Etykiety

sobota, 23 kwietnia 2011

Blackbird singing in the dead of night





Blackbird singing in the dead of night
Take these broken wings and learn to fly
All your life,
You were only waiting for this moment to arise.

Cover piosenki Beatles'ów 'Blackbird' w wykonaniu dzieciaków z obsady serialu Glee.
Swoją drogą całkiem przyjemne to to. Aż zapomniałem jak bardzo nienawidzę seriali.
No i 17 kwietnia wyszła siódma płyta z muzyką z tegoż serialu, także polecam klik tutaj do odsłuchania.



Pytanie o koncert Czesława dalej aktualne, jak najbardziej.

piątek, 22 kwietnia 2011

I'm not really dead, sweety

Megalomania, kompletny egoizm i brak empatii. Patrząc na wszystko z perspektywy dnia kolejnego, martwię się do czego to wszystko prowadzi. Gdzie to się skończy? Jak? Nie rozumiem chyba już niczego. To dziwne, gdy jednego dnia czuję, że wszystko jest tak cholernie proste - aż proszące się o trochę chaosu - a drugiego wszystko samoistnie rozwala się na miliony drobnych kawałków. Zgubiłem sens, ale to nie tutaj leży problem. Kwestią mojego obecnego jestestwa jest brak chęci do ponownego odnalezienia go. To trochę tak jakbym przyzwyczaił się do tego zamętu emocjonalnego. Jestem tutaj, tam i jeszcze tam. Wszędzie. A każde "ja" inne od drugiego. Gmatwanina osobowości, labirynt z kilkoma wyjściami. Pytanie, które nade mną ciąży brzmi banalnie: która droga będzie lepsza...? Jakie konsekwencje będzie za sobą niosła? A może... może to wszystko jest naprawdę proste, a ja tylko zbytnio wyolbrzymiam własne odczucia. To też jakieś wyjście. Żałosna ucieczka tylnym wyjściem. I na tym powinienem skończyć ten wywód. Pozostawiam wam wolne pole do popisu, mówcie co chcecie. Chętnie wdam się w inteligentną dyskusję.

Pomimo wspaniałej pogody nie umiem wykrzesać z siebie choćby krzty chęci do jakiejkolwiek czynności, więc prawdopodobnie spędzę go domu. Kolejny dzień nicnierobienia. Nonsens goni bezsens.



2-3 maj, piknik europejski, park sielecki - koncert zespołu Czesław Śpiewa. Ktoś idzie? :)

czwartek, 21 kwietnia 2011

Refleksje i przemyślenia po "Sali Samobójców"

No offence, praca ze szkoły. Polecam pisanie o filmie, który oglądało się miesiąc temu - taktak. Pomijając idiotyczność całego zadania, jestem dosyć zadowolony z tej pracy. Myślałem, że będzie o wiele, wiele gorzej.

Poza tym przyznaję, że przed pisaniem musiałem odświeżyć sobie pamięć recenzjami i opisami tegoż filmu. Teraz chyba możemy zaczynać.


EDIT: Hohoho, w mniej więcej połowie listopada postanowiłem odświeżyć sobie pamięć na temat tego, co kiedyś pisałem. Akurat nie tak dawno oglądałem ponownie "SS" i stwierdzam, że... mój zachwyt był niekoniecznie uzasadniony. Owszem, przyznaję: film poruszał pewne ważne kwestie, a przy tym był podany w przystępnej formie. I taki obraz widzimy, myśląc o ogóle, ale czy diabeł nie tkwi w szczegółach? A kiedy takiemu obrazowi jak film Jana Komasy przypatrzymy się uważniej, widzimy błędy, niedoróbki, niedomówienia czasem nawet irracjonalność. Polscy aktorzy jak to Polscy aktorzy: raz lepiej, raz gorzej. Więc ostateczny werdykt jest taki, że może film nie był rewelacyjny, ale mimo wszystko wart obejrzenia. Takie luźne 4/6.

