Etykiety

czwartek, 2 grudnia 2010

"Świat muzyką i słowem malowany" // 14 534 znaków

Jako, że konkursu nie wygrałem, umieszczam opowiadanie tutaj pod wasze czujne oczy. Liczę na to, że wygarniecie mi choć trochę, znajdziecie jakieś błędy, cokolwiek - tym razem serio mi na tym zależy. Miłego czytania! Klik na: "czytaj więcej".

//poprawka 3.12.10



piątek, 19 listopada 2010

"Śmierć trudnym tematem"

Po raz kolejny przepraszam za zastój. Wstawiam dla odświeżenia swoją pracę ze szkoły. Wybaczcie po raz kolejny za me lenistwo. :c


Zadano mi ostatnio interesujące pytanie, którego sens tu przytoczę i spróbuję nań odpowiedzieć. Otóż spytano mnie, czemu ludzie uważają śmierć za trudny temat, tak zwany „temat tabu”. Przyznam, że odpowiedź na to, z pozoru jakże proste, pytanie zajęło mi dłuższą chwilę. Nie, żeby było trudne. Po prostu wymagało czasu do przemyślenia, ponieważ kryło w sobie więcej głębi niż można by z początku przypuszczać. Każdy człowiek inaczej traktuje koniec. Koniec jakiegoś etapu w życiu, koniec świata, koniec końców, czyli śmierć, czy choćby koniec ulubionych chipsów. Każdy z nas potraktuje to zgoła inaczej. Chociażby z powodów religijnych, ale o tym w następnych akapitach. Śmierć jest jedyną pewną rzeczą w naszym życiu. Niezaprzeczalną. Wszyscy są wobec niej równi. I to sprawia, że śmierć jest równie straszna jak i fascynująca.
Podstawową kwestią, którą powinienem poruszyć to, co może o śmierci wiedzieć czternastoletnie dziecko? Egzystując na świecie przez ten szereg lat, większość z nas nabyła przeróżnych doświadczeń. Jedni więcej, drudzy z pozoru mniej, ale daleko nam do filozofów rozmyślających nad istotą końca, nieprawdaż? Nie jesteśmy też staruszkami, którzy zdają sobie sprawę, że ich dzień nadejdzie wcześniej czy później. Więc skąd niby mamy wiedzieć cokolwiek o śmierci? Nie wiem, ale postaram się napisać cokolwiek poruszającego. Taka praca.
Więc przejdźmy w końcu do tematu pracy. Czemu śmierć jest trudnym tematem? I tu najprostszą odpowiedzią byłby po prostu strach. Nic dodać, nic ująć. Strach przed nieznanym, jak napisała J.K. Rowling w sadze o młodym czarodzieju: „Patrząc na ciemność lub śmierć boimy się nieznanego – niczego więcej”. Tak, to na pewno jeden z głównych powodów, ale co powiemy, gdy spotkamy osobę mocno wierzącą? Większość z religii uważa, że po śmierci czeka nas coś nowego. Nowe życie, tu na Ziemi czy też w jakimś wyobrażeniu o raju. Ci ludzie nawet cieszą się z tego, że mogą odejść z tego świata pełnego zła. Odchodzą pełni nadziei, że tam będzie lepiej. Bez bólu, trudu, chorób, śmierci. Można by rzec, że im jest nawet prościej przyjąć to do wiadomości niż przeciętnemu ateiście.
Co jeszcze utrudnia nam rozmowę o śmierci? Być może fakt, że śmierć jest pewna. Pewna i nieodwracalna w skutkach, nie mamy nad nią władzy. Jako ludzie jesteśmy doskonale przekonani o naszym pozornym braku ograniczeń, że wszystko zależy od nas, a śmierć neguje i przewraca nasze przekonania o sto osiemdziesiąt stopni. Pokazuje nam, jacy jesteśmy słabi, krusi, jak nasze jedno życie ma małe znaczenie dla reszty ludzkości. Człowieczeństwo jest pogrążone przez swój własny egocentryzm i nie potrafi uświadomić sobie, że coś jest silniejsze od niego, wielkiego człowieka, władcy świata.
Więc mamy już dwa przypuszczalne powody, według których boimy się rozmawiać o końcu: strach i bezsilność. Dobrze, a dlaczego przy ciężko chorych zwykle uciekamy od tego tematu? Tu przychodzi kolejna banalna odpowiedź: niechęć do dodatkowego dołowania chorego. Większość z nas myśli, że taka osoba w pełni zdaje sobie sprawę z nadchodzącego końca, być może nawet ma jej wyznaczoną datę i że nie powinniśmy jej o tym przypominać. Moim zdaniem jest to wręcz niepoprawne. Myślę, że ci ludzie nie chcą kłamstw, chcą wiedzieć, co się z nimi dzieje. I jak Oskar w książce „Oskar i pani Róża” autorstwa E.Schmitt’a walczą o każdy dzień. Już nie tyle dla siebie, co dla osób im najbliższym. Dziesięcioletni chłopiec umarł samotnie, nie chcąc sprawiać nikomu przykrości. I w ten sposób dochodzimy do kolejnego prawdopodobnego powodu strachu przed rozmową – nie chcemy nikomu sprawić przykrości. I jest to problem obustronny. Umierający nie chce smucić wciąż żywych, a ci nie chcą jego. Naiwne i idiotyczne koło.
W mitologii greckiej było dwunastu wielkich bogów, w tym jeden, którego samo wypowiedzenie imienia wywoływało przerażenie wśród ludzi. Hades, władca podziemnej krainy Tartaru, bóg o nieograniczonej władzy, którego rozkazy były nieubłagane. Kraina, którą władał leżała gdzieś na nieokreślonych krańcach świata, osnuta była wiecznie mgłą i ciemnością. To tutaj Hermes przyprowadzał dusze zmarłych. I wierzę, że sporo by o tym opowiedział, gdyby jego usta nie były zamknięte przez pieczęć milczenia. Na zmarłych nad rzeką Styks czekał Charon, który za skromną opłatę przeprowadzał duszę na drugą stronę rzeki, gdzie zgodnie z wyrokami sądu piekielnego człowiek był przydzielany do krainy wiecznej szczęśliwości lub wiecznego potępienia. Jeszcze inni mieli pozostać na zawsze błąkającymi się niematerialnymi istotami pozbawionymi cierpień jak i radości. Ot, żywot zwykłego człowieka, który zrobił wiele dobrego jak i złego.
I w końcu powiedzenie „memento mori” – pamiętaj o śmierci. Nikt jej nie uniknie, nie da się tego zmienić, a na pewno od tego uciec. Taka jest istota końca i trzeba do tej myśli przywyknąć. Posiliłbym się nawet o stwierdzenie: trzeba to przeżyć.
W mojej pracy starałem się poruszyć przeróżne kwestie dotyczące śmierci. Niektóre mogą brzmieć wręcz abstrakcyjnie, ale… czy takie też nie jest jej wyobrażenie? Nie mamy pojęcia jak to „wygląda”. Artyści prezentujący swoją sztukę często przedstawiają skrajnie różne od siebie propozycje. To, że śmierć jest trudnym tematem do rozmowy, wiedzą przede wszystkim agenci oferujący ubezpieczenia na życie. Wiadomy powód, nieprawdaż? Powiedziałbym też, że ta praca jest w pewien sposób ryzykowna, ale to trochę nie na temat.
Konkludując: śmierć tylko z pozoru jest trudnym tematem. Wszystkie bariery tworzą się w naszym mózgu i jeśli je przezwyciężymy, będziemy szczęśliwszymi ludźmi. Bo po co się przejmować tym, że kiedyś i tak się umrze?

poniedziałek, 1 listopada 2010

'Day is just a collection of hours.'

