymi problemami, idiotycznymi zainteresowaniami, idiotycznym życiem.
Czym to jest w obliczu całego istnienia? Żyję, niedługo po tym umrę – zapomniany,
nieznany. W pewien sposób pogodziłem się z nonsensem życia. Dalej chodzę do
szkoły. Kontynuuję swoją edukację. Prowadzę jakieś życie towarzyskie. Po co?
Nieważne. Ktoś kiedyś powiedział, że w życiu trzeba nauczyć się stosowania
zasady: „no i co z tego”. Dostałem kolejną jedynkę? No i co z tego. Pokłóciłem
się znowu z matką? No i co z tego. Nic nie miało prawdziwego znaczenia. Rzeczy
się zdarzają, a ty musisz im ulegać. Nie masz wyjścia. Jesteś zamknięty w tym
osobliwym labiryncie życia.
Zwróciłem
wzrok ku mojemu rozmówcy. Zniknął. Gdzie on poszedł? Jak…?
-
Tutaj. – Usłyszałem za sobą.
-
Jak ty…?
Siedział
teraz naprzeciw mnie ze skrzyżowanymi nogami. Uśmiechnął się szeroko, a w jego
twarzy było coś znajomego. Nie mogłem jej do nikogo dopasować, a jednocześnie
czułem, że wcześniej ją widziałem.
-
Jak wspomniałem jesteśmy tylko maszynami. – Zignorował moje pytanie. –
Nieplanowanymi stworzeniami. Życie bez celu. Ciągnące się w nieskończoność
krążenie po świecie. Z czym ci się to kojarzy?
-
Czyściec. W mitologii też pojawił się taki motyw, prawda? – Próbowałem.
-
Dokładnie. Nie wydaje ci się to pewną ironią? Nasz wspaniały świat, który może
się okazać tylko piekłem. Umrzemy, by obudzić się w nowym lepszym miejscu. Co
dalej? Nie nurtuje cię to? – Znowu zamilkł. – Przepraszam. To ja chciałem
mówić, nie mogę cię przecież do niczego zmusić. Ale nie chcę dotykać spraw…
nieziemskich. Co z naszym życiem robotów? Nasze uczucia – zaprogramowane i
przewidywalne. Nic się w tej kwestii nie zmieniło od zarania dziejów. Nie
przestaliśmy odczuwać. Nie zmieniły się nasze metody okazywania emocji. Dlaczego?
Czy teoria ewolucji nie mówi o dążeniu do perfekcyjnego stworzenia? Po co
ludziom emocje? Wszystko tylko utrudniają. Bylibyśmy maszynami spełnionymi. Bez
niebezpieczeństw życia. Ile straciliśmy wspaniałych ludzi tylko dlatego, że
emocje, które ich trawiły, przerastały ich samych? - Zaczął grzebać w kieszeni,
by po chwili wyciągnąć paczkę papierosów. – Co jeśli do tego właśnie dążymy? To
jest przyszłość ludzi? Wszechobecny chłód?
Wyciągnął
paczkę w moim kierunku. Podziękowałem. Nie paliłem od roku. Sam wyciągnął
jedną, odpalił i zaciągnął się głęboko. Wypuszczony dym wzmógł tylko dziwną
atmosferę.
-
Nie palisz, chociaż wcześniej to robiłeś, prawda? – Kiwnąłem głową. – Dlaczego?
Nie ekscytuje cię zabawą ze śmiercią? Mówi się, że każdy papieros to kilka
minut życia mniej. Myślisz, że będę tego żałował? Żałował życia w tym chorym
świecie? Nie sądzę. Tym bardziej uwielbiam swój nałóg. Jestem w nim
bezgranicznie zakochany. Niczym samobójstwo na oczach świata. A samobójstwo?
Czym ono właściwie jest? Przeczysz własnemu istnieniu, własnemu…
oprogramowaniu. Ludzie mogą się kłócić, czy ten krok jest tchórzostwem czy
odwagą. Nie mają pojęcia, co ta osoba czuje i przeżywa. Umrzeć. Zabić się. Nie brzmi to
cudownie? Ilu umarło z miłości, ze strachu, z bólu istnienia. Czym tak naprawdę
jest ten ostateczny akt przeciwstawienia się wszelkim zasadom?
Wstał
i ruszył przed siebie, więc poszedłem za nim. Przeszliśmy przez park. Było
pusto, cicho. Jakby całe miasto umarło. Zaczęliśmy iść pod górę, a kiedy
dotarliśmy na szczyt, przed nami ukazała się panorama miasta. Liczne neony,
blask reflektorów aut, reklamy wiszące w każdym możliwym miejscu.
-
To nazywasz tym swoim życiem? To żałosne miasteczko? – Rzucił na ziemię
końcówkę papierosa. – Co warci są ci ludzie? Każdy prowadzi swoje jakże
niesamowite i wyjątkowe życie. Myślisz, że ilu z nich zdaje sobie sprawę z
głupoty tego, co robią? Niedostrzeganie nonsensu jest według mnie największym
błędem ludzi. Ogłupieni przez media, jesteśmy w stanie przyjąć wszystko. Nie
jest tak? Zresztą nie o tym mowa. Każdy z tych ludzi ma swoje ambicje, własne
pasje. Cele, aspiracje do których będą dążyć całe swoje życie. Odpowiada ci to?
Życie w biegu, ku spełnieniu nierealnych marzeń? Nawet gdy w końcu osiągniesz
jakiś punkt życia, z którego będziesz zadowolony – nie martw się. Życie
skonstruowane jest tak, abyś żałował swego szczęścia. Abyś tęsknie go wyglądał.
Ale czym ono jest, jak nie zwykłym złudzeniem. Iluzją. „Będę szczęśliwa, gdy
zrzucę pięć kilo” – mówi sobie niejedna nastolatka. Zrzuca pięć kilo i co?
Myślisz, że jest szczęśliwa? Nie. Wtedy mówi sobie: „kolejne pięć kilo i mogę
być z siebie dumna”. Ludzie mówią, że są szczęśliwi, bo mają rodzinę, ułożone
życie, dach nad głową. Kłamstwo. Nigdy nie próbuj w to uwierzyć. Nie wiesz, co
czują, gdy są samotni. Niezależnie jaką maskę założą, w głębi serca wiedzą, że
zawsze znajdzie się coś, co uczyniłoby ich lepszymi, szczęśliwszymi,
doskonalszymi.
-
Skoro życie jest takie beznadziejne, jak mówisz, to dlaczego jeszcze tutaj
jesteś? – spytałem w końcu.
Roześmiał
się, złapał mnie za ramiona i przysunął do siebie. Staliśmy teraz, opierając
się o siebie czołami.
- A
kto powiedział, że tutaj jestem? Że żyję? Udowodnisz mi to? – niemalże
wykrzyczał – Udowodnisz mi, że TY żyjesz?! No dalej!
I
zniknął. A ja zostałem sam. Istniejący lub nie. Żyjący lub wiecznie potępiony.
Nic nie miało znaczenia.