Refleksje i przemyślenia po seansie „Sali Samobójców”

            Jakiś czas temu byłem z klasą w kinie na niesamowitym (o tak, używanie tego typu określeń w stosunku do "SS" nie jest przesadą) filmie reżyserii Jana Komasy – jednego
z najzdolniejszych reżyserów młodego pokolenia.  „Sala samobójców” to film fantastyczny,
ot tak po prostu. Pomimo paru wad i niedoróbek (włącznie z nieco sztywną grą postaci drugoplanowych) spodobał mi się. Chociaż nie wiem czy „spodobał” to dobre słowo w stosunku do filmu opowiadającego o tragicznej historii chłopca, który zmagał się z okropną wręcz samotnością. Od kolegów z klasy słyszałem, że ten film był „głupi i nieprawdopodobny”. Czy tak jest naprawdę? Czy aż tak nieprawdopodobne jest to, że człowiek nie mogący znaleźć pocieszenia w nikim w swoim otoczeniu, nie potrafiąc zwrócić uwagi rodziców, uzależniający się od Internetu, zostaje w końcu doprowadzony na skraj emocjonalnej wytrzymałości? Takie historie zdarzają się na co dzień. Widzę je każdego dnia. A oni dalej nie mogą zrozumieć, że historia podobna do tej może dziać się tuż obok nich. U kolegi z klasy, szkoły, podwórka.
            Nie potrafimy być sami. Ten film w pewien sposób nam to udowodnił. Ci którzy  opanowali sztukę samotności, siedzą teraz prawdopodobnie w buddyjskich klasztorach lub spełniają się jako klerykałowie. A tutaj mamy ciekawy, a przy tym tak normalny, przypadek chłopca, Dominika, który ma wszystko. Jest bogaty, ma wykształconą matkę – właścicielkę agencji reklamowej, ojca – stonowanego mężczyznę robiącego karierę w polityce, osobistego szofera, który odwozi i przywozi go co dzień z liceum, gosposię, powodzenie wśród kobiet, popularność. Ma wszystko o czym mógłby zamarzyć każdy normalny osiemnastolatek. Jednej rzeczy brakowało w tym jego idealnym świecie. Miłości i zainteresowania rodziców. Ich wsparcia. Zrozumienia jego inności, wrażliwości czy potrzeby miłości. Dla niektórych to może brzmieć błaho – bo cóż to. Dominik ma pod nosem wszystko, a jeszcze ma czelność narzekać („w dupie mu się poprzewracało” – powtarzali ojciec i matka chłopca). Inni mają gorzej, prawda? Ale nie zapominajmy o jednym. Nie jesteśmy maszynami, potrzebujemy czuć. Bez tego nie przeżyjemy. Jest nam to równie potrzebne do życia jak tlen. I to samo czuł czarnowłosy osiemnastolatek. Był zdolny zrobić wszystko by tylko ktoś się nim zainteresował. Kochał kobietę, mężczyznę, wdał się w bójkę, zamknął się w swoim małym świecie. Był zdolny nawet do samobójstwa, żeby tylko go zauważyli. Zobaczyli, że on CZUŁ, POTRZEBOWAŁ i KOCHAŁ…
            Główny bohater jako istota myśląca różnił się od reszty ludzi. Być może brzmi to banalnie, ale jak często my sami zmagamy się z podobnymi dylematami? Relacje międzyludzkie traktujemy jak rzeczy – gdy się zepsują, czas je wyrzucić. I wtedy wchodzimy w świat Internetu. Czujemy, że to właśni tutaj spotkamy osobę, która myśli podobnie do nas. Ten wirtualny świat daje nam poczucie wspólnoty, wspólnego bólu istnienia. Daje złudzenie, że możemy się skontaktować z 6 miliardami osób, aż w końcu znajdziemy przyjaciela do rozmowy. Nie jest tak? Och, oczywiście, że jest. Niesłychane, by jedna rzecz  przerażała równie mocno co fascynowała. W końcu to było całkiem logiczne, że Internet stanie się ewenementem na skalę światową… ale czy jego twórcy zdawali sobie z tego sprawę? Czy byli świadom przyszłości ich dzieła? Do jakich rzeczy i sytuacji może doprowadzić? A jeśli wiedzieliby, to czy zdecydowaliby się na uruchomienie tej piekielnej machinerii?
