Zacząłem to opowiadanie z myślą o konkursie o tematyce - po części - związanej ze świętem Zaduszek. Tak. Przyznaję, że to kawał czasu. Pisząc to, zdaje się, że byłem w stanie emocjonalnym znacznie gorszym niż teraz, z czego też wynikał brak zapału na dokończenie tego nieszczęsnego "dzieła". Ale wiecie co? Naprawdę mi go szkoda. Było pierwszym opowiadaniem, które od początku byłem w stanie polubić. Poza tym mam pozapisywane miliony notatek na temat świąt, Celtów, legend i tym podobnych drobiazgów i, bądź co bądź, szkoda tego zmarnować. Dlatego powoli, ociężałym krokiem mam zamiar zabrać się do pracy. Czy coś z tego wyjdzie? Chciałbym. Ale dość gadania. Zapraszam do czytania. (:
1.
Drzewa pochylały się niebezpiecznie szarpane niespokojnym
tego wieczoru wiatrem. Słońce zachodziło powoli za horyzont, zwiastując różową
poświatą nadchodzący zmrok. Mimo tego że kalendarz wskazywał niemalże środek
jesieni, temperatura była bliska wakacyjnej. Nic nie zapowiadało nadchodzących
zdarzeń. Kompletnie nic. Można powiedzieć, że ciemność nadeszła z zaskoczenia.
Ukryta w zakamarkach naszych najgłębszych tajemnic i lęków, wypełzła w
najbardziej nieoczekiwanym momencie, zachłannie zagarniając swymi mackami wszystko,
co było w ich zasięgu. Ale myślę, że dość już zdradzania tajemnic. Najwyższy czas
zacząć opowieść.
***
Starszy pan, siedząc w swym bujanym fotelu, wpatrywał się
nieobecnym wzrokiem w kąt pokoju. Przód-tył, stuk-zgrzyt. Rytmiczny ruch
hipnotyzował czternastoletniego Artura. Wpatrzony, zupełnie zapomniał, po co
tak właściwie przyszedł. Stał tylko w progu i niczym ślepiec bał się zrobić
kolejny krok. Dziadek od tygodnia nie czuł się chyba zbyt dobrze. Zupełnie
jakby coś go trapiło. Myśl ta nie dawała chłopcu spokoju. Nie posiadali długów,
dziadek jako wójt wioski dostawał przyzwoite wynagrodzenie, a i miejscowi
bardzo sobie starszego pana umiłowali. To wszystko nie pomagało chłopcu w
rozwikłaniu zagadki. Dziadek nawet po śmierci swojego syna nie zachowywał się w
ten sposób. Myślami ciągle gdzieś indziej. Daleko. Nieobecnie.
Światło ginęło wraz z zachodzącym coraz niżej słońcem.
Chłopiec stał w półmroku, wpatrując się w seniora. Gałęzie rzucały niepokojące
cienie na stojący pod oknem fotel wraz z jego użytkownikiem. Drzewo już dawno
zrzuciło liście, więc teraz straszyło swoim powykręcanym szkieletem. Cienie
kojarzyły się młodzieńcowi z długimi palcami czekającymi tylko na okazję, aby
zacisnąć się na ewentualnej ofierze. Pomyślał, że urzeczywistniały one w pewnym
sensie nasze lęki. Tak moglibyśmy sobie wyobrazić śmierć. Niepozorny cień,
który przeciągnie nas na drugą stronę. Przerażające w swojej prostocie.
Stop. Nagłe zatrzymanie się fotela wybiło Artura z jego
rozmyślań. Usłyszał chrapliwy głos swojego dziadka. Nie mógł oprzeć się
wrażeniu, że słyszy w nim nutkę roztrzęsienia. Strachu. Jeśli tak… to przed
czym?
- Chciałeś coś? – Dziadek wpatrywał się w niego uważnie
swymi zielonymi oczami kropla w kroplę takimi samymi jak chłopca. To było ich
dziedzictwo po irlandzkich przodkach.
- Ja… - Chłopiec musiał się skoncentrować. Przejmował się
dziadkiem. Bał się o niego, ale zarazem nie chciał mu tego wprost okazać.
Wiedział, jak bardzo nie lubi ludzi martwiących się na zapas. – Jak się czujesz?
Odpowiedzi nie uzyskał od razu. Starszy pan odwrócił się
i zaczął szukać trochę po omacku swoich papierosów. Odpaliwszy, zaciągnął się
głęboko i chłopca zaraz omiótł charakterystyczny zapach dymu.
- Nie przyszedłeś tutaj, żeby o to spytać, prawda? –
uśmiechnął się, jednak oczy dalej pozostały niewzruszone i jakby nieobecne –
Dawno temu wróciłeś? – Widząc zakłopotanie chłopca, zmienił temat.
- Przed chwilą. Autobus znowu się spóźnił. – Uroki życia
na wsi. Autobusy prawie codziennie się spóźniały. O ile w ogóle przyjeżdżały. –
Długo już tutaj siedzisz?
- Trochę mi się… zdrzemnęło. – odpowiedział wymijająco –
Zapalisz światło?
