Etykiety

poniedziałek, 30 listopada 2015

prośba do siebie

zacząłem pisać sobie - sobie piszę dla siebie. 
mało mnie, mało dla mnie choćby, 
więc i z wami się mną nie podzielę.
dni coraz krótsze i uboższe
o jakieś chwile i uśmiechy.
wraz z nimi zacząć znikać.
tak znikać pomalutku dla świata,
(tego dużego własnego 
i małego zewnętrznego)
tak siedzieć cichutko 
i pisać.

to moja ostatnia prośba do siebie.

niedziela, 29 listopada 2015

napiszę

jeśli chcę pisać, to jest coś na rzeczy. niestety nie mam siły pisać. a wierzę, że jeśli to tu zostawię, to mnie zmobilizuje choćby jutro.

dzieje się mnóstwo i nic, ale jest mi smutno. a to znaczy, że czuję. i jestem jakiś taki... dotknięty tym faktem. prosty smutek. ale o tym oby jutro.


czwartek, 29 października 2015

move me please

miotam się między personaliami, którymi gdzieś w międzyczasie się stałem. widzę to coraz wyraźniej. wchodzę w stan Rozumienia. ten chyba lubię najbardziej. kiedy - przynajmniej w moim mniemaniu a co i tak zapewnia mi niesamowity spokój - rozumiem siebie, rozumiem wszystko dookoła a przede wszystkim: myślę uważniej i z mniejszym natężeniem potencjału emocjonalnego. co za tym niestety idzie, nudzę się. to jest ten moment, kiedy nic nie potrafi mnie zaskoczyć, rozmowy są błahe i nie potrafię się na nich skupić. każdy człowiek jak na dłoni okazuje, czego chce i czym jest. widzę na przestrzał każdą sytuację i przede wszystkim swoje własne cele, potrzeby, motywy. nie ma miejsca na niekontrolowane sytuacje. wcześniej wspomniana nuda i w sumie poczucie stagnacji sprowadza mnie do myślenia o starej dobrej autodestrukcji. no bo po co mam żyć w ten sposób? świadomość mechanizmów, choćby w jakimkolwiek stopniu, psuje obłęd życia. może za którymś razem oszaleję i rozwalę się na tyle kawałków, że już nie uda się tego złożyć do kupy? chcę poznać granicę, do której mogę się zbliżyć. a potem udowodnić sobie, że nie jest żadnym końcem. zabawa w kotkę i myszkę z własnymi myślami. jedne uciekają przed drugimi, chowają się, dają mylne sygnały. gdzieś może na górze jest ego, ale nie ma najmniejszego zamiaru panować nad całą strukturą super ego i id. a jednocześnie przewodzi wszystkim w oddali i każe mi myśleć ponad to. mętlik wiedzy. kiedy pojmę wszystko, to będzie dzień, gdy umrę.



