Chcąc być z wami szczery, muszę się przyznać, że zachowam się zaraz nadzwyczaj nieprofesjonalnie i dodam wersję praktycznie "na świeżo". Co z tego wynika? Tylko drobna prośba z mojej strony - nie burzcie się za bardzo na prymitywizm tego opowiadania. Wraz z czasem zapewne będę ten post edytował, na razie chciałem się pochwalić. Tak, to tyle. Miłego czytania. :)
„Wisielcze
drzewo”
Stałem przemarznięty pod budynkiem
biblioteki miejskiej w Sosnowcu. Był już późny wieczór, a ja niezmiernie
żałowałem, że nie wziąłem niczego cieplejszego do ubrania. W końcu był już początek
października i temperatura stale leciała łeb na szyję. Do tego ten obrzydliwy
deszcz. Nienawidziłem takiej pogody, więc nie myśląc za długo, poszedłem na
przystanek autobusowy.
W głowie obijały mi się echa
rzeczy, o których dzisiaj słyszałem. Wiele z nich było równie interesujących,
co przerażających. Kto by pomyślał, że Zagłębie Dąbrowskie ma tyle legend?
Niesamowity folklor i różnorodność. Bardzo lubiłem tutaj wracać. I to nawet nie
ze względu, że Sosnowiec był moim rodzinnym miastem. Cały Śląsk – tudzież
Zagłębie - jest według mnie ogromnie ciekawe z historycznego punktu widzenia.
Dlatego gdy usłyszałem od Piotra, że prowadzi wykład w tutejszej bibliotece na
temat regionalnych legend i podań, nie mogłem odmówić. Bynajmniej nie zawiodłem
się. Mój kolega ze szkolnych ław ma wspaniały dar do opowiadania, choć i bez
tego opowieści o diabelskich kamieniach, fiołkach królowej Jadwigi czy o
wilczej górze potrafiły poruszyć wyobraźnie. Jednak jedna historia wryła mi się
w pamięć najmocniej, była to historia o…
Chlup! Fala wody była języczkiem
u wagi tego wieczora. Dość, że deszcz wcześniej zmoczył mi ubranie, to teraz
można było z niego wprost wyciskać litry wody. Miałem powyżej uszu tej pogody.
Rozejrzałem się wkoło, sprawdzając czy w pobliżu nie ma żadnego postoju dla
taksówek. Miałem szczęście, gdyż najbliższy znajdował się po drugiej stronie
ulicy. Nie przejmując się przepisami, przebiegłem przez drogę.
- O czym pan myślał, wychodząc
w zwykłym swetrze na taką pogodę! – krzyczał kierowca podwózki, gdy wsiadłem
ociekający wodą do jego samochodu. Zdążyłem zauważyć, że mężczyzna był dość
krępej budowy, miał siwe kręcone włosy do ramion – których zresztą rówieśnicy
zapewne dość często mu zazdrościli. Gdy mówił, zwróciłem uwagę na jego oczy.
Były jasnoszare, a czasem zdawały się wręcz białe, co dawało dość upiorny
efekt. Mimo to wydawał się być dobrym człowiekiem. Ot, sąsiad z naprzeciwka. –
Pogody pan nie oglądasz? Okien nie masz? Być
może gdyby był kimś innym, to zdenerwowałbym się na takie słowa. Jednak było w
nim coś takiego, co przyciągało człowieka. Nutka takiego pospolitego gadulstwa
w głosie, która potrafi zbliżyć każdego.
- Nie ma o czym gadać. Zwykła głupota, jakiej pełno
w dzisiejszym świecie.
- No tak. Głupoty jest teraz
pełno. – przyznał z ironicznym uśmiechem - W każdym razie nie będę trzymał pana
tak dygoczącego… gdzie się pan wybiera? – Zdałem sobie sprawę, że naprawdę
dygoczę z zimna. I że nie mam pojęcia, gdzie chcę jechać.
Wpadłem na pewien pomysł.
Wolałem nie wiedzieć, jak głupio to zabrzmi ani na jakiego wariata wyjdę.
- Słyszał pan legendę o… eee…
drzewie wisielców w Dąbrowie? – wahałem się podczas zadawania tego pytania. Co
kogoś mogą obchodzić jakieś durne opowiastki? W ogóle czego ja się chcę niby
dowiedzieć? „TO NIE JEST LEGENDA!”? To chciałem usłyszeć?
