Etykiety

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 października 2011

"Wisielcze drzewo" - ok. 18 230 znaków

Chcąc być z wami szczery, muszę się przyznać, że zachowam się zaraz nadzwyczaj nieprofesjonalnie i dodam wersję praktycznie "na świeżo". Co z tego wynika? Tylko drobna prośba z mojej strony -  nie burzcie się za bardzo na prymitywizm tego opowiadania. Wraz z czasem zapewne będę ten post edytował, na razie chciałem się pochwalić. Tak, to tyle. Miłego czytania. :)


„Wisielcze drzewo”

            Stałem przemarznięty pod budynkiem biblioteki miejskiej w Sosnowcu. Był już późny wieczór, a ja niezmiernie żałowałem, że nie wziąłem niczego cieplejszego do ubrania. W końcu był już początek października i temperatura stale leciała łeb na szyję. Do tego ten obrzydliwy deszcz. Nienawidziłem takiej pogody, więc nie myśląc za długo, poszedłem na przystanek autobusowy.
            W głowie obijały mi się echa rzeczy, o których dzisiaj słyszałem. Wiele z nich było równie interesujących, co przerażających. Kto by pomyślał, że Zagłębie Dąbrowskie ma tyle legend? Niesamowity folklor i różnorodność. Bardzo lubiłem tutaj wracać. I to nawet nie ze względu, że Sosnowiec był moim rodzinnym miastem. Cały Śląsk – tudzież Zagłębie - jest według mnie ogromnie ciekawe z historycznego punktu widzenia. Dlatego gdy usłyszałem od Piotra, że prowadzi wykład w tutejszej bibliotece na temat regionalnych legend i podań, nie mogłem odmówić. Bynajmniej nie zawiodłem się. Mój kolega ze szkolnych ław ma wspaniały dar do opowiadania, choć i bez tego opowieści o diabelskich kamieniach, fiołkach królowej Jadwigi czy o wilczej górze potrafiły poruszyć wyobraźnie. Jednak jedna historia wryła mi się w pamięć najmocniej, była to historia o…
            Chlup! Fala wody była języczkiem u wagi tego wieczora. Dość, że deszcz wcześniej zmoczył mi ubranie, to teraz można było z niego wprost wyciskać litry wody. Miałem powyżej uszu tej pogody. Rozejrzałem się wkoło, sprawdzając czy w pobliżu nie ma żadnego postoju dla taksówek. Miałem szczęście, gdyż najbliższy znajdował się po drugiej stronie ulicy. Nie przejmując się przepisami, przebiegłem przez drogę.
            - O czym pan myślał, wychodząc w zwykłym swetrze na taką pogodę! – krzyczał kierowca podwózki, gdy wsiadłem ociekający wodą do jego samochodu. Zdążyłem zauważyć, że mężczyzna był dość krępej budowy, miał siwe kręcone włosy do ramion – których zresztą rówieśnicy zapewne dość często mu zazdrościli. Gdy mówił, zwróciłem uwagę na jego oczy. Były jasnoszare, a czasem zdawały się wręcz białe, co dawało dość upiorny efekt. Mimo to wydawał się być dobrym człowiekiem. Ot, sąsiad z naprzeciwka. – Pogody pan nie oglądasz? Okien nie masz? Być może gdyby był kimś innym, to zdenerwowałbym się na takie słowa. Jednak było w nim coś takiego, co przyciągało człowieka. Nutka takiego pospolitego gadulstwa w  głosie, która potrafi zbliżyć każdego.
            - Nie  ma o czym gadać. Zwykła głupota, jakiej pełno w dzisiejszym świecie.
            - No tak. Głupoty jest teraz pełno. – przyznał z ironicznym uśmiechem - W każdym razie nie będę trzymał pana tak dygoczącego… gdzie się pan wybiera? – Zdałem sobie sprawę, że naprawdę dygoczę z zimna. I że nie mam pojęcia, gdzie chcę jechać.
            Wpadłem na pewien pomysł. Wolałem nie wiedzieć, jak głupio to zabrzmi ani na jakiego wariata wyjdę.
            - Słyszał pan legendę o… eee… drzewie wisielców w Dąbrowie? – wahałem się podczas zadawania tego pytania. Co kogoś mogą obchodzić jakieś durne opowiastki? W ogóle czego ja się chcę niby dowiedzieć? „TO NIE JEST LEGENDA!”? To chciałem usłyszeć?
            Z lekka zbity z tropu mężczyzna spojrzał na mnie - Słyszałem. – odparł tajemniczo. Nastała niezręczna cisza, której bałem się przerwać. – Na wschód od Starej Dąbrowy, dawna leśna droga do Olkusza. Teraz stoi tam stacja Zagórze. – znowu przerwał. – Tak… coś słyszałem.
            - Czy mógłby pan mnie tam zabrać? Chciałbym… zobaczyć to miejsce. – spytałem niepewnie, nie trzęsąc się już tak bardzo. Ciekawość zagrzewała do działania. Kierowca zrobił wielkie oczy.
            - Teraz? Tam?! – zaczął krzyczeć, gęsto gestykulując rękoma - Czy pan na pewno masz głowę na miejscu? Tam nikt się nie zapuszcza. Nikt! Rozumie pan? – Nie rozumiałem. czemu on się tak burzy. - Legendy legendami, ale z losem lepiej nie igrać…
            - Zapłacę… jestem w stanie naprawdę dużo zapłacić… - nalegałem.
            - Co mi po pańskich pieniądzach, gdy będę martwy? – spytał już spokojniej, wręcz z uśmiechem na ustach. Wydawało mi się, że myśl o kasie przeciągała go na moją stronę.
            Coś zdawało się krzyczeć w mojej głowie. Jakby mój umysł ostrzegał przed niebezpieczeństwem. Ale co niebezpiecznego jest w siedzeniu w taksówce?
            Musiałem się dostać do tego miejsca. Coś mnie wzywało. Czułem, że znajdę tam to, czego szukam. Czymkolwiek to było. Czymkolwiek to groziło.
            - Zawiezie mnie tam pan czy nie? – spytałem twardo, zaskakując samego siebie.
            - Jak sobie pan życzy. – uśmiechnął się. Ale nie w taki sposób, w jaki ludzie uśmiechają się do swoich przyjaciół czy znajomych po długiej przerwie w widzeniu. Ten uśmiech był pusty, zimny, może nawet… zły.
            „Zły taksówkarz”. „Taksówkarz-morderca”. Tak Adamie. Zdecydowanie powinieneś dzisiaj wziąć jakieś leki… Zachichotałem mimo woli. W „Wesołym miasteczku” przyjęliby mnie z otwartymi ramionami. Ruszyliśmy.
            Jechaliśmy przez centrum, a następnie pewnie skierujemy się na 3 Maja, Aleję Zagłębia Dąbrowskiego i już praktycznie wjedziemy do Dąbrowy na Katowicką. Znałem tę drogę na pamięć.
            - Co pan wie o tej legendzie? – odważyłem się spytać. Mój kompan zmierzył mnie wzrokiem.
            - Wystarczająco.
            - Opowie mi ją pan? Chciałbym wiedzieć o niej jak najwięcej.
            - Czemu ci tak na tym zależy? – spytał, choć i tak prawdopodobnie miał zamiar mi ją opowiedzieć.
            - To chyba wrodzona ciekawość świata…
            - Ciekawość świata powiadasz? – zaśmiał się – Dobrze więc. Mamy trochę czasu. Słuchaj opowieści…