ostatnio wracając z korepetycji autobusem, natknąłem się na sytuację, którą mną wstrząsnęła. od trzech dób nieustannie o niej myślę i rozważam pod wieloma względami. jest kluczowe dla wielu idei ostatnich dni. otóż do pojazdu wsiadły dwie kobiety i na oko pięcioletnia dziewczynka. stanęły koło mnie, więc mogłem stwierdzić że może są z dwa lata starsze ode mnie. ledwo podeszły, poczułem otumaniający zapach białych narkotyków. uwierzcie, że po wszystkim, co przeżyłem, nie jest to przyjemny smrodek - wręcz zebrało mi się na wymioty. obie panie były pobudzone, rozprawiały właśnie na temat zajebistości tego, co przyjęły. w którymś momencie dziewczynka łapie jedną za rękaw i mówi, że jest senna. i tu zaczyna się, za przeproszeniem, chujnia sytuacji. blondynka z kolczykiem w nosie, będąca jak widać matką, zaczyna krzyczeć i szarpać dzieckiem. wykrzykuje, że ma się uspokoić, bo nie po to ją zabierała do "cioci", żeby teraz musieć znosić jej "pierdolenie". sama sytuacja była przykra, ale to jak zareagowało dziecko wprawiło mnie w pełną przemyśleń trwogę. dziecko nie zaczęło płakać, nie zmieniło wyrazu twarzy, nie zareagowało tak jak każde inne dziecko by zrobiło na jego miejscu. dziewczynka beznamiętnym głosem po prostu rzuciła sepleniące przeprosiny, odeszła i usiadła na takiej plastikowej części autobusu między siedzeniem a przejściem. zwyczajnie położyła się tam spać. zero reakcji. zero emocji. nic. pustka. nicość. nasuwające się myśli są zwyczajnie potworne, rozumiecie? a wyobraźcie sobie, że takie zachowania są normalne. ile dzieci żyje w czymś takim, będzie uważało to za normalne, będzie dorastało w takim schemacie. oczywiście o takich drobnostkach, jak wyszarpywanie dziecka z tamtego miejsca mimo oporu podczas chęci wysiadki czy grożenie "tatusiem, który spuści ci wpierdol" nie mówię. pomijam brak reakcji mojej czy czyjejkolwiek innej. patrzę tylko na ten przytłaczający tragizm. to dziecko nie ma wyboru. to dziecko wyrośnie na potworka naszego społeczeństwa, z góry skazanego na klęskę. może jestem zbyt emocjonalny jeśli chodzi o dzieci, ale myśląc szerzej, to poważny problem każdego społeczeństwa. i jak tu działać? jak może pomóc resocjalizacja? jak to wszystko ogarnąć? dzieci urodzone w takich warunkach zawsze będą nosić znamię przeszłości. początek i koniec ich żywota to dzień narodzin. dojrzałem na tyle by docenić w jakiś sposób realia, w jakich ja się urodziłem. nie każda jednostka zwana rodziną jest idealna, to utopia socjalizacji i wyobrażeń socjologicznych. w porządku. jednak jestem wdzięczny, że mogłem względnie normalnie się uformować, móc myśleć, trafić tu gdzie trafiłem.

zastanawiam się coraz częściej, jak działa mózg człowieka w zależności od przeszłości, warunków w dzieciństwie, silnych emocji w trakcie życia. może psychoanaliza polegająca na wracaniu do tego, co było nie jest taka głupia, ale powinna być poparta również badaniami na samym narządzie. mogę się założyć, że gdyby wziąć typową patolnię i prawilną rodzinkę, mózgi tych osób są w niczym nie podobne. ponieważ nie chodzi o samo myślenie czy psychikę. punktem odniesienia jest biologia. to jak to wygląda. czy łączy się tak samo, czy te same substancje są produkowane, cokolwiek. czy człowiek to nadal ten sam człowiek co my. (nabywam chyba skrzywienia zawodowego a wystarczyłoby zrobić pewnie mały research).


no i tak mi mijają dni. studia, korki, od poniedziałku dochodzi praca. czasem coś obejrzę. czytam tylko artykuły i książki związane ze studiami. nie dziwcie się, że jestem znudzony. po życiu pełnym wrażeń i ciągłych bodźców, taki spokój jest zwyczajnie dziwny. chciałbym rzucić to wszystko w cholerę, upić się i wyszaleć. wpaść w ciąg przynajmniej alkoholowy, ale chyba to już nie moja bajka.

prawda jest taka, że i tak nie wytrwam długo znudzony. coś się musi stać. i jestem ciekawy, kim wtedy będę.



co do ludzi - mimo chwilowego załamania związanego z poprzednim stanem - dalej uważam, że niczego się nie wymusi. doceniam te osoby, z którymi utrzymuję dobry kontakt, na których wiem że mogę polegać ze wzajemnością. nigdy nie myślałem, że to jest takie proste. cóż. całe życie próbowałem utrudnić sobie każdy element żywota. jeśli masz osoby, które się tobą interesują, martwią - trzymaj je blisko. żadne inne nie są nic warte. to tymczasowi przechodnie. niektórzy lubią tylko na chwilę wracać i o tym też warto pamiętać.

do tego wszystkiego tyję na potęgę i muszę coś z tym zrobić. tęsknię za kostkami. perfekcja musi być.