Z lekka zbity z tropu mężczyzna
spojrzał na mnie - Słyszałem. – odparł tajemniczo. Nastała niezręczna cisza,
której bałem się przerwać. – Na wschód od Starej Dąbrowy, dawna leśna droga do
Olkusza. Teraz stoi tam stacja Zagórze. – znowu przerwał. – Tak… coś słyszałem.
- Czy mógłby pan mnie tam
zabrać? Chciałbym… zobaczyć to miejsce. – spytałem niepewnie, nie trzęsąc się
już tak bardzo. Ciekawość zagrzewała do działania. Kierowca zrobił wielkie
oczy.
- Teraz? Tam?! – zaczął
krzyczeć, gęsto gestykulując rękoma - Czy pan na pewno masz głowę na miejscu?
Tam nikt się nie zapuszcza. Nikt! Rozumie pan? – Nie rozumiałem. czemu on się
tak burzy. - Legendy legendami, ale z losem lepiej nie igrać…
- Zapłacę… jestem w stanie naprawdę
dużo zapłacić… - nalegałem.
- Co mi po pańskich pieniądzach, gdy
będę martwy? – spytał już spokojniej, wręcz z uśmiechem na ustach. Wydawało mi
się, że myśl o kasie przeciągała go na moją stronę.
Coś zdawało się krzyczeć w
mojej głowie. Jakby mój umysł ostrzegał przed niebezpieczeństwem. Ale co
niebezpiecznego jest w siedzeniu w taksówce?
Musiałem się dostać do tego
miejsca. Coś mnie wzywało. Czułem, że znajdę tam to, czego szukam. Czymkolwiek
to było. Czymkolwiek to groziło.
- Zawiezie mnie tam pan czy
nie? – spytałem twardo, zaskakując samego siebie.
- Jak sobie pan życzy. –
uśmiechnął się. Ale nie w taki sposób, w jaki ludzie uśmiechają się do swoich
przyjaciół czy znajomych po długiej przerwie w widzeniu. Ten uśmiech był pusty,
zimny, może nawet… zły.
„Zły taksówkarz”. „Taksówkarz-morderca”.
Tak Adamie. Zdecydowanie powinieneś dzisiaj wziąć jakieś leki… Zachichotałem
mimo woli. W „Wesołym miasteczku” przyjęliby mnie z otwartymi ramionami.
Ruszyliśmy.
Jechaliśmy przez centrum, a
następnie pewnie skierujemy się na 3 Maja, Aleję Zagłębia Dąbrowskiego i już
praktycznie wjedziemy do Dąbrowy na Katowicką. Znałem tę drogę na pamięć.
- Co pan wie o tej legendzie?
– odważyłem się spytać. Mój kompan zmierzył mnie wzrokiem.
- Wystarczająco.
- Opowie mi ją pan? Chciałbym
wiedzieć o niej jak najwięcej.
- Czemu ci tak na tym zależy?
– spytał, choć i tak prawdopodobnie miał zamiar mi ją opowiedzieć.
- To chyba wrodzona ciekawość
świata…
- Ciekawość świata powiadasz?
– zaśmiał się – Dobrze więc. Mamy trochę czasu. Słuchaj opowieści…
***
- Scena niczym z typowego horroru.
Ciemna noc wraz z pełnią księżyca, a historia toczy się przy osamotnionym domku
w okolicy lasu. Zimny i porywisty wiatr sprawiał, że wszystko wokół wydawało
dziwne szumy. Niczym zepsute, śnieżące telewizory. Ciągłe szszszszsz. Woda na
pobliskim jeziorze marszczyła się chlastana uderzeniami wiatru, a potężne
drzewa nikły w gęstej mgle, która wisiała nad lasem niezależnie od pory dnia,
roku czy pogody, jaka panowała. Groza wisiała w powietrzu i tylko czekała na
punkt zaczepienia. Rzeczy, która pozwoli jej „wybuchnąć”. Ten las… jak już się
domyślasz, nie był to taki normalny las. Od zawsze rządziły w nim zupełnie
odrębne, okrutne zasady. Łapiesz o co mi chodzi, nie? To teraz wyobraź sobie,
że mieszkasz w tym cholernym domku na kompletnym pustkowiu, wokół ciemno, ty
trzęsiesz się z zimna, a w tle słychać ten upiorny szum… No tylko nie mów, że
nie łapiesz klimatu!