***
           
            - Scena niczym z typowego horroru. Ciemna noc wraz z pełnią księżyca, a historia toczy się przy osamotnionym domku w okolicy lasu. Zimny i porywisty wiatr sprawiał, że wszystko wokół wydawało dziwne szumy. Niczym zepsute, śnieżące telewizory. Ciągłe szszszszsz. Woda na pobliskim jeziorze marszczyła się chlastana uderzeniami wiatru, a potężne drzewa nikły w gęstej mgle, która wisiała nad lasem niezależnie od pory dnia, roku czy pogody, jaka panowała. Groza wisiała w powietrzu i tylko czekała na punkt zaczepienia. Rzeczy, która pozwoli jej „wybuchnąć”. Ten las… jak już się domyślasz, nie był to taki normalny las. Od zawsze rządziły w nim zupełnie odrębne, okrutne zasady. Łapiesz o co mi chodzi, nie? To teraz wyobraź sobie, że mieszkasz w tym cholernym domku na kompletnym pustkowiu, wokół ciemno, ty trzęsiesz się z zimna, a w tle słychać ten upiorny szum… No tylko nie mów, że nie łapiesz klimatu!
            Owa chatka znajdowała się niedaleko miejsca, do którego się udajemy. Droga z Dąbrowy do Olkusza. Swego czasu dość często używana. A dzisiaj… no cóż. Historia, którą zapewne usłyszałeś, głosi, że zbóje wyczuwając łatwe zyski z grabieży kupców, osiedlili się w okolicy, by atakować i zbierać łupy z bezbronnych ludzi, którzy potem byli okrutnie wieszani na starym dębie jako przestroga dla przejezdnych. Ale to naiwne! Jaki w tym sens, nieprawdaż? Ja powiem ci prawdę. Mnie możesz zaufać. Posłuchaj historii o Rafaelu.