Dawno nic tu nie pisałem, a wszechogarniająca nuda daje mi okazje, z której chętnie skorzystam. :) Niestety nic nowego napisać nie zdołałem (nie przeczę, że jednak wciąż coś piszę), ale dodam choć kilka zdjęć. Miałem tego nie robić, ale przemilczmy to. Zapraszam do oglądania.

Klik na zdjęcie aby powiększyć.





środa, 20 października 2010

Drzewo marionetek - ok. 6300 znaków // 24.10.10

Chyba pierwsze skończone opowiadanie z którego być może nie jestem jakoś super-duper zadowolony, ale mam plan na jego kontynuację.  Z tego miejsca pragnę pozdrowić Morkę, która rzekomo lubi tą historyjkę i czeka na jej część dalszą. Następny post wyjątkowo szybko się nie pojawi, chociaż w sumie... jestem w trakcie tworzenia, że tak powiem. Więc, co mogę jeszcze powiedzieć? Do następnego przede wszystkim. :D

Edit: Zedytowano dnia dwudziestego czwartego października. Myślę, że wypleniłem większość błędów i ułatwiłem wam czytanie tych moich marnych wypocin. :) Jak można też zauważyć oznaczyłem to jako pierwszy rozdział i muszę się z tego konsekwentnie wytłumaczyć. Otóż gdy skończy obecny projekt zabiorę się za to i wymodzę z tego coś dłuższego i myślę, że ciekawszego. Życzcie powodzenia.




“Drzewo marionetek”

1.        Historia sprzed pięciu lat

                Ciemna noc wraz z pełnią księżyca i cichym pomrukiwaniem wiatru tworzyła atmosferę znaną wszystkim fanom horrorów. Możesz być pewny, że tego wieczoru nie wyszedłbyś na miły spacerek po okolicy. Chociaż nie wykluczam opcji, że jesteś nie całkiem zdrowy na umyśle. Napomknę jeszcze przed rozpoczęciem tej historii, że Raven mieszkał w okolicy ogromnego lasu. W gazetach często ukazywały się artykuły na temat tego miejsca - zwykle z powodu dziwnych i nigdy niewyjaśnionych zaginień. Media zawsze tłumaczyły, że to tylko te cholerne wilki, ale… kto tym hipokrytom tak naprawdę wierzy? Gdyby to byli ci łowcy nocy, to po ofiarach zostałyby chociaż kości. Masz racje - po nich nie zostało nic. Druga sprawa, że władze często organizowały polowanie na te drapieżniki… chociaż żadnego z nich nie było w okolicy. Dlatego chłopak zwykle omijał ten las szerokim łukiem. Może miał rację?
                Silniejszy podmuch wiatru otworzył okno w pokoju Ravena prędko stawiając go przerażonego na równe nogi. Spanikowany bał się choćby kiwnąć palcem. Wpatrywał się tylko w kierunku okna, lecz gdy po kilku minutach nic nie nastąpiło, powoli wstał, zamknął je i położył się z powrotem do łóżka. Bezowocnie próbował usnąć.
                Chłopak miał problemy ze snem od samego początku. Od kiedy się tu wprowadził wraz z rodzicami. Nie chciał tego. Bał się tego miejsca i z całego serca go nienawidził. Jaki szaleniec zamieszkałby w miejscu oddalonym o kilka kilometrów od miasta, mając za sąsiadów jedynie zwierzęta leśne? Psychol. Tak, tylko prawdziwy psychol. Na nic próbował to wpoić rodzicom, oni twierdzili, że to całkiem ustronne i miłe miejsce. Nie było tak, a im zależało tylko na tym, żeby wydać jak najmniej kasy. Starzy lokatorzy z dziwną radością malującą się na twarzy oddawali im klucze do drzwi. Serio nienawidził tego miejsca.
                Ponownie wstał i zaczął po omacku szukać lampki nocnej. Gdy w końcu natrafił na nią palcami, okazało się, że nie działa. Normalne. Po raz kolejny musiało zabrakło prądu. Przeczekał moment, w którym oczy przyzwyczajają się do ciemności by ruszyć w kierunku drzwi. Potykając się dwa razy, doszedł chwiejnym krokiem do drzwi. Zszedł ostrożnie po schodach omijając znane na pamięć skrzypiące miejsca. Wyjrzał przez okno. Wiatr w niesamowity sposób kołysał drzewami niczym w takt powolnej muzyki znanej tylko im. Raven chociaż nie umiał jej usłyszeć, był zafascynowany tą sceną. Jak zaczarowany stał i patrzył w okno, gdy zrozumiał jak głupio musi wyglądać, ruszył do lodówki. Wziął pierwsze z brzegu mleko i napił się z gwinta. Gdy już to zrobił, ponownie spojrzał przez okno i znów wydawało mu się, że na dworze gra magiczna melodia w takt której tańczą drzewa. Raz za razem pochylając się i prostując, ruszając gałęziami i drobnymi, ciemnymi listkami. Gdy się tak wpatrywał w to piękne widowisko ujrzał w głębi lasu nikłe światło. Stanął jak wryty, bojąc się choćby złapać oddech.
                Co ktoś mógłby chcieć robić o tej porze w lesie? W t y m lesie?! – zastanawiał się - A może to jakiś zagubiony turysta? Powinienem mu chyba w takim razie pomóc… ale jak ja mam tam teraz wyjść?! W nocy?! Sam?!
                Walczył sam z sobą. Miał złamać swoją własną zasadę numer jeden, która brzmiała: „Nigdy nie wychodź po zmroku do lasu. Nigdy. Pod żadnym pozorem.”. Jedyny uchyłek w tej zasadzie to pożar lub psychopata w domu. Nic tam nie było o pomocy zagubionym turystom… ale nie mógł ich tak zostawić, prawda? Nie pozwalała mu na to jego dobra duszyczka. No cóż… zwykle tacy najszybciej kończą swój żywot.
                Zdecydował się wyjść. Nie wiedząc czemu to robi ubrał się w ciepłą kurtkę i wyszedł z domu. Wyjątkowo nie zostawił po sobie żadnej karteczki… przecież zaraz miał wrócić. Skierował się w stronę światła, gdy usłyszał piękny śpiew. Czy to była melodia wiatru? Melodia, która kazała drzewom tańczyć…? Po chwili zorientował się, że piosenka pochodzi z tej samej strony co coraz bardziej widoczne światło. To go zmotywowało do szybszego kroku. Tylko jedno mu nie pasowało. Czemu turyści mieliby śpiewać w środku lasu? Może inaczej… kto inteligentny zwraca na siebie uwagę w środku lasu? Jednak piosenka zaintrygowała go i nie mógł teraz tego tak zostawić.
                Patrząc się cały czas pod nogi, nie spostrzegł, że dochodzi do największego drzewa w lesie. Starego, majestatycznego dębu. Można by powiedzieć, że to zwykłe drzewo jak każde. Nieco przerośnięte, ale zwykłe. Tylko jedna rzecz sprawiała, że jest bardziej przerażające od innych. Drobny szczegół, którego ktoś mógłby nawet nie zauważyć. Wisielce. Wisielce porozwieszane na gałęziach drzewa za sznurki na każdej kończynie. Martwe ciała zwisały bezwładnie niczym marionetki. Gdy Raven to spostrzegł, było już za późno. Wiszące trupy nagle zerwały się, niczym kukły przywrócone do życia, sterowane jakimś nieznanym sztukmistrzem.
                Wokół rozbłysło nienaturalne zielone światło. Muzyka lasu całkowicie odmieniła swą melodię, przypominając teraz coś w stylu afrykańskich tańców wojennych, które nieraz można usłyszeć w programach dokumentalnych. Słychać było nawet bębny wystukujące rytmiczne dźwięki, chociaż nigdzie nie widać było grających. Raven był przerażony. Już od początku wiedział, że źle robi wychodząc z domu, ale dopiero teraz miał tego rezultat. Całość wyglądała niczym teatr. Jakaś scena z horroru. Z jednego trupa ściekała nawet parująca w zimnie świeża krew. Chłopak próbował uciekać, lecz ktoś złapał go za nogi i ogłuszył. Ostatnie słowa jakie usłyszał to wyszeptane mu koło ucha „Krew… krew obudzi cię do życia…”…