Owa chatka znajdowała się niedaleko
miejsca, do którego się udajemy. Droga z Dąbrowy do Olkusza. Swego czasu dość
często używana. A dzisiaj… no cóż. Historia, którą zapewne usłyszałeś, głosi,
że zbóje wyczuwając łatwe zyski z grabieży kupców, osiedlili się w okolicy, by
atakować i zbierać łupy z bezbronnych ludzi, którzy potem byli okrutnie
wieszani na starym dębie jako przestroga dla przejezdnych. Ale to naiwne! Jaki
w tym sens, nieprawdaż? Ja powiem ci prawdę. Mnie możesz zaufać. Posłuchaj
historii o Rafaelu.
Silniejszy podmuch wiatru otworzył z
hukiem okno w pokoju Rafaela, zrywając chłopaka na równe nogi. Nie był to
pierwszy raz, odkąd tu zamieszkał, ale szok po nagłej pobudce nie pozwolił mu
nawet na kiwnięcie palcem. Stał jak sparaliżowany, czekając na ujawnienie się
przyczyny hałasu. Gdy nic się nie stało, podszedł do okiennic i trzęsąc się z
zimna, zamknął okno.
Brunet miał kłopoty ze snem od
samego początku, od kiedy się tu wprowadził. Nie chciał tutaj mieszkać. Słyszał
te dziwne opowieści krążące po dąbrowskim rynku i wolałby dmuchać na zimne,
gdyby nie jego tata. Osobiście bał się tego miejsca i szczerze go nienawidził.
Jaki głupiec zechciałby mieszkać w miejscu tak bardzo oddalonym od innych
ludzi, wśród zwierząt, w ciemnościach lasu? No właśnie. Niestety jego ojciec -
po dziadku Niemcu skąpy (zresztą to po nim młodzian odziedziczył nie polsko
brzmiące imię) - wolał kupić chatkę za mniejszą cenę, bez względu na jego wady.
Starzy lokatorzy z zadziwiającą radością oddawali dom. Ktoś się dziwi?
Ponownie wstał. Próbował znaleźć
lampę, lecz robił to na próżno. Musiał poczekać aż oczy choć trochę
przyzwyczają mu się do ciemności. Ruszył w kierunku drzwi, a potem powolutku
krok za krokiem schodził po schodach, starając się robić wszystko, co w jego
mocy, by nie zbudzić ojca. Niespodziewanie coś zwróciło jego uwagę. Jakby nagły
błysk. Przystanąwszy przy oknie, zaczął wpatrywać się w widok po drugiej
stronie szyby. Wiatr w niesamowity sposób kołysał drzewami niczym w takt
powolnej, wręcz melancholijnej melodii, którą tylko one były w stanie usłyszeć.
Rafael nie mógł jej doświadczyć, jedynie stał zafascynowany widokiem. „Jak
zaczarowane.” – pomyślał. Dęby raz za razem pochylały się i prostowały, ruszały
gałęziami i drobnymi ciemnymi listkami, a wszystko przypominało taniec. Drzewny
taniec.
Nagle w oddali błysnęło światło. Nie
było mowy o pomyłce, a mimo to chłopak przetarł oczy, nie wierząc własnym zmysłom.
Światło w oddali. Słabe, jednak wciąż wyraźne. Stanął jak wryty, wstrzymując
oddech w obawie o jakikolwiek dźwięk.
„Co ktokolwiek może robić o tej
godzinie w lesie? W t y m lesie?!” – zastanawiał się – „Może ktoś zbłądził?
Jakiś nieuważny podróżnik, który zboczył z trasy? W takim wypadku powinienem mu
pomóc… ale jak ja mam stąd wyjść? Teraz? Tam?”
