Etykiety

środa, 20 marca 2013

hope

Nie napiszę niczego nowego, pogrążę się w czeluściach mojej żałosności i, jak gdyby nigdy nic, będę pisał. Boli mnie głowa, a jak kiedyś pisałem: gdy boli mnie głowa, mam ochotę rozwalić wszystko wokół siebie, walić łbem - najlepiej nie swoim - w ścianę i generalnie nie jest wesoło. Mam ochotę krzyczeć w tym bezkresnym ciągu własnej beznadziejności. Krzyczeć jak nigdy. Zwyczajnie. Wyrzucić z siebie cały zagnieżdżony we mnie smutek, złość i rozczarowanie. Krzyk o pomoc? Może. Ostatnio nie takich rzeczy się dopuściłem. Uwierzcie, że są gorsze rzeczy, które mogę zrobić.


Tytuł notki powinien wskazywać na raczej optymistyczny wydźwięk, ale wiecie co? Dochodzę do wniosku, że nadzieja nie zawsze jest dobra. Zwłaszcza, gdy jej podwaliny są kruche niczym tereny pokopalniane w niektórych regionach Śląska. Żyję tą swoją naiwnością w ciągu dalszym. Sytuacja ma charakter ambiwalentny. Z jednej strony poznaję nowych ludzi, nawiązuje nowe znajomości - z wieloma wiążę spore nadzieje - a z drugiej wszystko, co było, wali się jak domki z kart, do których nigdy zresztą nie miałem cierpliwości. Czuję, że w pewnym sensie pogodziłem się z wieloma porażkami. Cóż z tego, jeśli całość nie ma prawa istnieć? Chaotycznie piszę, przepraszam. Dawno nie przekazywałem tych myśli blogspotowi. Nie chcę też mówić wprost o rzeczach, które dzieją się wokół mnie. I tak jestem cholernym attention seekerem. W każdym razie znowu stawiam wszystko na jedną kartę. Gdybym powiedział o tej karcie, że jest niepewną, byłoby to strasznym niedomówieniem. To, o czym myślę, nie ma prawa bytu. Znowu wykorzystam parę osób do poprawienia tymczasowego samopoczucia. Chuj #1. Zabawne, że byłem już tego świadom z rok temu. Tak traktuję ludzi. Gdy robi się niezręcznie, uciekam. Czekam aż problem odejdzie - zwykle razem z człowiekiem lub przynajmniej budowanym przez pewien czas zaufaniem. A ta karta? Jeśli miałbym to określić w kilku prostych słowach: zawsze wybieram nieosiągalne. Wada charakteru, zboczenie psychiki. Coś w ten deseń.


Mimo to... ta fałszywa nadzieja w jakiś sposób dodała mi energii. Może unikałem drugi dzień z rzędu bezpośredniego kontaktu z ludźmi, ale czuję się w jakiś sposób lepiej. Piszę, czytam, oglądam. Zupełnie jakbym nie stracił roku życia na - powiedzmy wprost - niczym. Chcę się zmienić. Nie wiem, czy lepsze będzie dla mnie, żebym wreszcie zamknął mordę i zaczął słuchać innych, czy wręcz przeciwnie. Egzaltacja bez względu na stan duszy.

Zaraz skończę czytać 'Makbeta'. Szkoda tylko że mimo rzeczywistego ukończenia tej lektury, nie pamiętam z niej prawie nic. Dobrze że są streszczenia. Zostało mi też jeszcze trochę "Folwarku zwierzęcego", do końca tygodnia podejrzewam, że uda mi się go skończyć. A dzisiaj oglądałem filmy. "Zabiłem moją matkę" oraz "Wyśnione miłości" tego samego reżysera. Szczerze mówiąc, nie mam ochoty rozpisywać się, czego dotykała tematyka obu filmów. Zachęcam do obejrzenia. Wydaje mi się, że znowu trafiłem na całkiem głębokie tytuły, które stymulują myślenie - albo to tylko złudzenie.


Szkoła. Poza niemalże całkowitym olaniem ocen, czego będę żałował później, nic się tam nie dzieje. Tydzień polegający na promowaniu szkoły. A to święto, a to dni otwarte. Marnowanie czasu na siedzenie bez celu. I tak nie mam ochoty brać w tym udziału. Szlag by to.

Nie wiem, czy mam coś więcej do dodania. Emocje opadły, głowa mnij boli. Każdy sobie radzi, jak może. Prawda?

So show me family
Or the blood that I would bleed
I don't know where I belong
  I don't know where I went wrong

niedziela, 17 marca 2013

kolejne gówno

Przepraszam, nie jestem w stanie prowadzić tego bloga. Jak zwykle obiecuję i daję ciała.