***

                W ciemnym pomieszczeniu, które tak naprawdę było wnętrzem drzewa, tajemnicza postać siedziała w miękkim fotelu. Patrzyła beznamiętnym wzrokiem w pustkę, jakby nie przejmowała się niczym. Nawet upływającym czasem, który obszedł się z nim całkiem nieuprzejmie. Nie zwrócił nawet uwagi, gdy przeszła koło niego postać przypominająca zombie. Jego ciekawość przykuł dopiero przedmiot niesiony przez potwora. Był to duży kielich czerwonawego płynu. Dokładnie wiedział, co to jest. Jego lekarstwo. Eliksir życia. Jego własna ambrozja. Z trudem uniósł rękę, wziął kielich i przyłożył go sobie do ust. Szkarłatna ciecz polała mu się po brodzie i spłynęła na nagie ciało. To było to, czego potrzebował od przeszło stu lat.
                Jego rysy nagle się wyostrzyły. Wszelkie zmarszczki zniknęły i powoli odzyskiwał pełnię władzy w członkach. Poruszył palcami, a następnie rozciągnął się.
                - Och, droga śmierci. Jak miło było cię spotkać i pożegnać. Znowu. – wyszeptał beznamiętnym tonem w ciemność – Tak, wiem. Udało mi się i nie wypadłem z gry. Żegnaj teraz…
                Jego odnowa przeszła znakomicie. Oczy rozbłysły czerwonym blaskiem… nie potrzebował już niczego. Mógł żyć, robiąc cokolwiek zapragnie. Aż do następnego stulecia…

***

                Raven zbudził się. Czuł się jakby przetańczył całą noc. Wszystko go bolało i do tego ten okropny koszmar z przerażającymi wisielcami. Ta krew, muzyka… straszne. Próbował wstać i poczuł bezwładność ciała. Był powieszony za ręce i nogi, przez co nie mógł się ruszyć. Nie mógł nic zrobić… po chwili poczuł coś dziwnego. Jakby odległy głos. Starał się na nim skupić całą swoją uwagę i gdy mu się to udało usłyszał myśli. Myśli kogoś potężnego. Nie miał pojęcia, co się stało, ani kto to jest. Zdawał sobie tylko sprawę, że już nie żyje…