Walczył sam ze sobą. Miał złamać
swoją zasadę numer jeden, która głosiła, żeby nigdy nie wychodzić do lasu w
nocy. Nigdy. Żadnych haczyków. Nie było mowy o żadnych zagubionych turystach…
ale nie może tak kogoś zostawić, prawda? Nie pozwalała mu na to jego dobra
duszyczka. (I tacy ludzie - o tych dobrych duszyczkach - zwykle najszybciej
kończą swój żywot, drogi Adamie)…
Wyszedł. Nie wiedział dlaczego, nie
wiedział po co. Nie zabrał ze sobą nawet kurtki. Nie zostawił żadnej
wiadomości. Nie było czasu. Poza tym… zaraz wróci. Nie zwracając uwagi na
przeraźliwe zimno, skierował się w stronę lasu. Łamane gałęzie trzeszczały pod
jego butami. Zauważył, że choć przeszedł już spory kawałek, nie natrafił
jeszcze na żadne zwierzę. Żadnego żywego stworzenia. Dziwiło go również,
dlaczego droga jest tak szeroka. Był pewny, że nikt tędy nie chodził od lat, a
mimo to ani raz nie musiał zbaczać z obranego na początku kierunku. Zbieg
okoliczności… bo cóż innego? Zgłębiając się coraz głębiej w knieje, usłyszał
śpiew. Czy to była ta melodia lasu? Zaiste piękna, wolna, a przy tym na swój
sposób dzika. Czy to ten śpiew kazał drzewom tańczyć? Głos dochodził z tej
samej strony, co coraz bardziej widoczne światło. To go zmotywowało do
szybszego kroku. Jedna rzecz mu nie pasowała. Niby dlaczego jacyś turyści
mieliby śpiewać w środku lasu…? Mimo wszystko ciekawość zmuszała go do
kontynuowania poszukiwań.
Patrząc pod nogi nawet nie zauważył,
że doszedł do największego dębu w lesie. Do TEGO dębu. Powiesz, że drzewo jak
każde inne. Nieco przerośnięte, acz zwykłe. Tylko jedna rzecz sprawiała, że
było bardziej przerażające od innych. Drobny szczegół, którego ktoś mógłby
nawet nie zauważyć. Wisielce. Wisielce porozwieszane na gałęziach drzewa za
sznurki na każdej kończynie. Martwe ciała zwisały bezwładnie niczym marionetki.
Gdy Rafael to spostrzegł, było już za późno. Wiszące trupy zerwały się nagle,
niczym kukły przywrócone do życia, sterowane przez jakiegoś nieznanego
sztukmistrza.
Wokół rozbłysło nienaturalne zielone
światło. Muzyka lasu całkowicie zmieniła swe oblicze. Melodia przypominała
chłopcu afrykańskie tańce wojenne, o których opowiadali podróżnicy w gospodach.
Słychać było nawet bębny grające gdzieś w ciemnościach. Rafael był przerażony.
Po prostu. Cofnął się nieznacznie. Miliony myśli krążyło mu po głowie. Od
początku wiedział, że źle robi wychodząc z domu, ale to… to przekraczało jego najśmielsze
wyobrażenia. Zdołał jeszcze zauważyć, że wszystko zostało dopięte na ostatni
guzik. Niczym scena w teatrze. Chory horror. Zastanawiał się o co tu w ogóle
chodzi. Kto za tym stoi? Po co to wszystko? Znad jednego truposza ulatywała
jeszcze para, co znaczyło, że musiał być dość „świeży”. Chłopcu zrobiło się
niedobrze i próbował uciekać. Łup! Coś złapało go za nogi i runął na ziemię,
gdzie został ostatecznie ogłuszony. Ostatnimi słowami jakie usłyszał, były
wyszeptane koło ucha: „Krew… krew przywróci cię do życia…”
Historia głosi, że chłopak zbudził
się obolały, wisząc na drzewie wraz z resztą wisielców. Nie mógł nic zrobić.
Żadnego ruchu, ani pisku. Słyszał tylko jakby głos z oddali. Głos kogoś
silnego. Nie miał pojęcia co się stało, ani tym bardziej czyj to głos. Zdawał
sobie tylko sprawę z tego, że nie żyje.