            Silniejszy podmuch wiatru otworzył z hukiem okno w pokoju Rafaela, zrywając chłopaka na równe nogi. Nie był to pierwszy raz, odkąd tu zamieszkał, ale szok po nagłej pobudce nie pozwolił mu nawet na kiwnięcie palcem. Stał jak sparaliżowany, czekając na ujawnienie się przyczyny hałasu. Gdy nic się nie stało, podszedł do okiennic i trzęsąc się z zimna, zamknął okno.
            Brunet miał kłopoty ze snem od samego początku, od kiedy się tu wprowadził. Nie chciał tutaj mieszkać. Słyszał te dziwne opowieści krążące po dąbrowskim rynku i wolałby dmuchać na zimne, gdyby nie jego tata. Osobiście bał się tego miejsca i szczerze go nienawidził. Jaki głupiec zechciałby mieszkać w miejscu tak bardzo oddalonym od innych ludzi, wśród zwierząt, w ciemnościach lasu? No właśnie. Niestety jego ojciec - po dziadku Niemcu skąpy (zresztą to po nim młodzian odziedziczył nie polsko brzmiące imię) - wolał kupić chatkę za mniejszą cenę, bez względu na jego wady. Starzy lokatorzy z zadziwiającą radością oddawali dom. Ktoś się dziwi?
            Ponownie wstał. Próbował znaleźć lampę, lecz robił to na próżno. Musiał poczekać aż oczy choć trochę przyzwyczają mu się do ciemności. Ruszył w kierunku drzwi, a potem powolutku krok za krokiem schodził po schodach, starając się robić wszystko, co w jego mocy, by nie zbudzić ojca. Niespodziewanie coś zwróciło jego uwagę. Jakby nagły błysk. Przystanąwszy przy oknie, zaczął wpatrywać się w widok po drugiej stronie szyby. Wiatr w niesamowity sposób kołysał drzewami niczym w takt powolnej, wręcz melancholijnej melodii, którą tylko one były w stanie usłyszeć. Rafael nie mógł jej doświadczyć, jedynie stał zafascynowany widokiem. „Jak zaczarowane.” – pomyślał. Dęby raz za razem pochylały się i prostowały, ruszały gałęziami i drobnymi ciemnymi listkami, a wszystko przypominało taniec. Drzewny taniec.
            Nagle w oddali błysnęło światło. Nie było mowy o pomyłce, a mimo to chłopak przetarł oczy, nie wierząc własnym zmysłom. Światło w oddali. Słabe, jednak wciąż wyraźne. Stanął jak wryty, wstrzymując oddech w obawie o jakikolwiek dźwięk.
            „Co ktokolwiek może robić o tej godzinie w lesie? W t y m lesie?!” – zastanawiał się – „Może ktoś zbłądził? Jakiś nieuważny podróżnik, który zboczył z trasy? W takim wypadku powinienem mu pomóc… ale jak ja mam stąd wyjść? Teraz? Tam?”
            Walczył sam ze sobą. Miał złamać swoją zasadę numer jeden, która głosiła, żeby nigdy nie wychodzić do lasu w nocy. Nigdy. Żadnych haczyków. Nie było mowy o żadnych zagubionych turystach… ale nie może tak kogoś zostawić, prawda? Nie pozwalała mu na to jego dobra duszyczka. (I tacy ludzie - o tych dobrych duszyczkach - zwykle najszybciej kończą swój żywot, drogi Adamie)…
            Wyszedł. Nie wiedział dlaczego, nie wiedział po co. Nie zabrał ze sobą nawet kurtki. Nie zostawił żadnej wiadomości. Nie było czasu. Poza tym… zaraz wróci. Nie zwracając uwagi na przeraźliwe zimno, skierował się w stronę lasu. Łamane gałęzie trzeszczały pod jego butami. Zauważył, że choć przeszedł już spory kawałek, nie natrafił jeszcze na żadne zwierzę. Żadnego żywego stworzenia. Dziwiło go również, dlaczego droga jest tak szeroka. Był pewny, że nikt tędy nie chodził od lat, a mimo to ani raz nie musiał zbaczać z obranego na początku kierunku. Zbieg okoliczności… bo cóż innego? Zgłębiając się coraz głębiej w knieje, usłyszał śpiew. Czy to była ta melodia lasu? Zaiste piękna, wolna, a przy tym na swój sposób dzika. Czy to ten śpiew kazał drzewom tańczyć? Głos dochodził z tej samej strony, co coraz bardziej widoczne światło. To go zmotywowało do szybszego kroku. Jedna rzecz mu nie pasowała. Niby dlaczego jacyś turyści mieliby śpiewać w środku lasu…? Mimo wszystko ciekawość zmuszała go do kontynuowania poszukiwań.
            Patrząc pod nogi nawet nie zauważył, że doszedł do największego dębu w lesie. Do TEGO dębu. Powiesz, że drzewo jak każde inne. Nieco przerośnięte, acz zwykłe. Tylko jedna rzecz sprawiała, że było bardziej przerażające od innych. Drobny szczegół, którego ktoś mógłby nawet nie zauważyć. Wisielce. Wisielce porozwieszane na gałęziach drzewa za sznurki na każdej kończynie. Martwe ciała zwisały bezwładnie niczym marionetki. Gdy Rafael to spostrzegł, było już za późno. Wiszące trupy zerwały się nagle, niczym kukły przywrócone do życia, sterowane przez jakiegoś nieznanego sztukmistrza.
            Wokół rozbłysło nienaturalne zielone światło. Muzyka lasu całkowicie zmieniła swe oblicze. Melodia przypominała chłopcu afrykańskie tańce wojenne, o których opowiadali podróżnicy w gospodach. Słychać było nawet bębny grające gdzieś w ciemnościach. Rafael był przerażony. Po prostu. Cofnął się nieznacznie. Miliony myśli krążyło mu po głowie. Od początku wiedział, że źle robi wychodząc z domu, ale to… to przekraczało jego najśmielsze wyobrażenia. Zdołał jeszcze zauważyć, że wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Niczym scena w teatrze. Chory horror. Zastanawiał się o co tu w ogóle chodzi. Kto za tym stoi? Po co to wszystko? Znad jednego truposza ulatywała jeszcze para, co znaczyło, że musiał być dość „świeży”. Chłopcu zrobiło się niedobrze i próbował uciekać. Łup! Coś złapało go za nogi i runął na ziemię, gdzie został ostatecznie ogłuszony. Ostatnimi słowami jakie usłyszał, były wyszeptane koło ucha: „Krew… krew przywróci cię do życia…”
            Historia głosi, że chłopak zbudził się obolały, wisząc na drzewie wraz z resztą wisielców. Nie mógł nic zrobić. Żadnego ruchu, ani pisku. Słyszał tylko jakby głos z oddali. Głos kogoś silnego. Nie miał pojęcia co się stało, ani tym bardziej czyj to głos. Zdawał sobie tylko sprawę z tego, że nie żyje.