poniedziałek, 18 października 2010

Agresja - ok. 12 500 znaków

- Więc jak? – spytała szeptem kobieta kryjąca się w cieniu – Ty chcesz nowego kłamstwa, oni zobaczyć twój ból. To prawie te same pragnienia, nie sądzisz? – mówiła monotonnie jednym ciągiem. Jej głos był uspokajający, hipnotyzujący i… można by rzec, że w pewien sposób uwodzący. Wydawało mu się, że gdzieś ten głos już słyszał lecz nie mógł w chwili obecnej skojarzyć do kogo on należy. Musiał jednak przyznać, że nadawała się wprost idealnie do swojej roboty.
Chłopak stał w bezruchu słuchając, co Beth miała mu do powiedzenia. Wszystko brzmiało niczym brednie i nie zamierzał tego kryć. Pierwszy raz w życiu mógł się odważyć powiedzieć wszystko to, co myślał. Przecież za chwilę miał się zabić, prawda?
- Jaki pieprzony związek mają kłamstwa i ból?! I skąd ty, do cholery, możesz wiedzieć czego JA chcę?! – krzyczał. Krzyczał jakby jego świat miał się kończyć… bo i tak właściwie było. Przypadkowy słuchacz w jego głosie mógłby wyczuć wszelkie możliwe emocje. – I czemu ty nie wyjdziesz z tego cholernego cienia?! Skoro się przedstawiłaś to chyba nic nie stoi na przeszkodzie żebyś mi się pokazała. Jakie to ma znaczenie jak wyglądasz? I tak zaraz zginę! – Jednak mimo upływu czasu kobieta nie wychodziła z cienia, a on zdawał się mieć wszystkiego dosyć. Nie rozumiał niczego, a najbardziej po co to dziewczę przyszło tutaj na górę skoro nie chcę nawet się pokazać, czy odpowiedzieć na kilka marnych pytań…
Popatrzył w kierunku miasta. Nocą wyglądało naprawdę niesamowicie. Miliony świateł, wysokie budynki, ulice oświetlone pięknymi lampami, dalej była oddalona o parę kilometrów autostrada gdzie samochody mknęły z zawrotną szybkością bez względu na porę dnia. Wszystko było piękne, ale… co z tego. Nikt tego nie wie i najpewniej w życiu się nie dowie – nikt oprócz niego i najwyżej kilku osób więcej. Ta mieścina była jedną z wielu w tej części kraju. Wszystkie, na pierwszy rzut oka, są do siebie tak cholernie identyczne. I jak by się tak zastanowić to było z nimi trochę tak jak z ludźmi. Każdy jest taki sam i równie ważny, jednak gdy popatrzymy na jedną, jedyną osobę stwierdzamy, że jest wyjątkowa. Wyjątkowa dla nas.
- Masz ładne oczy... - przerwała jak gdyby nie wiedziała czy powinna była coś dodać - jak ten widok.
- Czy ty…? – spytał niepewnie. Bardzo brakowało mu kontaktu wzrokowego z tą dziewczyną. Czuł się jak niewidomy i ta myśl go przerażała.
- Oczy potrafią powiedzieć mnóstwo rzeczy. Tylko trzeba umieć je widzieć, a nie patrzeć na nie. – „Czemu jej tak zależy na moim życiu? Kim ja niby jestem?”, zaczynał zastanawiać się Peter – Skoro dalej oczekujesz ode mnie odpowiedzi na pytania, dostaniesz je. To nic nie pomoże, ale powiem ci. - Znowu cisza. Gdyby nie to, że czuł jej ciepły oddech mógłby pomyśleć, że gdzieś poszła zostawiając go samego na dachu. – Popatrz…
- Skoro to nie ma sensu to na cholerę cokolwiek mówisz?! To naprawdę nie ma sensu! -  przerwał jej - Zabiję się rozumiesz?! Zabiję! I nic ci do tego! - Podszedł do krawędzi i spojrzał w dół. Zawróciło mu się w głowie. Na dole stała już grupka gapiów. Stali i patrzyli na niego jakby był aktorem, cały budynek był sceną, a jego zamiar samobójstwa zwykłym przedstawieniem. W takich chwilach ludzie wykazywali się zwykłym bestialstwem. -  Patrz na nich! Patrz! -  Nie miałem zamiaru już krzyczeć. – Oni chcą tego. Chcą zobaczyć jak skaczę, spadam, a następnie rozwalam się na drobne kawałeczki obryzgując ich posoką. Chcą usłyszeć mój krzyk, poczuć ten specyficzny zapach krwi. Niczym wygłodniałe dzikie zwierzęta. Bo tym właśnie są.
- Mylisz się. – mówiła głosem pełnym przekonania – Jeśli chcesz porównywać ludzi do zwierząt pamiętaj, że jesteśmy stadem. Stadem gdzie każde, nawet najdrobniejsze ogniwo się liczy. Oni nie stoją tam by zobaczyć twoją śmierć. Stoją tam, żeby ci w jakiś sposób pomóc, nie rozumiesz tego?
- Nauczony doświadczeniem nie mogę zrozumieć. Tak samo jak ty nie możesz zrozumieć mnie. – nieznacznie cofnął się od krawędzi budynku. Beth widząc to kontynuowała:
- Więc pomóż mi. Wytłumacz mi czemu chcesz się zabić.
- Dobrze. - odparł po chwili przemyśleń nie cofając się więcej - Pod jednym warunkiem.
- Warunkiem? - spytała zaskoczona.
W głowie chłopca kłębiło się mnóstwo myśli. Co będzie jeśli on opowie jej wszystko, a ci na dole zdążą przygotować się do jego skoku? To nie wchodziło w grę. Musiał coś wymyślić. Nagle go olśniło. Siadł przy krawędzi.
- Warunek jest jeden. - podkreślił te słowa uniesieniem palca wskazującego - Dasz mi się zabić jeśli się na to zdecyduje. - Mimo jej zdumienia kontynuował. - Wiem. Wiem, że nie na tym polega twoja praca, ale... ty nie wiesz. - westchnął - Muszę to zrobić.
- Dobrze. Zgadzam się. - odpowiedziała prędko zaskakując Petera - Jednak... wytłumacz mi. Nie wyglądasz na szaleńca podobnego do tych wszystkich samobójców. - Usłyszał głośne przełknięcie śliny. Stresowała się jak diabli. - Wyglądasz na kogoś kto przemyślał wszystko w najdrobniejszym calu. Prawda?
- Można tak powiedzieć.
Znowu cisza. Kobieta czekała cierpliwie na odpowiedź chłopca, który wciąż próbował ubrać myśli w słowa. Generalnie nie wiedział nawet od czego zacząć, co właściwie chciał powiedzieć. W jego oczach pojawiły się łzy. To nie miało sensu. To nie tak miało być!
- Pomogę ci. - zaproponowała Beth ponownie zaskakując chłopca. Sam już nie wiedział, co go tak zaskakuje. Jej znajomy głos czy absurdalność słów. - Co sprawiło, że zapragnąłeś własnej śmierci?
- Wszystko. - odparł zrezygnowanym tonem niczym dziecko zanudzane po raz setny powtarzanymi kazaniami rodziców.
- Jesteś pewny, że wszystko przemyślałeś?
- Tak. Stuprocentowo.
- Więc o co chodzi? Powiedz to wreszcie.
- Traktujesz mnie jako królika doświadczalnego, prawda? - bezpretensjonalnie spytał chłopak. Nie czekając na odpowiedź ciągnął - Nie, nie przeszkadza mi to.
Zamilkł i znowu popatrzył w kierunku miasta napawając się jego widokiem. W końcu miał je widzieć po raz ostatni. Zastanawiał się nad wszystkimi wspomnieniami z nim związanymi.
- Wiesz jaki jest człowiek żyjący w ciągłym stresie? - zaczął niepewnie - Człowiek, który wie o zagrożeniu, a nie może od niego uciec? Na pewno nie. Nie chciałabyś. Człowiek się stacza. Dostaje schizm, ma różne fobie, staje się po prostu aspołeczny. Generalnie tacy ludzie poszliby do psychologa, ale ci są nudni i do bólu przewidywalni. Jestem ciekawy komu niby pomogły te ich rady. Wydaje mi się, że szaremu człowiekowi nic nie pomogą. "Musisz walczyć ze swoim lękiem", "Znajdź źródło problemu", bla, bla, bla. Pusta gadanina, często bez żadnego wkładu psychologa, który robi to tylko po to aby zarobić. - Przełknął ślinę i kontynuował. - Najzabawniejsze w nich jest to, że borykają się z własnymi problemami, którym nie umieją zaradzić i pchają się jeszcze w cudze życie. - Uśmiechnął się.
- A rodzina? Przecież muszą coś widzieć. - szczerze bała się zadać to pytanie.
- Rodzina? Czy rodziną nazwiesz ojca alkoholika i matkę, która zostawiła mnie z tym pijaczyną dla jakiegoś latynosa? - Nie mówił tego złośliwie. Mówił to tonem prezenterów z wiadomości. Sztucznym i wyuczonym. - Zresztą nieważne. Wracając do stresu... zdajesz sobie pewnie sprawę z jego następstw. Na przykład stres utrudnia naukę. Oceny idą w dół, a to powoduje kolejny stres. Koło się zamyka. - popatrzył w kierunku gdzie stała Beth - Nie wyobrażasz sobie tego. Wychodzisz na ulicę i boisz się ludzi. Boisz się, że ktoś ci zrobi krzywdę, że każdy jest potencjalnym agresorem.
Dziewczyna trawiła przez chwilę to co usłyszała. Wiedziała, że to nie koniec opowieści, którą uraczy ją chłopak. To był początek. Wiedziała również ile wysiłku musi to kosztować tego chłopca i jak każdym pytaniem zmniejsza szansę na jego przeżycie. Jednak... musi wiedzieć wszystko. Zainteresowała się chłopcem. Zachwycał ją swoją dojrzałością. Zaczynała sobie zdawać sprawę, że miał doskonałą rację, co do ludzi. Są bestiami obdarzonymi chorą fascynacją.
- Ale... - walczyła z sobą - od czego to się zaczęło? "Co jest źródłem twojego problemu?" - przedrzeźniała jego wcześniejszy ton, którego użył podczas wywodu o psychologach.
Zaczął jej opowiadać. Opowiadać o wszystkim z najdrobniejszymi szczegółami.
Opowiadał jej o nieżyciu w życiu. O tym stanie duszy, gdy nie zależy człowiekowi na niczym. Opowiadał o swoim stanie umysłowym, o ambicjach, aspiracjach. Opowiadał o nadziei. Nadziei, którą żywił przez całe życie aż do niedawna. Stracił ją i zrozumiał...