            Ludzie potrafią być okrutni, przede wszystkim dla samych siebie. Nic nie jest w stanie tak zranić człowieka, jak drugi człowiek. Podejrzewam, że każdy weteran wojenny spytany co bolało bardziej: stracić nogę czy ukochanego człowieka, wybrałby drugą opcję. Więc jak to jest możliwe, że świadom tego bólu, zadajemy go innym bez końca. Kochamy i ranimy tworząc błędne koło. W końcu sami nie wiemy w co wierzyć, co ze sobą zrobić. Czy to naprawdę jest „normalne”? „Normalne”, ponieważ? Tak robią wszyscy, więc i ja? To głupota, a nie normalność…
            Dominik w filmie poznał Sylwię. To ona przewróciła całe jego życie do góry nogami. Pokazała, że również i on może być kochany i ważny. Chciałbym poznać właśnie taką osobę. Taką, która wejdzie w moje życie i rozwali wszystko w drobne kawałeczki, choćby po to by to później naprawić. Teraz jak nigdy tego potrzebuję. Jestem wewnętrznie rozerwany między „być a nie być”. Jestem ostrożny i zapobiegawczy, inaczej patrzę na świat. Kiedy w zeszłym roku starałem się otworzyć, nie wyszedłem na tym dobrze więc…? Stałem się innym człowiekiem, lecz nie wiem czy wyszło mi na to na dobre. Pełno we mnie sprzeczności, niepewności. To chyba dlatego potrzebuję takiej osoby. Osoby, która zburzyłaby ten mur, który buduję przed każdym nowo poznanym człowiekiem. Wskazała mi drogę. Może nie tak drastyczną jaką chcieli wybrać Dominik i Sylwia, ale jakąkolwiek. I jestem pewny, że każdy z nas czuje taką potrzebę. To dlatego szukamy „tej jedynej, tego jedynego”.
            Innymi moimi przemyśleniami było choćby pytanie: hej! Czy to naprawdę był POLSKI film?! Nic, kompletnie nic na to nie wskazywało. Raczony przez reżyserów z kraju nad Wisłą głupimi komedyjkami, czy „poważniejszymi projektami”, które… i tak są gniotami, ten film był powiewem świeżości. Ekipa „SS” pokazała, że da się zrobić dobry film, który zmusza do refleksji również tutaj – w Polsce, co jest swoistym osiągnięciem, z którego powinni być dumni.
            Nie jestem w stanie pisać o wszystkich moich refleksjach po obejrzeniu „Sali…”, myśli było o wiele za dużo. Nie będę się też rozwodził nad tym kto lepiej zrozumiał film – ja czy moi znajomi. Być może to oni mają rację, może to „zwykła porażka” nie mająca do przekazania praktycznie nic? Może. Ja wiem jedno - to może się przytrafić każdemu z nas. Tu i teraz. I dlatego chyba to było tak niesamowite. Z powodu swojej realności i możliwości poczucia więzi z bohaterem. Film zdecydowanie poruszył mnie. Uświadomił w temacie kilku spraw. Przestałem czuć się samotny. To dziwne, ale to właśnie poczułem. Czy słusznie? Nie wiem. Do dzisiaj nie do końca ogarnąłem to, co widziałem. Najchętniej poszedłbym obejrzeć „Salę Samobójców” jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze. Może wtedy lepiej bym zrozumiał to wszystko. A co teraz? Teraz jedynie mogę polecić ten film każdemu powyżej 14-15 lat. Wykroczyłem poza swój własny wiek. Niestety ludzie uświadomili mi, że mój rocznik nie dojrzał do takich filmów. Nawet ja sam nie jestem pewny siebie samego. O tak, niepewność. Niepewność to dobra refleksja.