***


            - To wszystko. – zakończył i uśmiechnął się. Nie podobał mi się ten uśmiech. Znowu pomyślałem o tym, że był groźny. Mówił, że jeszcze ze mną nie skończył. – Podobała ci się historia? Tylko nie mów, że masz cykora…
            - Podobała. – odpowiedziałem z wolna. Zdecydowanie nie wiedziałem, czy ta historia mi się „podobała”. W pewien sposób zaspokoiła moją ciekawość, to na pewno. Gadka kierowcy znacznie różniła się od historii opowiedzianej mi przez Piotra i nie miałem jak dociec, kto mówi prawdę. Opowiadanie ze zbójami było w pewnym sensie niespójne i nielogiczne, ale… wisielce, które ożywają? Muzyka w środku lasu? Dziwne światła? To też nie miało za wiele sensu… Wierzyłem, że wszystkiego dowiem się na miejscu. Może i to była legenda, ale musiała zwierać jakiś pierwiastek prawdy. I właśnie to muszę odkryć.
            Rozkoszowałem się jazdą, gdy moje manie znowu dawały się we znaki.
            - Czy to czerwone volvo nie jedzie za nami od początku? – powiedziałem na głos, a twarz kierowcy stężała na moment. Przez chwilę wyglądał naprawdę przerażająco i nie wiedziałem, co się z nim dzieje. Jego oczy jakby zaświeciły i… o czym ja do cholery mówię?! Przetarłem ślepia i spojrzałem na niego po raz drugi, przekonując się, że wygląda zupełnie normalnie.
            Nagle skręciliśmy ostro w prawo, zjeżdżając z naszej trasy. Popatrzyłem pytająco na kierowcę, a potem w lusterko. Czerwone volvo siedziało nam na ogonie. Co się tutaj dzieje? Poderwało mnie do tyłu, gdy nagle przyspieszyliśmy. Wjechaliśmy w jakąś starą trasę wiodącą pomiędzy dwoma lasami. Taksówkarz włączył długie światła i najwyraźniej nie miał zamiaru zwalniać.
            - Co to za jedni? – spytałem z obawą, nie dostając odpowiedzi.
            Volvo było cały czas za nami. Z zawrotną prędkością wchodziliśmy w zakręty. Zaczynałem czuć się jak w jakiejś cholernej grze komputerowej. Zabawa z dzieciństwa – policjant i złodziej. Kot i mysz. Tylko gdzie ja byłem, gdy tłumaczyli sens naszej dzisiejszej rozgrywki?
            Gwałtownie przemykający cień po prawej stronie. Z lewej. Z przodu. Krzyk.
            Pojedyncze cienie przenikały przestrzeń wokół nas. Przenikały nas samych. Zdezorientowany popatrzyłem we wsteczne lusterko. Dziwne mary pognały dalej, aż do naszego ścigającego i oplotły go swoją ciemnością aż całkiem uniemożliwiły jego zobaczenie. Jakby auto nagle rozpłynęło się w powietrzu. Na jego miejscu nie było nic.
            Oddychałem ciężko, zimny pot oblał moje ciało. Co tu się do cholery dzieje?!
            - W-widziałeś to? – spytałem kierowcę, szczękając zębami. – T-t-to wszystko za nami?
            Popatrzył na mnie niepewnym wzrokiem.
            - Ale… co miałem zobaczyć, Adamie? – jego głos zabrzmiał tak, jakby się o mnie martwił – Nic ci nie jest? Jesteś okropnie blady…
            Odebrało mi dech w piersi. O czym on do cholery mówi? Jak mógł niby tego nie zobaczyć?!
            - A to volvo…? – szepnąłem niepewnie.
            Kierowca tylko popatrzył na mnie przerażony. Nie potrzebowałem niczego więcej. Jestem szalony. Jestem pieprzonym wariatem. Skąd mam niby wiedzieć co jest prawdziwe, a co nie? Co jest jawą, a co jest fikcją? Wszystko nagle stało się cholernie pogmatwane. Niczego już nie byłem pewny.
            „Powinienem jak najszybciej zgłosić się do lekarza” – ta myśl krążyła mi bezustannie po głowie. Powinienem…
            - Przepraszam, czy moglibyśmy zawrócić? – spytałem, udając opanowanego. Na pozór łatwe zadanie stało się teraz niewyobrażalnie trudne.
            - Panie Adamie… przecież jesteśmy już na miejscu. – Nawet nie zauważyłem, kiedy stanęliśmy. – Nie chce pan chociaż wysiąść? Rozejrzeć się? Naprawdę warto. To… magiczne miejsce. – uśmiechnął się, odsłaniając śnieżnobiałe zęby. Sprawiał wrażenie zniecierpliwionego może nawet zezłoszczonego moim niezdecydowaniem. A może to znowu moja wyobraźnia sobie ze mną pogrywa?
            Wysiadłem z auta i rozejrzałem się. Miejsce przypominało to z opowiadanej przez kierowcę historii. Droga, las, mgła, ciemność, wiatr i szum. W tym miejscu można było na własnej skórze poznać grozę. O tak, to miejsce zdecydowanie było „magiczne”. Zastanawiałem się tylko, które z tych drzew mogło być tym z opowieści. Wszystkie wyglądały niemal identycznie, a na dodatek mgła utrudniała widoczność. Każde z nich wyglądało przerażająco i każde z nich mogło kryć tajemnicę drzewa wisielców.
            - Możesz pokazać, które to…? – niedokończone pytanie zawisło w powietrzu. Nie wiedziałem czy kierowca będzie znał odpowiedź, ale co szkodziło zaryzykować? Odwróciłem się w kierunku samochodu, przy którym stał starszy pan. Otwarłem szeroko oczy ze zdumienia. Przez chwilę… przez chwilę zdawało mi się, że widzę Piotra. Ale… to przecież nie on. Piotr jest w Sosnowcu, pewnie wrócił już do domu i…
            Starszy pan zaśmiał się. Ale jego śmiech nie był taki sam. Był inny. Zupełnie.
            - Wiesz, że znowu trzęsiesz się z zimna? – spytał. – Chodź, zobaczysz to drzewo i jedziemy z powrotem, co ty na to? – Przeszedł koło mnie i wszedł w las. Pomachał mi ręką na znak, żebym szedł za nim. Zrobiłem to.
            Szliśmy wąską wydeptaną ścieżką. Kto ją mógł wydeptać? Sam Bóg wie. Wolałem o tym nie myśleć. W zamian mój mózg podsunął mi propozycję wizyty u dentysty. Zęby tak się o siebie obijały, że prawdopodobnie lekarz załamie się na pierwszy rzut oka… zimno. Poza tym zrobiło się już całkiem ciemno. Całe moje podniecenie wyparowało wraz z ostatkami ciepła przez nieosłonięte części ciała. Wszystko wyglądało przerażająco. Chciałem wracać. Naprawdę chciałem wracać.
            Trzask gałęzi po prawej. Krzyknąłem z przerażenia i próbowałem dostrzec źródło tego odgłosu. Na próżno wysilałem mój wzrok w tych ciemnościach. Z tego roztargnienia zszedłem z wydeptanej ścieżki. Gdzie ona do cholery jest?!
            - Hej-hej! – krzyknąłem za kierowcą. Głusza. – Gdzie jesteś?! – krzyknąłem znowu.
            Zacząłem biec w jednym kierunku. Słyszałem krzyk. Swój krzyk. Znikąd. Zewsząd. Jak w studni.
            Dostrzegłem światło i niczym owad zacząłem do niego biec. Naraz usłyszałem krzyk kierowcy:
            - Tutaj, tutaj! Do światła!
            Kierowca nawoływał coraz głośniej. A może to ja byłem coraz bliżej niego? Nagle jego głos się zmienił. Dałbym sobie rękę uciąć, że słyszę mojego przyjaciela Piotra.
            - Piotr?! – krzyknąłem.
            Śmiech. Pusty, zimny śmiech, który wwiercał się w moją głowę. Nie wiedziałem, z której strony dochodzi. Może to mój śmiech? Znowu zacząłem krzyczeć, a śmiech stawał się głośniejszy i głośniejszy. Upadłem na ziemię.
            Cisza. Kroki gdzieś koło mnie.
            - Kim jesteś? – wychrypiałem z trudem.
            - Twoją śmiercią, Adamie.
            Ból rozdzierał moją głowę i klatkę piersiową. Niemy krzyk próbował wydobyć się z mojego gardła. To koniec. To naprawdę koniec.
***