***

- Piękna pogoda, prawda? – wyszeptała cicho Gabriela leżąc na ramieniu Toniego. Chłopak tylko mruknął w odpowiedzi. – Prawie jak ty. – dodał zaraz śmiejąc się przy tym.
Rzeczywiście była piękna pogoda. Ciepło, ale nie gorąco, gdzieniegdzie białe obłoki dryfowały po błękicie nieba, co jakiś czas wiał lekki wietrzyk. Ptaszki radośnie ćwierkały, a motyle fruwały z kwiatka na kwiatek niczym w jakimś kiczowatym filmie. Nic nie zapowiadało choćby najmniejszych załamań nastrojów.
Nagle rozległ się dźwięk dzwonka. Dla tej dwójki ten dźwięk był teraz chwili najmniej oczekiwaną rzeczą na świecie. Mimo to dziewczyna szybko podniosła się z ziemi.
- No chodź! Nie ociągaj się! – wołała do niego, a on powoli wstawał – Szybciej! Nie chcesz chyba znowu mieć przechlapane u tej od matmy, co?
Weszli do szkoły rozmawiając i śmiejąc się z wszystkiego co wpadło im do głowy. Mknęli co raz szybciej przez korytarze szkoły, został im ostatni zakręt. Chłopak, który od początku szedł trochę na przedzie przystanął nagle zatrzymując ręką Gabrielę.
- Co się stało? – spytała zdezorientowana – Mieliśmy się nie spóźniać…
- I tak się już spóźniliśmy więc, co nam teraz zależy? – śmiał się. Gabriela jednak nie dała się zwieść odepchnęła rękę Toniego, która wciąż leżała na jego ramieniu i zajrzała zza róg. Na samym środku korytarza leżał Peter, pierwszoklasista, przyjaciel Gabrieli i kumpel Toniego, nad nim stało dwóch chłopaków z chustkami na twarzy, a gdzieś tam dalej jeszcze kilku. Z nosa Petera lała się krew, miał podbite oko. Gabriela zanim zdążyła cokolwiek zrobić poczuła mocne szarpnięcie.
- Co ty rob… - chciała krzyczeć, ale Tony zatkał jej buzie ręką.
- Ćśś… - Przyłożył palec do ust. – Nie krzycz, nic nie rób. Tak musiało się stać. Nic więcej mu nie zrobią. - chciał brzmieć jak najbardziej przekonywająco, chociaż sam nie wiedział, co będzie z Petrem dalej. Gabriela wyczuła napięcie.
- Czemu ty nic nie zrobisz?! – szeptała dziewczyna.
- Co ja mogę? Ich jest z pięciu, ja jeden. – Miał rację. Miał pieprzoną rację. – Każdy przez to musi przejść. Tak to już jest w naszej szkole. – To było coś jak jeden z tych głupich szkolnych rytuałów. Każdy pierwszak, który się czymś wyróżniał, czy wydawał się spoko musiał przejść jakby… chrzest. W innych szkołach starczy kocenie, a tu? – Musi sobie poradzić sam. Gdybym mu teraz pomógł potem byłoby jeszcze gorzej.
Nic nie mogli zrobić. Czuła się niczym najgorszy z tchórzy.

***

...że to ona go trzymała przy życiu.
- Tak mniej więcej to wyglądało według Gabrieli. Rozmawiałem z nią tylko trzy razy po tym zdarzeniu. - skończył opowiadać i wyczekiwał. Wyczekiwał kolejnego pytania, które miało zaraz paść. Popatrzył w dół, gdzie zebrała się już duża grupa ludzi i policja. Policjanci czekali na sygnał od tej negocjatorki, a straży pewnie jeszcze nie ma. Myślał, że jeszcze ma szanse. I w tym momencie poczuł jakąś zmianę. Jakby nagle coś w jego mózgu pękło. Przerwała się tama i nagle wszystko popłynęło.
- To nie wszystko, prawda? Nie skończyło się na tym?
- Nie. - odpowiedział szczerze, a kobieta wydała tylko krótkie mruknięcie.
- Chyba zaczynam pojmować...
- Nie! - zaczął się śmiać. - Nic nie wiesz. Nie poczujesz tego choćbym nie wiem, co ci opowiedział. - patrzył w cień z niesmakiem, a następnie uśmiechnął się promiennie. I wnet zaczął pojmować co się dzieje. Tracił kontrolę. Świadomie tracił kontrolę. - Wiesz co było dalej? To naprawdę niesamowite. - śmiał się - Wróciłem do domu pobity. Ojciec pijany nawet nic nie zauważył. Darowałem sobie szkołę na parę dni, a gdy wróciłem już wiedziałem. Wiedziałem, że byłem skończony. Wiedzieli to wszyscy. I wiesz co zrobiłem? - Znowu ten upiorny uśmiech na jego twarzy. Zwróciła uwagę na to, że światła z dołu tworzyły przerażające cienie na jego twarzy.
- Rzuciłeś się na swoich oprawców? - spytała niepewnie wystraszona jego nagłą przemianą.
- Brawo! I wtedy dopiero byłem skończony. Ludzie bali się ze mną rozmawiać, a ja z nimi. Zostałem wyśmiany, gardzono mną niczym śmieciem, kimś z marginesu społecznego. Oceny poszły kompletnie w dół, ojciec w przerwach między jednym piwem, a następnym zaczął zauważać różnice w moim zachowaniu i w końcu przychodziłem do domu tylko na noc. A matka... Matka nie chce mnie znać, twierdzi, że wdałem się w ojca.
- Ale co z nauczycielami? Przecież musieli coś widzieć. - pytała zszokowana.
- Owszem widzieli. - przyznał jej rację - Ale co z tego? Co niby mogą zrobić gdy boją się zbliżyć do bijących się? A potem? Potem jak mieliby się skontaktować z moimi rodzicami? Matka gdy tylko usłyszała o bójce rozłączyła się. A ojciec? On miał przed oczami tylko kolejną butelkę Mamrota.
- To co zrobiłeś?
- Żyłem dalej. Tą wyjątkową nadzieją. Nadzieją na poprawę. Można by ująć to tak, że byłem więźniem własnego życia.
Doskonale pamiętał tą myśl, że nadzieja umiera jako ostatnia. Trzymał jej się kurczowo aż do wczoraj kiedy coś w nim pękło.
- Więc czemu jesteś tutaj? Czemu brak ci nadziei?
- Wczoraj byłem w szpitalu, gdzie wykryto u mnie raka. Miałem się zgłosić na leczenie, ale uciekłem jak widzisz. I jestem tutaj. To wszystko. Koniec historii.
Chłopak popatrzył w dół i wstał powoli, niepewnie.
- Zdecydowałem się. Tak będzie najlepiej dla wszystkich. Mam nadzieję... Tak to dobre słowo. Mam n a d z i e j ę, że moja śmierć coś zmieni. Żegnaj mamo. - powiedział, uśmiechnął się promiennie i skoczył. Chwilę po tym można było usłyszeć uderzenie, przeraźliwe krzyki ludzi i cichy płacz na dachu.
***
Niedługo po tym wydarzeniu szkoła chłopca dostała anonimowy list opowiadający o "prawdziwym życiu" w szkole. O bezpieczeństwie. Agresji. Wyśmiane zostały wszelkie certyfikaty szkolne. Wyśmiani zostali nauczyciele i ich pewność siebie. Przekonania dyrektora zostały mocno podważone.
W związku z tym następnego dnia zwołano spotkanie nauczycielskie gdzie przedstawiono list i treść w nim zawartą. Sprawa się rozniosła do tego stopnia, że można było o tym poczytać w gazecie krajowej. Wydano wiele książek na temat agresji i psychiki. Uczniowie zaczęli mówić. Nastał chaos, którego dorośli, ci naiwni dorośli nie potrafili ogarnąć. Najgorsze w tym wszystkim było to, że ci ludzie dalej nie zrozumieli. Nie zrozumieli, że nie chodzi tu o to co robią czy czego nie robią. Generalnie nawet nie chodzi o nich.
Dalej nie rozumieją siły agresji. Przemocy werbalnej i niewerbalnej. Dalej nie potrafią zatroszczyć się o swoich podopiecznych. A ci ludzie, ci którzy doprowadzili do śmierci chłopaka dalej nie rozumieją, co tak naprawdę zrobili i do czego potrafią być zdolni.