Potrzebuję więcej uskrzydlonych przyjaciół.
Wszystkie znane mi anioły
wlewają beton w moje żyły.
Zawsze wracałem do domu sam,
więc stałem się bez życia -
tak samo jak mój telefon.
Luźny przekład tekstu piosenki „Nothing to Lose” autorstwa zespołu Billy Talent, można było ją usłyszeć w filmie. Reżyser w wywiadach podkreślał, że ta piosenka była pewną inspiracją do stworzenia „Sali Samobójców”.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

today is better, don't you think so?

Dziękuję ci Kasiu za sobotę. Milusi dzień był całkiem. Chusteczka z tym, że dodaję dopiero teraz. :)










Stop hating - fuck all haters... or sth like that.
Mamy filmiki i nie zawahamy się ich użyć. :)

środa, 13 kwietnia 2011

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

chaos i pustka

Siedzieli na starym, zakurzonym strychu. Znaleźli dwa taborety pamiętające jeszcze czasy wojny i położyli je na środku pomieszczenia, w centrum. Centrum jakiejś historii, która zawarta była w tych pozornie nic nie wartych rupieciach. Każda z tych rzeczy miała swoją duszę, swój dowód istnienia. Wszystkie mogły opowiedzieć historie swojej egzystencji, tego co widziały, tego co słyszały.


Chłopiec i dorosły mężczyzna. Mistrz i uczeń. Siedli do siebie tyłem na dwóch równolegle ustawionych krzesłach. Czekali chwilę, jakby wysłuchując jakiegoś znaku. Sygnału, który zmobilizowałby ich do działania. Zamknęli oczy, a starszy pan wreszcie odezwał się:


- Zajrzyj w głąb siebie i powiedz co widzisz. - jego głęboki głos odbił się echem od ścian i wrócił ze zdwojoną siłą.


Chłopak zmarszczył brwi, próbując skupić się na wykonaniu dziwnego zadania. Nie wiedział do końca ani, co tu robi, ani czemu słucha tego faceta. Teraz to nie było ważne. Szukał odpowiedzi, a ten człowiek może mu pomóc. I tylko to się liczyło. Przygryzł wargę i zacisnął pięści. Wkrótce poczuł w ustach smak krwi i zrezygnowany sapnął.


- Wszystko i nic. Pustka i chaos. Potrzeba życia i chęć samobójstwa. Obsesja na punkcie wyrażania siebie i chora nieśmiałość. - Przerwał. - Przeciwieństwa. Czy to coś znaczy? - Nie usłyszał odpowiedzi i niepewnym tonem zadał kolejne pytanie. - Pomożesz mi?


- Pomożemy. - odpowiedział mężczyzna, a za nim odezwało się kolejne kilka głosów. Znikąd i zewsząd. Po nic i po wszystko. Pustka i chaos.

Kolejny fragment, do którego jakikolwiek komentarz jest zbędny.

No0B by =Lord-Kevinz
Do posłuchania:

niedziela, 10 kwietnia 2011

I know you'll hate me. :)

Dzisiejszy wypad jak najbardziej na plus. Tymczasem polecam mapkę na geografię i jutrzejszy test z chemii. Tak, tak. I polecam poniższe focisze, lubię je. :)






sobota, 9 kwietnia 2011

addict

...napełniła swoje ręce wodą i zaczerpnęła ochładzającej cieczy. Pochyliłem się nad taflą wody, w której teraz odbijała się również i moja postać. Dziwiąc się chwilę własnym widokiem, wziąłem wodę do ust i wnet poczułem niewyobrażalną wręcz ulgę. Orzeźwienie porównywalne mogło być chyba tylko z nagłym deszczem, który spadłby na te nieszczęsne pustynne rośliny. Podejrzewam, że w związku ze zmianami klimatu nigdy się go nie doczekają. Spojrzałem pod swoje nogi, gdzie kiełkowała jasnozielona trawa. Ta roślina w pewnym sensie przypominała moją sytuację w wiosce. Jak ona byłem blisko centrum życia, względnego szczęścia, władzy... to fakt. Równocześnie byłem od tej wody uzależniony i jeśli chciałem przeżyć, to musiałem się trzymać blisko niej. Podporządkować się. To nie wszystko, bo przecież muszę walczyć o miejsce do życia. Nie ja jeden chcę szczęścia...


Fragment jednej z wielu niezakończonych historii. Bo każdy z nas jest od czegoś uzależniony, każdy z nas ma jakąś rzecz, która pozwala mu przeżyć. Wyobrażacie sobie życie bez tej jednej rzeczy? Wątpię. Bo o to przecież chodzi w uzależnieniu, prawda?