            W ciemnym pomieszczeniu, które tak naprawdę było wnętrzem drzewa, tajemnicza postać siedziała w miękkim fotelu. Patrzyła beznamiętnym wzrokiem w pustkę, jakby nie przejmowała się niczym. Nawet upływającym czasem, który obszedł się z nim całkiem nieuprzejmie. Nie zwrócił uwagi również na przypominającą zombie postać, która koło niego przeszła. Jego ciekawość przykuł dopiero przedmiot niesiony przez potwora. Był to duży kielich wypełniony czerwonym płynem. Charakterystyczny metaliczny zapach unosił się w powietrzu. Mężczyzna doskonale wiedział, co to jest. Jego lekarstwo. Eliksir życia. Jego własna ambrozja. Z trudem uniósł rękę, odebrał kielich od sługusa i przyłożył go sobie do ust. Szkarłatna ciecz polała mu się po brodzie i spłynęła na nagie ciało. To było to, czego potrzebował od przeszło stu lat.
            Jego rysy nagle się wyostrzyły. Wszelkie zmarszczki zniknęły i powoli odzyskiwał pełnię władzy w członkach. Poruszył palcami, a następnie rozciągnął się. Czuł się jak nowo narodzony. Otworzył usta, wysuwając język podobny do wężowego. Białe kły odbijał światła pochodni. Mężczyzna wydał z siebie chrapliwy dźwięk i przemówił:
            - Och, droga śmierci. Jak miło było cię spotkać i pożegnać. Znowu. – wyszeptał beznamiętnym tonem w ciemność. Jego głos był niski, chrapliwy, o ciemnej barwie. – Tak, wiem. Udało mi się i nie wypadłem z gry. – cały czas patrząc w to samo miejsce, kontynuował. – Adam, Adam, Adam. Cudowne imię. Tak… pierworodne. – Odsłonił zęby w uśmiechu, wstał z fotela i ruszył ku ciemności. – Kto by się spodziewał, że wszystko będzie takie proste? Wystarczyło zaledwie zaszczepić w nim ciekawość poprzez starego przyjaciela. – Sięgnął ręką w ciemność, wyciągając za głowę ciało Piotra. Obejrzał je i odrzucił w kąt ze śmiechem. – Potem tylko wystarczyło podsunąć mu myśl, która nurtowałaby go jeszcze bardziej. Do szaleństwa. Do tego stopnia, by przyszedł tu sam z siebie. – Usiadł znowu w fotelu, cały czas trwając w swym przerażającym uśmiechu niczym w masce. – Wariactwo. Sam już nie wiedział pod koniec nawet kim ani czym jest. Naiwna istota…
            Do sali wszedł kolejny potwór. Ciągnął za sobą ciało Adama.
            - Ostrożnie z nim z do cholery! – zakrzyknął mistrz, a jego krzyk zatrząsł całym drzewem. Sługus położył ciało pod stopami pana i w tym samym momencie jego głowa została zmiażdżona przez uderzenie silnej ręki.
            - Pewnie chciałbyś wiedzieć dlaczego akurat ty, chłoptasiu. – Pogłaskał nieboszczyka po głowie, z której wciąż sączyła się krew. Oblizał palce, jakby rozkoszował się jakimś wykwintnym daniem. – Odpowiedzią jest twoja krew. Nic prostszego, prawda? Wyjątkowa krew. – roześmiał się. Jego zęby były czerwone od spożywanej cieczy. – Legenda pozostaje legendą.
            Zatopił kły w szyi ofiary. Krew spływała wolno po martwym ciele. Usta łapczywie pochłaniały swą ambrozję. Tak miało być. Tak po prostu miało być.