Nadzieja. Teraz i ta kobieta będzie żyła nadzieją na lepsze jutro. Wreszcie zrozumiała.

wtorek, 5 października 2010

Krąg - ok. 12 000 znaków


“Krąg”

            W jego szarych oczach nie mogłem dostrzec nic poza własnym obliczem. Były niczym dwa lustra, w których na nic by się zdały próby odszukania jakichkolwiek emocji, czy oznak życia. Ślepia były martwe. Martwe jak ich właściciel. Palcami domknąłem jego powieki i profilaktycznie strzeliłem parę razy w zmasakrowane ciało, jako, że wolałem nie poznawać możliwości rozwścieczonego pół-martwego. Właściwie dla pewności powinienem go spalić, utopić, ewentualnie przejechać samochodem, czy też rzucić psom na pożarcie, lecz niestety byłem ograniczony czasowo. Pieniądze same się nie zarobią.
Nazywam się Adam Spejniak, mam dwadzieścia cztery lata i pracuję jako zabójca nad wyraz żywych trupów.
To zdarzenie przed chwilą było częścią mojej pracy. Musiałem się upewnić, że ten na pozór nieżywy koleżka więcej nie wstanie. Tak, to może brzmieć dziwnie. Wierzę, że wkrótce odnajdziecie się w moim świecie. Czy lubię to, co robię? A ty lubiłbyś chodzić po mieście, gdy zza każdego rogu może wyskoczyć zgraja zombie? Lubiłbyś zabijać, o ironio, już martwe ciała? Lubiłbyś zbierać pieniądze na szczepionki przeciw zarazie zamieniającej cię w twoich wrogów? No właśnie. A teraz wyobraź sobie, że ja to lubię. Uwielbiam igrać z losem.
            Zaśmiecone, brudne, puste i przerażające ulice, zniszczone budynki z powybijanymi oknami oraz ludzie walczący między sobą o jedzenie, o jakąkolwiek prace, o przeżycie. Nie, to nie opis Polski sprzed kilku lat. To zasrana rzeczywistość, panowie i panie.
            Podniosłem z ziemi starą, zniszczoną i pogniecioną gazetę. Zacząłem myśleć nad tym, co ona tu robi. Nagłówek wskazywał datę 18 grudnia 2018 roku. ‘W sumie nie aż tak źle…’ -pomyślałem i zacząłem przekartkowywać strony. Na jednej znalazłem artykuł o epidemii, okraszony cholernie optymistycznie brzmiącym tytułem: „Czy nie lepiej się zabić?”. Ech… Czyli, że dalej rzekomo nic nie wymyślili? Dalej chcą grać w swoją grę? Nędzne szczury, nic więcej. Doskonale wiedzą, że lek naprawdę istnieje. Tylko po co to mówić ludziom? Niech giną dalej… zresztą podobnie już było, gdy świat opanowała wyjątkowo szybka inflacja cen, zaczęły się ataki „niczyimi” bombami na miasta różnych państw i gdy generalnie zaczęło się to całe zamieszanie. Ja już wiem, że to było wyłącznie zabiegi rządu. Ci hipokryci z gazety, chociaż zarzekają, że nie – również wiedzą. Całe te manewry miały służyć zmniejszeniu wciąż rosnącej liczby ludzi, oraz stworzeniu nowego, lepszego świata. Niczym w kreskówkach i filmach o psychopatach… Już wiem, co tu robi ta gazeta. Rząd zapewne rozkazał rozrzucać tu ten szmatławiec, aby całkowicie złamać pozostałych przy życiu ludzi.
            Teraz, gdy wybuchła epidemia, która z założenia miała zabić tylko słabsze organizmy, wymknęła się spod kontroli. Wirus przeobraził się i zamiast zabijać, pozwala żyć po śmierci jako potwory potocznie zwane zombie. Co na to ci z góry? Wybudowali miasta położone w różnych częściach świata, w których mają prawo żyć tylko najbogatsi i najbardziej wpływowi ludzie. To oni mają szczepionki i to oni rządzą światem. Obecnie ich największym zmartwieniem jest fakt, co raz liczniejszej grupy pół-martwych. Zaczęto zbierać ludzi, którzy mogli się z nimi uporać – powstawały nawet całe oddziały tylko po to, żeby ci szaleńcy mogli zrealizować swoje wizje. Wielu ludzi zginęło za ochronę tej bandy hipokrytów. Na dzień dzisiejszy w sumie nie jest tak źle. Gdy zaczynałem, zombie było mnóstwo, teraz to zaledwie namiastka ich siły. Tak w skrócie sytuacja na świecie przedstawia się tak: USA jest czyste, gdzieniegdzie tylko widzi się pojedyncze jednostki pół-żywych, z Azją i Europą nieco gorzej, zombie są nieco bardziej… przystosowane społecznie i to tutaj z niewiadomych powodów ich liczba wciąż wzrasta. Najgorsza sprawa z Afryką, gdzie brakuje rąk do zabijania i najpewniej po oczyszczeniu naszego terenu mój oddział będzie musiał się tam przenieść.
            Zapewne wydaję się wam, że jestem nędzną marionetką w ich dłoniach, że robię dokładnie to, co mi rozkażą. To nie do końca tak. Mam wolę walki, chcę w przyszłości przeprowadzić rewolucję, stworzyć jakieś tajne stowarzyszenie… wiem, to brzmi dziecinnie, jednak mimo wszystko mogłoby się udać. Ci w miastach nie umieją walczyć, są niczym ciepłe kluchy. Czemu więc jeszcze nie zacząłem walki? Zwyczajnie nie potrafię się na to zdobyć i… wciąż potrzebne mi szczepionki.
            Moim zadaniem na dziś było zabić bandę trupów, bo cwane bestie nauczyły się, że w grupie raźniej i bezpieczniej. Mogę zabić każdego po drodze, dostałem oficjalne pozwolenie. A nawet nakaz…
            Ledwie zdążyłem o tym pomyśleć, gdy zza rogu starego, przedwojennego budynku usłyszałem ciężkie kroki. Przeanalizowałem swoje położenie. Zero możliwości ukrycia, więc musiałem zaatakować pierwszy. Nie zastanawiając się więcej, szybkim ruchem wyciągnąłem pistolet, wystawiłem rękę i na ślepo oddałem serię strzałów. Już po kilku sekundach usłyszałem padające na ziemię ciała. Wyjrzałem by ocenić sytuację. Trzy trupy, droga wolna.