Sketch - Oasis desert by Ravenseye1113

piątek, 8 kwietnia 2011

You animal...

"Ty zwierzaku..." - chciałoby się rzecz po obejrzeniu tej cudacznej serii. :)
Bez zbędnej paplaniny zachęcam do obejrzenia.
A źródła niestety nie pamiętam.









Refleksja?
Posłuchaj:
Posłuchaj i obejrzyj:

czwartek, 7 kwietnia 2011

highway to hell

Mhm. Jestem przerażony. Przerażony tym, że mimo dawnych obiecanek-cacanek dalej brnę w to co robię. Choćby sprawa bloga i postowania dzień za dniem, co jeszcze niedawno wydawało mi się po prostu idiotyczne. Co więcej, piszę o własnych myślach czy przeżyciach, a co za tym idzie wdrażam ludzi w pewien sposób do swojego świata. Dziwne uczucie wiedzieć, że wchodzi tu ta pewna ilość ludzi tylko po to aby przeczytać to co mam do powiedzenia. Od dawna nie pozwalałem sobie na sytuacje takie jak ta, lekko mnie to dezorientuje. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z własnych pobudek, które kierowały mnie na ten tok myślenia. O jednym powodzie nawet pisałem w którejś z notek, zresztą nieważne. Pozwalam wam czytać, nie pozwalam wnikać. To jakiś układ. Coś jak teatralne przedstawienie. Tu akcja, tam-gdzieś-nie-wiadomo-gdzie widz. A pewnie już niedługo ujrzę następstwa moich kroków. Krok - tupnięcie, krok - tupnięcie. Czyż nie tak to wygląda? Każda akcja ma swoje następstwo, nie mamy na to wpływu. Jeśli rzucimy kamykiem w wodę to oczywiste, że ją wzburzymy. Nasze decyzje są ważne, mimo względnej bezwartościowości. Każda z nich może zmienić czyjeś życie. Nadążasz, prawda? To, że wyjdziesz dzisiaj do sklepu może skończyć się poznaniem kogoś nowego, śmiercią, przyjemnością, bólem, smutkiem i radością. Każdy twój ruch będzie miał jakieś następstwo. Ostatnio rozmawiając z pewną osobą usłyszałem że ta chce "zmienić swoje życie", ale tego nie potrafi. Jeśli tu wejdziesz i to przeczytasz może coś ci zaświta, może dzięki mnie zmienisz swoje podejście, zaczniesz zauważać i sama stwarzać drobne zmiany. A może... może tylko mi się wydaje, a ty przeczytasz to jak każdy inny tekst. Bez zastanowienia, bez zainteresowania. Ot tak, z nudów. Jak wszystko. Bo po co się starać mając codzienność, o tu, przed nosem?

Do posłuchania:
Do posłuchania i obejrzenia:


 Nic więcej, do następnego.

przypadkowo spotkane zdjęcie.

środa, 6 kwietnia 2011

memories

Naszło mnie na wspominki. Siedzę tu już z pół godziny przeglądając stare zdjęcia i rozmyślając nad minionymi latami. Zastanawiam się "co by było gdyby...", ile rzeczy straciłem a ile zyskałem, co jeszcze mnie czeka. Myślę o tych wszystkich wspomnieniach, głównie dobrych, które napływają teraz z tupetem rzeki rozrywającej tamę. Wielka fala, która pochłonęła mnie całkowicie. Też tak czasem macie? Wspominacie stare czasy rozmyślając nad swoim żywotem? Pewnie tak. Chyba znowu ogarnia mnie melancholijny nastrój. Niedobrze. Coś mi się wydaje, że ostatnio za bardzo się rozczulam. Ale w pewnym sensie mam powody. Ogromnie dużo rzeczy się w moim życiu zmieniło, ja sam się zmieniłem. Co lepsze, cały czas tworzę coś nowego, "stwarzam siebie". Coś co skonstruowało ten świat musiało mieć nie lada frajdę ustalając zasady rządzące naszym istnieniem...

Tymczasem w środku posta powklejałem całkiem sporo starych zdjęć. Oczywiście nie wszystkich, nie wszystkie się nadają dla waszych oczu. Ważne, że ja je mam. Miłego oglądania. Klik na czytaj więcej.