„Nie módl się za mnie.
Nie potrzebuję twojej sympatii.
Nie chcę, żeby twój bóg mnie chronił.
Nie módl się za mnie.
Nie chcę twojej empatii.
Nie potrzebuję zbawienia przez twojego zbawiciela.
Nie módl się za mnie.
Ofiaro niewinności.”
Marilyn Manson – ‘Don’t pray (for me)’

Zapomniałbym! Podziękowania za pomoc i doradztwo dla Kasi. :)

sobota, 28 maja 2011

*** rozdział ostatni

4.      Bez końca nie ma początku.

            W poniedziałek Darii nie było w szkole. We wtorek również nie. I w środę. Chłopiec czuł, że coś jest nie tak. Na godzinie wychowawczej okazało się, że jego obawy były jak najbardziej uzasadnione.
            - Daria nie będzie jednak chodzić z nami do szkoły. – powiedziała pani Zalewska.
            - CO?! – krzyknął Adam. Jak to „nie będzie chodzić”?! Co to ma w ogóle znaczyć?! Była tu zaledwie parę dni i… puf? Ot tak zniknie?
            - Musiała wracać. Prawdopodobnie jej tata miał coś ważnego do zrobienia na ojczyźnie. Przykro mi. – nauczycielka powiedziała chłopcu na osobności.
            To było po prostu niemożliwe. Całkiem jak z jakiegoś chorego snu. On ją zdążył polubić, naprawdę polubić. Mieli jeszcze tyle spraw do omówienia. Był już szczęśliwy. Co jest z tym wszystkim nie tak? Czemu on nie może mieć prawa do radości?!
            Wybiegł z klasy, potem ze szkoły. Szedł całkowicie zamroczony swoją wściekłością, smutkiem i bezradnością. Mijał obojętnie ludzi i samochody. Jakaś kobieta spytała się czy nic mu nie jest. To wszystko było bez znaczenia. Mimo, że w mieście było pełno ludzi, on i tak czuł się samotny.
            Podniósł głowę by zobaczyć, gdzie jest. Był pod domem Darii. Nie było żadnego samochodu na podjeździe, ani zasłon w oknach. Stał tylko pusty, zimny dom. Bezsens. Adam zaczął płakać. Usiadł na ziemi i płakał. Bez końca.

***

            Do domu wrócił późno. W drzwiach przywitał go ojciec.
            - Od około godziny wydzwania do ciebie jakaś dziewczyna… - Kiedy tylko skończył to mówić, zadzwonił telefon. Chłopiec rzucił się do słuchawki.
            - Adam? – usłyszał znajomy głos.
            - J-ja… jak ty? – jąkał się chłopak.
            - Przed wyjazdem przejrzałam książkę telefoniczną i… sam widzisz. – Wręcz mógł zobaczyć ten jej urocz uśmiech.
            Tak wiele chciał jej powiedzieć: jak bardzo mu pomogła, jak jest jej wdzięczny, że tęskni. Chciał wiedzieć dlaczego wyjechała, zostawiła go tutaj samego. Chciał jej obiecać, że przyjedzie do niej bez względu na wszystko. Chciał ją okrzyczeć za to, że nic nie powiedziała o wyjeździe. Mnóstwo emocji nagromadziło się w jego głowie, nie pozwalając mu trzeźwo myśleć. Jedynymi słowami, które wydostały się szeptem z jego ust było ciche