Znowu dodam parę zdjęć, napiszę, co się u mnie dzieje, pomarudzę. Albo i nie pomarudzę. Bo przecież cały czas marudzę. A publicznie nie wolno marudzić, bo wychodzi się na egoistę i zapatrzonego w siebie egocentryka, który nie dba o innych. Przesyłam buziaczki. O co chodzi? Niedawno na tumblrze dostałem o mniej-więcej takiej treści wiadomość. Odpowiednio ją skomentowałem i... okej. Skończę. Z perspektywy czasu może to i bawi, ale jak wówczas napisałem, będę o tym pamiętał. Takie moje odchylenie. Nieważne.

Byłem chory. Powiedzmy, że wyzdrowiałem. Muszę jechać do lekarki, żeby mi wypisała zwolnienie z wfu. Myślę, że skrzywienie kręgosłupa i niby-astma powinny wystarczyć na moją magiczną karteczkę. Błagam. Niczego bardziej nie pragnę. No dobra. Pragnę. Ale życie byłoby mniej upierdliwe, tak? Tak.

Jadę do stolicy na finał konkursu. Myślicie sobie: "Łał, super. Warszawa, ważny konkurs. Pewnie jest z czegoś zdolniejszy, chujwicojeszcze". Nie. Konkurs, do chuja, ortograficzny. Niby wszystko jest okej, bo już mam wpis na świadectwie, ale... serio? Ortografia? "Jakimi umiejętnościami możesz się pochwalić?" A wiecie, umiem ortografię...

Zacząłem pisać tak entuzjastycznie, jak to tylko możliwe, więc błagam. Myślcie sobie o mnie w kategorii pierwszoligowego debila, ale pamiętajcie, że to nie tak. Jestem debilem, ale nie takim. Uch.

W mojej krypcie zadomowiło się nowe stworzenie - kotka Safi. Może nie jest czarna, jak miało być z założenia, ale jest cudowna. Jej wielkie oczy i ciekawość godna tuzina dzieciaków w wieku przedszkolnym mnie fascynują. Naprawdę. W końcu mam jakieś zajęcie.

Jutro poniedziałek. Poniedziałek. Szkoła. Szlag mnie trafi. To nie jest tak, że ja ich okropnie nienawidzę. Ja ludzi mogę tolerować, nie widzę problemu, że sobie gdzieś tam są. Ale, do jasnej cholery, nie przez tyle czasu. Nie akceptuję tego, że ludzie, których nienawidzę, oddychają tym samym powietrzem co ja. Bo, kij wam w oko, to jest mój tlen. Ech.

Przeczytałem "Trafny wybór" J.K. Rowling. Autorka sagi o młodym czarodzieju, co nieco zaskakujące, okazała się czarodziejką również w kwestii opisywania zwykłego życia angielskiego miasteczka. Naprawdę mi się to podobało. Może nie było wybitne, powiedzmy sobie szczerze. Nie było żadnej puenty, niczego zaskakującego, a postacie były zwyczajnie mdłe. Czy to przeszkadzało? Niekoniecznie. Książka wciągnęła i wołała o skończenie. Czytałem ją sporo czasu ze względu na wszelakie obowiązki szkolne, ale no cóż. Nie zmienia to faktu, że po lekturze byłem zwyczajnie zadowolony. Czy do niej wrócę? Kto wie. Czy mogę ją polecić innym? Nie mam nic przeciwko. Kawał dobrej roboty.

Jestem również na 1/3 "Makbeta" i gdzieś w połowie "Folwarku zwierzęcego". Jak skończę, to pewnie też coś napiszę. Kłaniam się. :)

Filmy? Muszę dodać tutaj jeszcze link do filmweba. Obejrzałem przedwczoraj 'Another Happy Day', w którym gra uwielbiany przeze mnie Ezra Miller. Jest to jeden z tych filmów, o którym dalej zdarza mi się myśleć, mimo że seans odbyłem sporo czasu temu. Podobnie było z "We Need To Talk About Kevin'. Polecam. :)

To chyba wszystko. Fascynujące niczym oglądanie schnącej farby. Postaram się coś napisać. Nie obiecuję. Tylko notuję sam do siebie. Jest jakiś konkurs i przydałoby się popracować.

superhipsterski ja.
przepraszam za moją mordę razy dwa. w polsce wprowadzili wreszcie dr. peppera. jedni polubią, drudzy znienawidzą. smak specyficzny. mnie osobiście smakuje, ale komuś może nie podejść i nadmierna słodycz i wspomniany specyficzny smaczek. well...

super kolaż na wok. kreatywnie.
Safi, mordeczka.