***
- To wszystko. – zakończył i
uśmiechnął się. Nie podobał mi się ten uśmiech. Znowu pomyślałem o tym, że był
groźny. Mówił, że jeszcze ze mną nie skończył. – Podobała ci się historia? Tylko
nie mów, że masz cykora…
- Podobała. – odpowiedziałem z
wolna. Zdecydowanie nie wiedziałem, czy ta historia mi się „podobała”. W pewien
sposób zaspokoiła moją ciekawość, to na pewno. Gadka kierowcy znacznie różniła
się od historii opowiedzianej mi przez Piotra i nie miałem jak dociec, kto mówi
prawdę. Opowiadanie ze zbójami było w pewnym sensie niespójne i nielogiczne,
ale… wisielce, które ożywają? Muzyka w środku lasu? Dziwne światła? To też nie
miało za wiele sensu… Wierzyłem, że wszystkiego dowiem się na miejscu. Może i
to była legenda, ale musiała zwierać jakiś pierwiastek prawdy. I właśnie to
muszę odkryć.
Rozkoszowałem się jazdą, gdy moje
manie znowu dawały się we znaki.
- Czy to czerwone volvo nie jedzie
za nami od początku? – powiedziałem na głos, a twarz kierowcy stężała na
moment. Przez chwilę wyglądał naprawdę przerażająco i nie wiedziałem, co się z
nim dzieje. Jego oczy jakby zaświeciły i… o czym ja do cholery mówię?!
Przetarłem ślepia i spojrzałem na niego po raz drugi, przekonując się, że
wygląda zupełnie normalnie.
Nagle skręciliśmy ostro w prawo,
zjeżdżając z naszej trasy. Popatrzyłem pytająco na kierowcę, a potem w
lusterko. Czerwone volvo siedziało nam na ogonie. Co się tutaj dzieje?
Poderwało mnie do tyłu, gdy nagle przyspieszyliśmy. Wjechaliśmy w jakąś starą
trasę wiodącą pomiędzy dwoma lasami. Taksówkarz włączył długie światła i
najwyraźniej nie miał zamiaru zwalniać.
- Co to za jedni? – spytałem z
obawą, nie dostając odpowiedzi.
Volvo było cały czas za nami. Z
zawrotną prędkością wchodziliśmy w zakręty. Zaczynałem czuć się jak w jakiejś
cholernej grze komputerowej. Zabawa z dzieciństwa – policjant i złodziej. Kot i
mysz. Tylko gdzie ja byłem, gdy tłumaczyli sens naszej dzisiejszej rozgrywki?
Gwałtownie przemykający cień po
prawej stronie. Z lewej. Z przodu. Krzyk.
Pojedyncze cienie przenikały
przestrzeń wokół nas. Przenikały nas samych. Zdezorientowany popatrzyłem we
wsteczne lusterko. Dziwne mary pognały dalej, aż do naszego ścigającego i
oplotły go swoją ciemnością aż całkiem uniemożliwiły jego zobaczenie. Jakby
auto nagle rozpłynęło się w powietrzu. Na jego miejscu nie było nic.
Oddychałem ciężko, zimny pot oblał
moje ciało. Co tu się do cholery dzieje?!
- W-widziałeś to? – spytałem
kierowcę, szczękając zębami. – T-t-to wszystko za nami?
Popatrzył na mnie niepewnym
wzrokiem.
- Ale… co miałem zobaczyć, Adamie? –
jego głos zabrzmiał tak, jakby się o mnie martwił – Nic ci nie jest? Jesteś
okropnie blady…
Odebrało mi dech w piersi. O czym on
do cholery mówi? Jak mógł niby tego nie zobaczyć?!
- A to volvo…? – szepnąłem
niepewnie.
Kierowca tylko popatrzył na mnie
przerażony. Nie potrzebowałem niczego więcej. Jestem szalony. Jestem pieprzonym
wariatem. Skąd mam niby wiedzieć co jest prawdziwe, a co nie? Co jest jawą, a
co jest fikcją? Wszystko nagle stało się cholernie pogmatwane. Niczego już nie
byłem pewny.
„Powinienem jak najszybciej zgłosić
się do lekarza” – ta myśl krążyła mi bezustannie po głowie. Powinienem…
- Przepraszam, czy moglibyśmy
zawrócić? – spytałem, udając opanowanego. Na pozór łatwe zadanie stało się
teraz niewyobrażalnie trudne.