O, o, o! Skoro już wiem, że od czasu do czasu też tu zaglądasz, Kasiu, to oficjalnie i publicznie życzę Tobie i Twojemu chłopakowi szczęścia, powodzenia iii w ogóle. Cholernie się cieszę się, że jesteś szczęśliwa. :)

wtorek, 5 kwietnia 2011

literatura

Szekspir "Makbet"
Życie jest tylko przechodnim półcieniem,
nędznym aktorem, który gra swoją rolę.
Przez parę godzin wygrawszy na scenie
w nicość przepada - powieścią idioty
głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą

Calderon "Życie snem"
Czym jest życie? Szaleństwem?
Czym życie? Iluzji tłem,
Snem cieni, nicości dnem.
Cóż szczęście dać może nietrwałe,
skoro snem życie jest całe.
I nawet sny tylko snem!


Słowo za słowem wypada potokiem, goniąc jedno za drugim, wyprzedzając w kłamstwie. Bez końca. Absurdalnie.


polecam lekarzy, którzy męczą moją i tak już chorą wątrobę antybiotykami i inną masą tabletek, po to aby po kontroli powiedzieć, że tego typu działania były zbędne. przynajmniej nie obsługiwało mnie to grube, stare i niemiłe babsko. brr. swoją drogą uwielbiam wiosnę i początki pylenia tego całego gówna, o tak. czeka mnie miła wizyta u kolejnego lekarza.

The White Stripes - 'Seven Nation Army'

zdjęcie 'dont feel like laughing today' autorstwa juliadavis z portalu deviantart.com

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

muzyczny epic fail

Polecam jeden z największych coverowych faili ostatnich miesięcy.
Przeróbka piosenki Marilyna Mansona - 'The beautiful people' w wykonaniu Christiny Aguilery. 




Czy tylko moje uszy tak bardzo rani to monstrum? Ok, może nie znam się na "takiej" muzyce, ale ten tzw. cover... brak mi słów. Słabo, bardzo słabo. Ale skoro już jesteśmy przy panie MM, to podobno w tym roku czeka nas nowa płyta! Jak twierdzi perkusista zespołu, płyta będzie najlepszą z dotychczasowych, a na dodatek panowie mają wrócić do nieco punk rockowego stylu "Mechanical Animals". Czy to dobrze? Nie wiem. Z werdyktem poczekam.

Wyjeżdżam i wracam wieczorem dzieciaki. :)

niedziela, 3 kwietnia 2011

bezsensowne tytuły są bezsensowne, czyż nie?