Chłopiec zrobił, co mu kazano, a pokój rozświetliło
ciepłe światło żarówki. Przykuwające wcześniej uwagę cienie rozpierzchły się po
kątach pokoju niczym zmartwienia znikające z naszego serca pod naporem nowej
fali nadziei. Widać było teraz dokładnie każdy kąt niewielkiego pokoiku. Bez problemu
można było rozpoznać w nim rękę właściciela. Było to jego własne królestwo i
nie omieszkał tego okazywać. Pokój obity drewnianymi deskami miał niezaprzeczalny
charakter. Na podłodze czarny dywan budził podziw bogatym imitującym złoto
zdobieniem. Ściany pełne były czarno-białych zdjęć z młodości dziadka. Każde w
ciężkiej drewnianej ramie, przywodzącą na myśl obawę właściciela przed ucieczką
jego wspaniałych wspomnień. Każde z nich miało własną niepowtarzalną historię
czekająca tylko na opowiedzenie. Cóż rzec więcej? Był to po prostu czas zaklęty
w magicznym obrazie.
Magia. To słowo najlepiej opisywało dziadka. Mimo że
dawne rude włosy zastąpiła urocza siwizna, oczy dalej miał śmiejące jak za
dawnych dobrych czasów. Wokół mężczyzny często działy się niesamowite rzeczy.
Ktoś nawet stwierdził, że dopisywało mu niezwykłe szczęście… rzecz jasna wszystko
ma swój kres. Ostatnie lata były jakby odbiciem jego życiorysu w groteskowym
krzywym zwierciadle. Utrata żony, utrata syna. Tragedia za tragedią. Jednak mimo
wszystko poczciwy staruszek zawsze stawał na nogi i prostował dumnie swą
irlandzką pierś. Przeciw całemu złu tego świata. Czy to nie było magią? Dla
chłopca na pewno.
Poza zdjęciami w pokoju pełno było różnych – jak mawiała
za życia pani domu – „bibelotów”. Nie były to jednak takie zwyczajne
przedmioty, jakie pewnie kojarzą wam się z waszymi seniorami. Nie pasowałoby to
do wyjątkowej natury sołtysa wioski. Zamiast tego na ścianach porozwieszane
były przeróżne koliste naszyjniki i bransoletki wykonane z przeróżnych stopów
metali. Bogate zdobienia zachwycały za każdym razem szczęśliwców odwiedzających
owe tajemnicze królestwo. Na półkach szafek znaleźlibyście przeróżne misternie
wykonane drewniane figurki. I uwierzcie, że nie starczyłoby wam czasu na dokładne
obejrzenie choćby połowy z nich. Każda przedstawiała inne zwierzę, inną postać.
Był tu wielki niedźwiedź obok drobnego królika i była również kobieta
wymachująca mieczem tuż obok zwyczajnego wioskowego lutniarza. Pochodzenie? No
cóż. Mówi się, że niektórych tajemnic starsi ludzie po prostu nie zdradzają.
Dym, będący, można rzec, częścią wyposażenia tego
miejsca, wypełnił już każdy kąt. Duszący zabójca wnikał we wszystko,
pozostawiając śmiertelny nalot. Czy komuś to przeszkadzało? Od kiedy pani domu
odeszła, nie było już nikogo, kto mógłby przyganić dziadka. Dym, który znikał,
zostawiając po sobie ten na swój sposób morderczy ślad, mógł być równie dobrze
metaforą naszego życia i przemijania. Śmierć kogoś bliskiego jest niczym
otwarta rana. Albo ów duszący dym, którego im więcej wdychamy, tym bardziej
martwi się stajemy. Było w tym coś przejmującego.
- Zbliżają się Zaduszki, wiesz o tym prawda? – spytał w
końcu, a chłopiec kiwnął głową. – Wiesz również, z czym to się wiąże, tak? Jak
co roku, gdy…
- Pamiętam. – przerwał. – Nasze święto. Nasz Samhain.
- Tak, zgadza się. – Przytaknął niepewnie starzec. – Ale
tym razem będzie to… - przerwał, jakby myśląc nad doborem słów – dość
szczególny dzień. Bardziej niż zwykle. Bardziej niż kiedykolwiek. – Tajemniczy
ton dziadka nie podobał się nastolatkowi. Ani trochę. Wszystko ostatnio było
„nie-takie”. Jak gdyby świat szykował się na coś specjalnego i próbował do tego
chłopca przygotować. Czuł to. Całą atmosferę wiszącej w powietrzu grozy.
Obawiał się, że nadchodzące zmiany, czymkolwiek będą, nie spodobają mu się.
- To już jutro. – oznajmił chłopiec, nie oczekując
odpowiedzi. Dziadek patrzył na niego badawczym wzrokiem. Więcej nawet, zielone
oczy patrzyły jakby z przestrachem. On też czuł nadchodzące zmiany. On wiedział
wszystko. Tylko dlaczego nie podzieli się swoją wiedzą? Co jest aż tak ważne,
że nie może powiedzieć tego swojemu wnukowi?
- Powiem ci więcej jutro. – usłyszał, jak gdyby opiekun
czytał mu w myślach. – Idź się połóż. Wyśpij się. Sen jest teraz twoim
największym sprzymierzeńcem. – Dodał i jakby dla podkreślenia swoich słów
zgasił papierosa. Chłopiec wiedział, że czas wyjść.
'I want you
The truth can't hurt you it's just like the dark
It scares you witless
But in time you see things clear and stark
I want you
Go on and hurt me then we'll let it drop
I want you
I'm afraid I won't know where to stop'