- Panie Adamie… przecież jesteśmy
już na miejscu. – Nawet nie zauważyłem, kiedy stanęliśmy. – Nie chce pan
chociaż wysiąść? Rozejrzeć się? Naprawdę warto. To… magiczne miejsce. – uśmiechnął
się, odsłaniając śnieżnobiałe zęby. Sprawiał wrażenie zniecierpliwionego może
nawet zezłoszczonego moim niezdecydowaniem. A może to znowu moja wyobraźnia
sobie ze mną pogrywa?
Wysiadłem z auta i rozejrzałem się.
Miejsce przypominało to z opowiadanej przez kierowcę historii. Droga, las,
mgła, ciemność, wiatr i szum. W tym miejscu można było na własnej skórze poznać
grozę. O tak, to miejsce zdecydowanie było „magiczne”. Zastanawiałem się tylko,
które z tych drzew mogło być tym z opowieści. Wszystkie wyglądały niemal
identycznie, a na dodatek mgła utrudniała widoczność. Każde z nich wyglądało
przerażająco i każde z nich mogło kryć tajemnicę drzewa wisielców.
- Możesz pokazać, które to…? –
niedokończone pytanie zawisło w powietrzu. Nie wiedziałem czy kierowca będzie
znał odpowiedź, ale co szkodziło zaryzykować? Odwróciłem się w kierunku
samochodu, przy którym stał starszy pan. Otwarłem szeroko oczy ze zdumienia.
Przez chwilę… przez chwilę zdawało mi się, że widzę Piotra. Ale… to przecież
nie on. Piotr jest w Sosnowcu, pewnie wrócił już do domu i…
Starszy pan zaśmiał się. Ale jego
śmiech nie był taki sam. Był inny. Zupełnie.
- Wiesz, że znowu trzęsiesz się z
zimna? – spytał. – Chodź, zobaczysz to drzewo i jedziemy z powrotem, co ty na
to? – Przeszedł koło mnie i wszedł w las. Pomachał mi ręką na znak, żebym szedł
za nim. Zrobiłem to.
Szliśmy wąską wydeptaną ścieżką. Kto
ją mógł wydeptać? Sam Bóg wie. Wolałem o tym nie myśleć. W zamian mój mózg
podsunął mi propozycję wizyty u dentysty. Zęby tak się o siebie obijały, że
prawdopodobnie lekarz załamie się na pierwszy rzut oka… zimno. Poza tym zrobiło
się już całkiem ciemno. Całe moje podniecenie wyparowało wraz z ostatkami
ciepła przez nieosłonięte części ciała. Wszystko wyglądało przerażająco.
Chciałem wracać. Naprawdę chciałem wracać.
Trzask gałęzi po prawej. Krzyknąłem
z przerażenia i próbowałem dostrzec źródło tego odgłosu. Na próżno wysilałem
mój wzrok w tych ciemnościach. Z tego roztargnienia zszedłem z wydeptanej
ścieżki. Gdzie ona do cholery jest?!
- Hej-hej! – krzyknąłem za kierowcą.
Głusza. – Gdzie jesteś?! – krzyknąłem znowu.
Zacząłem biec w jednym kierunku.
Słyszałem krzyk. Swój krzyk. Znikąd. Zewsząd. Jak w studni.
Dostrzegłem światło i niczym owad
zacząłem do niego biec. Naraz usłyszałem krzyk kierowcy:
- Tutaj, tutaj! Do światła!
Kierowca nawoływał coraz głośniej. A
może to ja byłem coraz bliżej niego? Nagle jego głos się zmienił. Dałbym sobie
rękę uciąć, że słyszę mojego przyjaciela Piotra.
- Piotr?! – krzyknąłem.
Śmiech. Pusty, zimny śmiech, który
wwiercał się w moją głowę. Nie wiedziałem, z której strony dochodzi. Może to
mój śmiech? Znowu zacząłem krzyczeć, a śmiech stawał się głośniejszy i
głośniejszy. Upadłem na ziemię.
Cisza. Kroki gdzieś koło mnie.
- Kim jesteś? – wychrypiałem z
trudem.
- Twoją śmiercią, Adamie.
Ból rozdzierał moją głowę i klatkę
piersiową. Niemy krzyk próbował wydobyć się z mojego gardła. To koniec. To
naprawdę koniec.