            Podszedłem do ciał. Byli martwi. Świeżo martwi, co oznacza, że zabiłem ludzi… no cóż. Taka polityka. Już nie raz stawałem przed tego rodzaju wyborami. Nie ma tu miejsca na wyższe cele. Mogę się usprawiedliwiać działaniem w stresie. W tych czasach nie ma miejsca na zaufanie, poczucie honoru, czy jakąkolwiek dobroć. Zabijasz i nie dajesz się zabić. Proste.
            Poczułem wibracje dochodzące z kieszeni spodni. Zdezorientowany przypomniałem sobie o nowym telefonie, który otrzymałem od dowództwa. Przyszedł SMS od Strażników: „Grupa zombie widziana niedaleko cmentarza”. Strażnicy byli po prostu szpiegami. Obserwowali cały teren i pomagali, zabójcom w zlokalizowaniu celów. No to będę zmuszony się uwinąć. Przed odejściem sprawdziłem czy ludzie nie mieli czegoś przydatnego. Nic. „No to w sumie im pomogłem” – pomyślałem na odchodnym.
            Nie lubię cmentarzy. Nie umiem tego wyrazić słowami, ale mogę śmiało stwierdzić, że to jedna z niewielu rzeczy których się boje. W chwili obecnej mogę się jednak cieszyć, że w razie czego, użyję nagrobków jako tarcz. Jednak nie znienawidzone miejsce było moim największym zmartwieniem, a moja dalsza niewiedza na temat liczby pół-żywych. Po raz kolejny będę musiał wskoczyć w sam środek pułapki, którą pewnie zdążyli już na mnie zastawić, a następnie rozstrzelę wszystko, co się rusza w promieniu kilometra. Jak dla mnie norma, bo kiedy niby walka była wyrównana? No właśnie… Swoją drogą nigdy nie rozumiałem tych wszystkich ludzi, którzy planują każdy swój ruch. To musi ich wprowadzać w istny obłęd. Szaleństwo spowodowane strachem przed możliwą porażką, jakimkolwiek popełnionym błędzie. Wariactwo.
            Tak naprawdę żadne zombie nie są specjalnie inteligentne. Ich jedyna siła to zaskoczenie, liczba, oraz efekt uboczny - wyostrzone zmysły. Wydaje mi się, że podczas przemiany coś im się zmienia w mózgu i zaczynają bardziej opierać się na instynkcie niż umyśle. Niczym zwierzęta. Gdy wyczuwają krew, lub słyszą walkę szczęśliwe lecą pomóc pobratymcom. Na samym początku XXI wieku powstawało dużo książek opowiadających o tych stworzeniach. Zwykle były one przedstawiane jako bezmyślne mięso armatnie. No cóż… byli blisko. Przynajmniej te „pierwsze modele” nie były za inteligentne. Zmartwieniem jest to, że nawet w chwili obecnej wirus się przeobraża, pozwalając zombie na więcej i więcej. Jak dotąd żyje, czyli nie może być aż tak koszmarnie, jak sobie ktoś może wyobrażać.
Spokojnym krokiem szedłem ulicą, która na moje oko już kiedyś reprezentowała ubóstwo. Nie mogłem biegnąć. Musiałem zachować siłę Jeszcze trochę. Dotarłem. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to porozwalane nagrobki… Na cholerę trupy miałyby się wyżywać na kawałkach kamieni?! Podszedłem bliżej i rozejrzałem się. Nic. Frajerzy mają nade mną przewagę. Mogli się schować gdziekolwiek chcieli, mogą mnie nawet w tej chwili obserwować, podczas gdy ja stoję tutaj jak palant. Niestety… muszę czekać na ich ruch.
            Minuty mijały, jednak wciąż nic się nie działo. Wiedziałem, że na coś czekają, ale na co? Pomyślałem o tych nagrobkach. Mogły tworzyć jakąś drogę, znak, cokolwiek. Zacząłem po nich iść przez cały czas patrząc się pod nogi i wysilając do granic możliwości zmysł słuchu. Nie mogłem przeoczyć niczego. Jedna pomyłka może przeważyć o mojej wygranej, lub przegranej. Idąc dalej doszedłem do tego, że porozwalane nagrobki rzeczywiście tworzyły coś w rodzaju drogi… aż do tego momentu. Podniosłem wzrok z ziemi. Krzyże. 6 krzyży.
            Silne ramiona złapały mnie od tyłu. Chwila rozproszenia wystarczyła im na atak. Poczułem odór gnijącego mięsa, odór śmierci. Nie tracąc ani chwili wyciągnąłem spod rękawa nóż. Wbiłem go w ciało za mną i jak tylko mogłem przesuwałem pionowo aż uścisk stopniowo malał. Wyrwałem się z uścisku i odepchnąłem  z całej siły cielsko wyrywając zakrwawione ostrze, a następnie wbiłem je centralnie w głowę pół-martwego. Jeden mniej.
            Liczyłem, że będę miał farta i trafię na bandę idiotów, którzy będą atakować pojedynczo. Nic bardziej mylnego. Otoczyli mnie, a jeden miał broń. Tak szybko, jak to było możliwe, wyciągnąłem z plecaka miniaturowy miotacz płomieni. Nowy wynalazek wprost z Amerykańskiego Ośrodka Ochrony. Z miejsca stała się moją ulubioną bronią na trupy.
            Bum! Usłyszałem dźwięk strzału i poczułem, jak kula wbija się w moje ramię, ciągnąc mnie trochę do tyłu. Osz cholera… automatycznie nacisnąłem na spust. Chmura ognia znajdywała się dokładnie tam gdzie ją posłałem. Uwielbiam ten widok. Wkrótce wszyscy płonęli i po paru minutach było po sprawie, a ja… a ja czułem się kimś. Byłem najlepszy w swoim fachu. Mogłem wrócić do miasta po szczepionkę.