czwartek, 15 października 2015

brak celu w motywacji równa się załamaniu

żyję sobie. żyję sobie pomalutku i niby do przodu, ale jednocześnie jakoś tak nieskładnie i niekompletnie. coś jak przy wychodzeniu z domu, gdy nie jesteśmy pewni, czy zamknęliśmy drzwi. świadomość niepełności w tym, co robię, ciąży mi bez ustanku w tej małej głowie. chciałem sobie być, chciałem sobie tworzyć, chciałem iść jak najdalej. może tak jakby uciec w lepszego siebie... i teraz szukam pomocy w wyciąganiu mnie ze zgliszczy tej wieży, latarni morskiej która spłonęła. nie wiem, na czym to polega i przyznaję się do tej niewiedzy bez bicia. nie próbuję wmawiać nikomu (a tym bardziej samemu sobie), że ogarniam wszystkie reakcje. może to są rzeczywiście moje okresy manii i depresji, może po prostu potrzebuję zajęcia non-stop, a może po prostu szybko się nudzę i generalnie jestem beznadziejny? uwaga na to co teraz powiem. duże słowa: przez chwilę byłem nad-sobą. przekroczyłem swoje wszelakie bariery. poznałem mnóstwo ludzi, dałem się poznać jako ktoś zupełnie inny, sam ogarnąłem więcej z samym sobą niż kiedykolwiek. i teraz się wstydzę a jednocześnie tęsknymi myślami sięgam do tamtego czasu. "tamtego czasu", cholera. to było jakiś tydzień-półtorej tygodnia temu. nie rozumiem tego, jak działam. widzę jednak wyraźnie, że zaniedbałem swój rozwój wewnętrzny. udało mi się po okresie z różnymi używkami na moment odzyskać wyraźną mowę, co teraz znowu zanika mimo nie-powrotu. moje myślenie jest ograniczone. widzę to na swoich zajęciach, bo ci ludzie zdają się mieć świeżę, otwarte umysły - podczas gdy ja czuję się jak powolna mucha, która opiła się kroplami piwa ze stołu. błądzę. błądzę między sobą, między sobą którego chciałem pokazać oraz między sobą którego inni postrzegają. nie potrafię żyć jednorako. tłumaczę sobie, że to po prostu zbyt nudne, ale prawda jest taka, że nie jestem w stanie połączyć tych postaci w jedno. wszystko jest rozmazane. granic brak. teraz albo znajdę jakiś cel - kolejną rzecz, która pozytywnie mnie zmotywuje - albo znów będę na swojej autostradzie do piekła prowadzoną przez ciągłą autodestrukcję.



wracam do wszystkich swoich problemów. i pomijam tutaj ciągłe rozpatrywanie przeszłości - to tylko dowód na nieumiejętność pogodzenia się z nią przed samym sobą. ale moje ciało cierpi, moja głowa boli, nie sypiam, a jak już sypiam, to budzę się o randomowych godzinach święcie przekonany, że sen był rzeczywistością. problemy w interakcjach z ludźmi. wszystko jak zawsze. wszystko wróciło. i to jawi się przede mną niczym powroty Harry'ego Pottera do "domu" Dursleyów.

powiedziałbym: zabijcie mnie. ale obecnie każda interakcja z osobna zabija mnie po trochu. najchętniej zamknąłbym się gdzieś. pomyślał, poczytał i postarał się ułożyć na nowo ego.


co poza tym? ciekawe studia na kierunku kognitywistyki. jak słucham wykładów, wszystko jest fascynujące. szkoda, że nie umiem się potem zmusić do zainteresowania sam na sam tematem. staram się jakieś muzea odwiedzać, w jakiś wykładach pozauniwersyteckich brać udział, koncerty przeżywać. planuję teatr i kino. czytam po angielsku 'catcher in the rye' dla przypomnienia sobie języka. czeka mnie 'sto dni samotności'. a poza tym milion książek na przedmioty. seriale i filmy jakoś tam jeszcze sobie radzą - odsyłam do filmweba.

chyba tyle. idę podpisać umowę o pracę. może to mnie zmusi do działania. nie chcę tu chyba już być. to się nie kończy a ten blog tego potwierdzeniem.