***
W ciemnym pomieszczeniu, które tak
naprawdę było wnętrzem drzewa, tajemnicza postać siedziała w miękkim fotelu.
Patrzyła beznamiętnym wzrokiem w pustkę, jakby nie przejmowała się niczym.
Nawet upływającym czasem, który obszedł się z nim całkiem nieuprzejmie. Nie
zwrócił uwagi również na przypominającą zombie postać, która koło niego przeszła.
Jego ciekawość przykuł dopiero przedmiot niesiony przez potwora. Był to duży
kielich wypełniony czerwonym płynem. Charakterystyczny metaliczny zapach unosił
się w powietrzu. Mężczyzna doskonale wiedział, co to jest. Jego lekarstwo.
Eliksir życia. Jego własna ambrozja. Z trudem uniósł rękę, odebrał kielich od
sługusa i przyłożył go sobie do ust. Szkarłatna ciecz polała mu się po brodzie
i spłynęła na nagie ciało. To było to, czego potrzebował od przeszło stu lat.
Jego rysy nagle się wyostrzyły.
Wszelkie zmarszczki zniknęły i powoli odzyskiwał pełnię władzy w członkach.
Poruszył palcami, a następnie rozciągnął się. Czuł się jak nowo narodzony. Otworzył
usta, wysuwając język podobny do wężowego. Białe kły odbijał światła pochodni.
Mężczyzna wydał z siebie chrapliwy dźwięk i przemówił:
- Och, droga śmierci. Jak miło było
cię spotkać i pożegnać. Znowu. – wyszeptał beznamiętnym tonem w ciemność. Jego
głos był niski, chrapliwy, o ciemnej barwie. – Tak, wiem. Udało mi się i nie
wypadłem z gry. – cały czas patrząc w to samo miejsce, kontynuował. – Adam,
Adam, Adam. Cudowne imię. Tak… pierworodne. – Odsłonił zęby w uśmiechu, wstał z
fotela i ruszył ku ciemności. – Kto by się spodziewał, że wszystko będzie takie
proste? Wystarczyło zaledwie zaszczepić w nim ciekawość poprzez starego
przyjaciela. – Sięgnął ręką w ciemność, wyciągając za głowę ciało Piotra.
Obejrzał je i odrzucił w kąt ze śmiechem. – Potem tylko wystarczyło podsunąć mu
myśl, która nurtowałaby go jeszcze bardziej. Do szaleństwa. Do tego stopnia, by
przyszedł tu sam z siebie. – Usiadł znowu w fotelu, cały czas trwając w swym
przerażającym uśmiechu niczym w masce. – Wariactwo. Sam już nie wiedział pod
koniec nawet kim ani czym jest. Naiwna istota…
Do sali wszedł kolejny potwór.
Ciągnął za sobą ciało Adama.
- Ostrożnie z nim z do cholery! –
zakrzyknął mistrz, a jego krzyk zatrząsł całym drzewem. Sługus położył ciało
pod stopami pana i w tym samym momencie jego głowa została zmiażdżona przez
uderzenie silnej ręki.
- Pewnie chciałbyś wiedzieć dlaczego
akurat ty, chłoptasiu. – Pogłaskał nieboszczyka po głowie, z której wciąż
sączyła się krew. Oblizał palce, jakby rozkoszował się jakimś wykwintnym
daniem. – Odpowiedzią jest twoja krew. Nic prostszego, prawda? Wyjątkowa krew.
– roześmiał się. Jego zęby były czerwone od spożywanej cieczy. – Legenda
pozostaje legendą.
Zatopił kły w szyi ofiary. Krew
spływała wolno po martwym ciele. Usta łapczywie pochłaniały swą ambrozję. Tak
miało być. Tak po prostu miało być.
„Nie módl się za mnie.
Nie potrzebuję twojej sympatii.
Nie chcę, żeby twój bóg mnie chronił.
Nie módl się za mnie.
Nie chcę twojej empatii.
Nie potrzebuję zbawienia przez twojego zbawiciela.
Nie módl się za mnie.
Ofiaro niewinności.”
Marilyn Manson – ‘Don’t pray (for me)’
Zapomniałbym! Podziękowania za pomoc i doradztwo dla Kasi. :)