 „kocham cię”…

piątek, 27 maja 2011

*** rozdział trzeci + bonus

3.      A gdyby jednak?

            Wkrótce nadeszła niedziela. Spotkanie nieubłaganie zbliżało się wielkimi krokami. Adam bał się. Zdawał sobie sprawę, że ten strach jest kompletnie irracjonalny – w końcu to tylko rozmowa, lecz mimo to czuł pewną obawę. Nie wiedział jak się do tego przygotować, czy jest gotów usłyszeć pewne rzeczy, czy w ogóle chce je słyszeć. Czemu ma to robić? Przecież nie wierzył przez te czternaście lat, to i teraz nie zacznie. Nie zmieni się z dnia na dzień, pomimo starań. Nie chciał, nie umiał – na jedno wychodzi. Nikt tego nie zmieni. Lecz co ma powiedzieć dziewczynie? Stop. Najpierw musi ją wysłuchać. W końcu powinien zacząć słuchać.
            Zbliżała się piętnasta, godzina do spotkania. Do głowy chłopca przyszła szalona myśl. Poszedł do salonu, gdzie ojciec siedział rozwalony w fotelu, z mętnym wzrokiem zwróconym w stronę telewizora, popijając bezmyślnie piwo. Starał się zebrać myśli, wytężył swój mózg do granic możliwości. To nie będzie łatwe, o nie. Musi być przygotowany na wszystko. Jednak czuł, że to dobry moment. Czuł głód wiedzy. Pewne rzeczy muszą zostać wytłumaczone. Stanął pomiędzy tatą a telewizorem.
            - Musimy porozmawiać. – powiedział zimnym, pozbawionym uczuć głosem, zaskakując samego siebie. Nie dał tego jednak po sobie poznać, żadnego wahania. Zdezorientowany ojciec wciąż siedział rozwalony z rozdziawioną buzią, jakby doznał szoku, że jego syn w ogóle żyje. W chłopcu wzbierała się wściekłość. – MUSIMY POROZMAWIAĆ! – krzyknął, tym razem z efektem. Mężczyzna popatrzył na niego uważniej. Przełknął głośno ślinę, jakby spodziewając się, co go czeka.
            - Dobrze. Porozmawiamy, jeśli przestaniesz krzyczeć. – Na jego twarzy znów zagościł wyuczony uśmiech, taki sam jaki przyjmował w rozmowie ze swoimi klientami. – O czym chcesz porozmawiać, Adamie? Ostatnio nie byłeś skory do żadnej konwersacji… - zauważył.
            - O nas. O mnie, o tobie, o mamie. O wszystkim. Musisz mi chyba coś wytłumaczyć. – odpowiedział, nie zważając na kąśliwą uwagę ojca. – Muszę wiedzieć…
            Mężczyzna trawił chwilę słowa syna, a sztuczny uśmiech znikał z jego twarzy, ustępując smutkowi i zadumie.
            - Dobrze. Masz rację, powinieneś wiedzieć. Przejdźmy może do kuchni. Ja… muszę zapalić. – wahał się. – To co chcesz wiedzieć dokładnie? – spytał po odpaleniu papierosa.
            To było dobre pytanie. Czego chciał. „Wszystko” nie wystarczy, ojciec lubi konkrety. Chłopiec musiał się skupić, jak powinien zacząć tę rozmowę.
            - Czy… ty wierzysz w boga? – To pytanie wydawało się najbardziej neutralne. Mężczyzna popatrzył na chłopca zaskoczony, a jego twarz mówiła: „to wszystko?!”
            - Nie, nie sądzę.
            - Dlaczego? – nie dawał za wygraną Adam.
            - A dlaczego mam wierzyć w coś, co nie istnieje? – Uśmiechnął się chytrze, chłopiec był jednak przygotowany na taką odpowiedź.
            - Grawitacji też nie widzisz, prawda? A jednak nie zaprzeczysz, że istnieje coś takiego.
            - Tak samo jak nie mogę zaprzeczyć, że w tym pomieszczeniu fruwa niewidzialny czajnik z siedzącym w środku goblinem. Nie udowodnisz mi, że tak nie jest. – Zaczął wydawać się rozbawiony całą sytuacją. – Wiesz, był kiedyś taki żart. Wierzący mówi ateiście, że ten nie może zobaczyć powietrza, a w nie wierzy. Wiesz co usłyszał w odpowiedzi? Że w Katowicach może. – zaśmiał się. – To wszystko o co chciałeś spytać?
            - Nie. – Nie ustępował chłopak – Są naoczni świadkowie cudów Jezusa. Powiesz, że kłamią?
            - Wiesz… są też naoczni świadkowie istnienia Yeti i porwań ludzi przez kosmitów. – Znowu się śmiał. Chłopiec znowu zaczął się denerwować. Czemu on nie traktuje tego poważnie?!
            - Przestań! Czy tak traktujesz wierzących?
            - Nie, nie gardzę ludźmi. Gardzę ich głupotą. – rzucił już bez śmiechu – Zrozum, nie ma powodu by wierzyć w to wszystko. Nie wiem, co cię skłoniło do tych rozmyślań, ale zapomnij. Zapomnij zanim się rozczarujesz. – Przerwał, żeby pociągnąć dopalającego się już papierosa. – Wierzyłeś kiedyś w Mikołaja, prawda? Pamiętasz jak bardzo byłeś zawiedziony, gdy którejś nocy odkryłeś, że prezenty przynosił nie kto inny jak facet stojący przed tobą? Tak samo jest z Bogiem, to inna wersja tej samej bajki. Nawet motywacje podobne. Mamy wierzyć, że coś przyjdzie znikąd. Nie rozumiem, jak ludzie mogą w to wierzyć. To nie moja sprawa, ale spróbuj zrozumieć od czego chcę cię uchronić. Nie chcę żebyś się zawiódł tak jak ja. Jeszcze kilka lat temu również wierzyłem, ale z każdym dniem rozumiałem, że ten cały bóg nie pomoże. Choćbyś nie wiem, jak cholernie tego pragnął.
            Chłopiec kiwnął tylko głową, wiedział, że nie warto dalej ciągnąć tego tematu. Drodzy czytelnicy, myślę, że pewnych rzeczy z tej rozmowy nie powinniśmy znać. Nie wszystkie dotyczą tej historii, o niektórych rzeczach jeszcze usłyszymy. Myślę, że powinniśmy teraz przejść do upragnionej rozmowy z Darią. Więc uniknijmy zbędnych słów, bo czas liczymy w złocie. Takie czasy panie i panowie. Uwaga… światło!