"...Mam zamiar napisać tu chociaż trochę o moich ostatnich przemyśleniach. Być może będzie tego dużo. Dużo do tego stopnia, że czytając to zatracisz się bez pamięci… lub po prostu naciśniesz czerwony guzik w prawym górnym rogu ekranu. Daję ci wybór, doceń to przyjacielu. Ty nie jesteś bydłem jak wszyscy, prawda? Ty jesteś, ty jesteś, ty jesteś… Nie, nie pomyliłem się, ani tym bardziej o niczym nie zapomniałem. Po prostu te dwa słowa: „ty jesteś” mówią wszystko o czym chcesz wiedzieć. Jest w  nich moc, prawda? Tym bardziej, że zwracam się do CIEBIE. Bo TY jesteś tu najważniejszy, pochlebia ci to. Naiwna istoto, zaczynasz teraz myśleć. Uruchomiłem twoje ospałe, dawno nieużywane szare komórki do myślenia, prawda? Zaczynasz czuć grę, obawiasz się tego. A to tylko przez ten drobny zwrot. Zwrot do ciebie. Nie oszukujmy się i nie mydlmy oczu banałami. Najważniejsi dla nas jesteśmy my sami.
                JA. MÓJ. MOJE. MNIE. Nic więcej nie dobiega z waszych ust. Wasz krzyk zagłusza wszelkie próby myślenia. Mówicie tylko o sobie, jesteście stadem – bydłem bez charakteru. Generalnie rzecz biorąc… to normalne. Z natury człowiek cechuje się egocentryzmem. Widzimy to choćby na banalnym przykładzie zdjęć klasowych – kogo pierwszego szukasz na owej fotografii? Czyja twarz jest najważniejsza? MOJA. JA JESTEM NAJWAŻNIEJSZY. Zakłopotany? Wątpię, bo ty dalej myślisz, że tekst nie jest skierowany do ciebie. Skrajnie z tego samego powodu nienawidzę pisać postów takich jak ten. Przez to wasze samouwielbienie myślicie, że otwarta notka, skierowana do całego świata jest pisana tylko do ciebie. Następuje obraza majestatu, nieodpowiadanie na wszelkie wiadomości, a kończy się to oczywiście urwaniem kontaktu, ewentualnie jeszcze mniej wyszukaną próbą wyimaginowanej zemsty.  Słodziutkie, prawda?
                Ok, skoro to MÓJ blog to może napiszę coś od siebie. Każdego dnia uczę się czegoś nowego, staram się zrozumieć nieistniejące zasady, które rządzą waszymi umysłami. Ogarnąć wasze zachowania, wasze jestestwo. Przepraszam teraz za nagłą dygresję, która nastąpi ale… Jesteśmy niewolnikami, niewolnikami systemu. Pojmijcie to. Nie, oczywiście, że nie mam zamiaru was nawoływać do walki, do rozpoczęcia rewolucji. Nie dbam o waszą wolność. Bez tych niewidzialnych łańcuchów powstałby chaos, rozbieglibyście się niczym przygłupie owce wypuszczone na pastwisko. I tak jak one trudno was potem złapać, a nikt nie może sobie na to pozwolić. Więc? Więc zamykają nas w tych okowach ustalając zasady, tworząc hierarchię – istny łańcuch pokarmowy, na którego dole jesteśmy my, zwykli szarzy ludzie. Wszyscy nazywamy to wolnością. Lecz czymże jest ta wolność? Tym, że możesz wybierać między setkami kanałów w telewizji, czy może tym że bezkarnie pobierasz pornografię z sieci? Przemyśl to, kolego.
                Wyobraź sobie, że pewnego dnia w twoim życiu wydarzy się coś tak niesamowitego, że będziesz pragnął zmienić swoje życie. Coś co przerwie linkę, uwolni wszystkie twoje emocje. Powiedzmy, że skończysz akceptować normy, limity, zasady. Kim wtedy będziesz? Nie należysz do społeczeństwa, narodu. Jesteś nikim. Nie jesteś już hołotą jak reszta – co więcej, według  przeciętnego systemu wartości jesteś o wiele gorszy. Mimo to… jak się czujesz? Nie czujesz się lepszy, wolny… prawdziwy? Może realniejszy od nich wszystkich? W końcu to TY zrobiłeś coś na co innych nie stać, to TY postawiłeś się światu, to TY pokazałeś, że nie wolno cię zamknąć w ciasnych ramach „wolności”. Oni nie mogą zrobić nic, a ty? Ty jesteś panem świata. A teraz obudź się. Wciąż jesteś jak wszyscy, nie realniejszy od postaci z kreskówek. Pustka, nicość i kompletna BEZWARTOŚCIOWOŚĆ."

Co to? To urywek zapowiadanej notki o przemyśleniach. Niestety całość nigdy nie ujrzy światła dziennego. Odejdzie w zapomnienie - bezwartościowa i zbędna. Zrozumiałem, że pisanie czegoś takiego mija się z celem. Zgubiłem sens, chciałem zrobić coś idiotycznego. Nie oszukujmy się. Cała notka była bezczelna, gburowata, a na dodatek zwyczajnie... głupia. Bywa i tak. Na następny raz postaram się o coś lepszego. I patrzcie! Daję radę! Dodaję notkę dzień za dniem. Gratulacje przyjmuję po godzinie 16. :) 


Obrazek "two prostitutes" autorstwa cellar-fcp z portalu deviantart.com

To już nie jest zabawne, że po raz kolejny rzucam słowa na wiatr. Obawiam się, że już wkrótce to wróci do mnie ze zdwojoną siłą...

Poza tym przeliczyłem się z tym powrotem do zdrowia, zanika moja zdolność mówienia. :c