            Metalowe mury miasta były jak zawsze sterylnie czyste. Stwarzały niesamowity kontrast między otaczającymi go brudnymi, starymi budynkami i straganami. Zombiaki nawet nie próbowały go atakować: wysokie mury, najczęściej zamknięte bramy, częste patrolem - zrozumiały, że nie warto narażać siebie i pobratymców na tak bezsensowną śmierć.
Drogę znałem na pamięć. Już jako dwudziestolatek szedłem tędy po moje pierwsze zadanie. Idąc, nie zwracałem uwagi na mijanych przeze mnie ludzi. Perfidne bogate świnie, których los ludzi poza murami nie obchodzi bardziej od tego, co tym razem będą mieli na talerzu. Zresztą ludzie mówią, że na jedno wychodzi. Nie mam zamiaru się nad tym rozwodzić. Po prostu muszę przeżyć i iść dalej.
            Biuro. Winda. 23 piętro. Korytarz. Szóste drzwi po lewej. Wszedłem bez pukania na co dwoje ludzi siedzących za biurkiem nie zwróciło nawet uwagi. Popatrzyli na mnie dopiero wówczas, gdy powiedziałem kim jestem i po co przyszedłem.  Jakby to nie było oczywiste.
            - Proszę usiąść. – uprzejmy ton rozbrzmiał w moich uszach – Powtórz. Jak się nazywasz?
            - Adam. Adam Spejniak. – odpowiedziałem po usadowieniu się na krześle. Idioci. Doskonale wiedzieli, kim jestem.
            - Oho! Nasz weteran. – śmiał się, jednocześnie wpisując coś do komputera. – Brałeś zadanie z grupką pół-żywych, tak? Odważne.
            - Mhm. – mruknąłem – Poszło prawie, że doskonale, jedynie… moja ręka. – Wraz ze spadającą adrenaliną przypominałem sobie o moim postrzelonym ramieniu.
            - Spokojnie. Wszystko załatwimy. – zapewniał.
            - Nie musicie się spieszyć. Utraciłem w niej czucie… trochę temu, a specjalnie nie krwawi. –postarałem się o uśmiech. Patrzył na mnie jak na nienormalnego.
            - Rozumiem, że chciałbyś zasłużoną szczepionkę? – spytał drugi.
            - A mam inną opcję? – spytałem retorycznie.
            - Właściwie tak… możemy dać ci pieniądze, a ty zostaniesz tutaj, w mieście i rozpoczniesz zupełnie nowe życie i…
            - Nie. – przerwałem mu nerwowo – Co byście beze mnie zrobili? – podtrzymywałem luźną atmosferę. Nie powiem im przecież, że nienawidzę ich wszystkich bez względu, co tutaj robią…
            - Rozumiem. Właściwie to dobrze, że pan nie rezygnuje. Już co raz gorzej z łowcami.
            - Mało chętnych? – spytałem, znając odpowiedź. W końcu kto by chciał narażać dupę dla tych darmozjadów.
            - Przejdźmy do rzeczy. Masz tu kupon na szczepionkę i indywidualny kod. – Podał mi dwie karteczki. – Powodzenia.
            - Do zobaczenia. – rzuciłem na wychodne.
            Jeszcze tylko do laboratorium, dostanę szczepionkę i mogę wyjść z tego przeklętego miasta, którego nienawidziła każda cząsteczka mojego ciała.
            Laboratorium było niewielkim pomieszczeniem pomalowanym na biały kolor. Zwykła salka z dwoma szafeczkami zawierającymi szczepionki. Plus do tego człowiek siedzący za niedużym biurkiem, który udawał pochłoniętego pracą.
            - Tak? – spojrzał na mnie i spytał jakby nie było oczywiste w jakim celu do niego przyszedłem.
            Podałem mu karteczki. Rzucił na nie okiem. Coś nim wstrząsnęło. Coś było nie tak. Popatrzył na mnie, a z jego oczu próbowałem wyczytać, o co chodzi. Jakieś uczucie, którego dawno nie widziałem.
            - Dobrze. Dobrze. – rzucił nerwowo. – Proszę usiąść… o tutaj. – Wskazał mi sporych rozmiarów fotel i przeszedł do sąsiedniego pokoju. Wrócił z pełną strzykawką. Dziwne… przecież ma tutaj aż dwie szafki pełne tego świństwa.
            - Choćby nie wiem, co… - przerwał – Musi pan być gotowy na wszystko. – Strach. On się aż trząsł. Już wiem, co to za uczucie dostrzegłem wcześniej w jego oczach. Współczucie. Dlaczego…?
            - Ale… - „…o co tu chodzi?!” chciałem wykrzyczeć, gdy osoba, której wcześniej nie zauważyłem, wbiła mi coś w rękę.
            - To środek uspo… - Więcej nie usłyszałem. Nigdy więcej.
***
            - I jak eksperyment? – spytał burmistrz jednego z lekarzy. W jego głosie pobrzmiewała radość i ciekawość niczym u małego dziecka, które zaraz miało dostać jakiś prezent.
            - Hmm… - zamyślił się lekarz – Już na początku sprawy się trochę skomplikowały. Ciało nie chciało przyjmować toksyn, a mózg nie reagował na bodźce. Później serce wstrzymywało pracę na kilkanaście godzin, co powinno oznaczać pewną śmierć. – Przerwał na chwilę i napił się wody. – Z resztą nieważne. Pytał pan o stan teraźniejszy…
            - Czyli? – dopytywał zniecierpliwiony burmistrz.
            - Czyli Adam Spejniak jest pierwszym zombie nowej generacji, którego można przystosować do życia społecznego i dodatkowo będzie wyłącznie do pana usług. Dzięki jego ofierze stworzymy nowy piękny świat pełen dobroci. Ludzie będą myśleć, że to zwykła szczepionka, nie będą się niczego spodziewać. Resztę rozpylimy z samolotów nad najbardziej zaludnionymi terenami. A potem… potem będą rozkazy. – dodał z wyraźną satysfakcją. Doskonale wiedział, co będzie dalej.
            Dzieło jego życia. Koło się zamyka. Każdy chce wykończyć każdego. Nawet najlepsi muszą ulec. Od wieków ta sama historia. Na zawsze.