            Bez słów usiedli obok siebie na trawie. Nawet nie spojrzeli w swoje oczy. Wiedzieli, jak trudna rozmowa ich czeka. Delektowali się magiczną ciszą i sobą nawzajem. Czekali, sami nie wiedząc na co. Czuli jedynie, że zbliża się moment, w którym ktoś musi zacząć mówić. Niczym cisza przed burzą – kompletna pustka i strach przed następstwem. Obydwoje wiedzieli, że teraz nie mogą się ot tak wycofać. Ta rozmowa miała znaczenie. Była absurdalnie wręcz ważna.
            - Ja… nie wiem co powiedzieć. – przerwał ciszę Adam – Po prostu nie wiem. – Dziewczyna odwróciła się do niego i popatrzyła prosto w niebieskie oczy.
            - Może ja powinnam to wiedzieć, ale… chyba nie. – wymamrotała skołowana Daria. Ta cisza stawała się niezręczna i obydwoje zdawali sobie sprawę, że to nie tak powinno wyglądać. – Więc… myślałeś coś o swojej wierze?
            - Tak… tak mi się wydaję…
            - I? Potrafisz powiedzieć: „Wierzę w ciebie, boże”?
            - Nie, nie potrafię. Ja po prostu nie wierzę. Nie wierzę w nic. – Przez ułamek sekundy dziewczyna mogła ujrzeć jak jego oczy zaszkliły się w łzach, by już chwilę później chłopak wbił wzrok w ziemię.
            - Dlaczego? Boisz się? Nie obawiaj się - bóg kocha nas wszystkich. Bez względu na nasze błędy… - Starała się domyślać Daria.
            - Nie o to chodzi! – krzyknął wściekły – Nie wierzę w boga, bo nie mogę. Nie mogę wierzyć w coś, co nie istnieje!
            - Czemu to mówisz? – szepnęła wystraszona nagłą zmianą zachowania kolegi.
            - Nic nie rozumiesz! – nie przestawał krzyczeć czarnowłosy nastolatek.
            - Więc uświadom mnie. Pozwól mi zrozumieć. – Położyła na jego ramieniu rękę, którą on szybko strącił.
            - Mówisz, że bóg kocha wszystkich tak? Kłamstwo! Kłamstwo jak każde inne! – cedził słowa przez zęby – Wiesz… dowiedziałem się dzisiaj ważnej rzeczy. Nie opowiadałem ci jeszcze o mojej mamie, prawda?
            - No, nie… chyba nie, nie przypominam sobie. Czy to dobry moment na…
            - Tak! To idealny moment! – krzyknął znowu - Ona nie żyje. Nie żyje od jakiś siedmiu lat. Dzisiaj się dowiedziałem, że zmarła po latach ciężkiej choroby. – przerwał – Wiesz… ona też była wierząca. Kochała boga, kochała kościół. Modliła się do niego każdego wieczora. Czy to jej pomogło? Niekoniecznie. – popatrzył na nią uważnie – Choroba pochłaniała ją z każdym dniem. Z każdym dniem stawała się coraz słabsza. Nie rozumiałem tego, bo byłem za młody. Ale pomimo tego też zacząłem się modlić, żeby „mama się w końcu wykurowała”. Byłem małym, nic niewiedzącym brzdącem. I wierzyłem, że kiedy zwrócę się do kogoś tak wielkiego jak sam Pan, to wszystko będzie okej. Więc… powiedz mi teraz – Gniew znowu zaczynał w nim narastać. - gdzie był ten cały bóg, gdy go potrzebowałem?! Gdy ONA go potrzebowała?! Gdy UMIERAŁA?! Był przy niej? Może oglądał jej cierpienia… ale to by nie pasowało do waszego wyobrażenia, prawda?
            - Przestań! – krzyknęła i zaniosła się płaczem. Pełen negatywnych emocji chłopak nawet nie zwrócił na to uwagi.
            - Przestać? Ona nie przestała cierpieć, jak i ja nie przestanę teraz!
            - PRZESTAŃ! – krzyknęła znowu i wymierzyła mu siarczystego policzka. – Posłuchaj mnie… - Wyrwała go z transu. Popatrzył na nią trzeźwo, pocierając uderzone miejsce. – Mogę teraz ja ci coś opowiedzieć? Podejrzewam, że nie chcesz już słuchać o bogu. Ani o tym, że nie może pomóc każdemu…
            - Podobno jest wszechmogący. – przerwał jej.
            - No właśnie… opowiem ci więc o człowieku. Człowieku, którego ty sam pewnie znasz. – kiwnął głową, a ona kontynuowała – Kojarzysz może nazwisko Wojtyła?
            - Obiło mi się o uszy… - przyznał.
            - A kojarzysz personę taką jak Jan Paweł II?
            - Kto go nie zna? To jeden z największych i najwybitniejszych ludzi XXI wieku i jest zarazem – nie jestem pewny czy to odpowiednie określenie – waszym wysłannikiem, prawda?
            - Coś w ten deseń. – przytaknęła z uśmiechem – Więc, jak może już zrozumiałeś, Karol Wojtyła to imię i nazwisko papieża przed przyjęciem imion Jan Paweł.
            - Czemu mi to mówisz? – przerwał.
            - Jak pewnie wiesz w Rosji papież nie jest uznawany. – Nie zwróciła uwagi na pytanie chłopca – Mój tata za młodu często słyszał o jakimś młodym, inteligentnym i dobrze zapowiadającym się biskupie. Zainteresował się nim do tego stopnia, że pewnego dnia postanowił przyjechać do Polski na spotkanie z nim. Pomimo niesmaku rodziców wobec jego dziwnego pomysłu, zrobił to. Przyjechał do Krakowa, gdzie Karol w tym czasie urzędował.
            - I co? Nagle się nawrócił? Oświeciło go? – Złośliwe uwagi same wydobywały się z ust chłopca wciąż targanego przez kotłujące się w nim emocje.
            - Kiedy opowiadał mi o ich spotkaniu, mówił, jak wielkim człowiekiem był ten Wojtyła. Wychwalał go pod niebiosa… i słusznie, jak sam pewnie przyznasz. – Ręką podniosła jego głowę, by popatrzeć mu w oczy. – Wiesz co jeszcze wydarzyło się tam, w Krakowie? Karol zapoznał mojego ojca z moją przyszłą matką. Wtedy się poznali i gdyby nie ten człowiek, to prawdopodobnie teraz nie byłoby mnie tutaj.
             - Czemu mi to mówisz? – powtórzył, tym razem spokojniej ze ciekawością w głosie.
            - Chcę ci pokazać, że nawet wielcy wierzą w Boga, że nie umniejsza im to. A także chcę byś dostrzegł jak wielki wpływ mogą mieć nawet takie drobne spotkania. Choćby takie jak to. – przerwała – Kto wie, co się wydarzy po tym spotkaniu? W każdym razie – nieważne co się potem stanie - dziękuję ci, że mnie wysłuchałeś. Chociaż wiem jak ciężkie to mogło być. Nie powiem ci już nic więcej – reszta zależy już tylko i wyłącznie od ciebie samego. - Wstała.

            – Zostawię cię teraz. Mam nadzieję, że przemyślisz sobie to wszystko. Na spokojnie. Żegnaj. – Pochyliła się by pocałować go w policzek i odeszła, zostawiając chłopca samego na wzgórzu.
            Wraz z ciszą pełną sprzeczności.

 Bonus:

Istny majstersztyk. Muah.