niedziela, 6 września 2015

im with you tokyo blue

wraca mi wena na pisanie. nie takie blogowe a to ważniejsze i przyjemniejsze pisanie. patrzę przez okno i widzę szarpane wiatrem gałęzie rosnących w pobliżu bloku drzew. otworzyłem okno i sam czuję ten chłód. cała atmosfera jest ulubionym czasem - teraz odnajduję się, łączę, buduję więź ze światem. w końcu czuję się bezpiecznie. tak sobie myślę i myślę i myślę i nie umiem złapać myśli wiodącej, czegoś o czym mógłbym powiedzieć. to jak znalezienie się na wielkiej makiecie miasta, które raz w życiu się odwiedziło. niby widzisz gdzie jesteś (znaczek 'you're here' ci to podpowiada), ale widzisz tylko dachy budynków. niby pamiętasz co jaki miało kształt, ale tak myśląc głębiej, nie jesteś pewny, czy tak było naprawdę. niby pamiętasz całą drogę, ale wiesz, że zgubisz się po drodze z dziesięć razy. wszystko w końcu wydaje się męczące i niepotrzebne. miasto trzeba częściej odwiedzać. nie bać się pytać ludzi i przechodniów, zagadywać, poznawać. zawsze trafimy na kogoś ciekawego i, nawet jeśli więcej go nie zobaczymy, możemy być dumni. może potem miniemy go, wracając? czasem samotny spacer też jest ważny. koniec końców, bo przerosła mnie własna metafora, trzeba wiedzieć, co jest warte odwiedzenia. które punkty na mapie są ważne.


w życiu niczego nie wymusisz. nic, co nie jest ci pisane, nie przyjdzie do ciebie i nieważne jak bardzo będziesz naciskać. ludzie? ludzie działają tak samo. to jest coś czego się nauczyłem. nie ma ciśnienia na żadną interakcję. nie ma potrzeby ani sensu tworzenia czegoś między ludźmi. coś jest albo tego nie ma. proste myśli, które po latach cierpień związanych z niepotrzebnym i ślepym parciem na swoje dyrdymały, w końcu przyswoiłem. ludzie generalnie są żałośnie prości. rzygam psychicznie każdą interakcją. żeby siedzieć z nimi w ciągu dalszym muszę spożywać nad wyraz duże ilości alkoholu. na trzeźwo tej głupoty nie da się przyjąć. szkoda tylko że wtedy reaguję zbyt emocjonalnie, bo kiedyś w końcu wyrządzę komuś krzywdę. na razie obserwacja i kontrola rozmów jest realizowanym przeze mnie celem.



jestem chory, boli mnie gardło i mam katar. nie czytałem niczego od tak dawna, że mój mózg wysycha z braku potoku słów. generalnie umarłem kulturalnie. (chyba że chodzi o koncerty bo tu staram się jak mogę)! nudzi mnie to wszystko. moje własne słowa również. idę. żegnam. bez nutki, bo zapraszam po nutki na last.fm.

piątek, 31 lipca 2015

wciąż się coś czeka

nienawidzę tego stanu. nienawidzę tego stanu. nienawidzę tego stanu. po stokroć nie trzykroć.



nie wiem. całe dwa-trzy tygodnie wyjścia z poprzedniego gówna, dały mi niesamowitą energię, wiarę, nadzieję. niczym świeżo odpalona rakieta - z największa siłą wybita. wszystko wydawało się nowe - a do tego bez problemu wyznaczałem od nowa granice, co też było fascynujące na swój sposób. poznawanie innych, siebie, świata od nowa. no i wiecie: trwa to sobie, trwa i mnie zadowala. ale zawsze w którymś momencie musi opaść. zapasy energii muszą się skończyć. nie może coś cały czas rosnąć i niech nawet dnia poprzedniego cieszy mnie milion rzeczy - w tym momencie nawet najmniejsza drobnostka sprawia mi psychiczny (a niemalże i fizyczny ból) z którym uporać się nie potrafię. nie potrafię być sam. muszę mieć kogokolwiek obok. nie chodzi nawet o więź. to jakaś potrzeba rozmowy, interakcji. jeśli tego nie zrobię, jak teraz, nie mogę się oderwać od myśli. cały dzień z nimi mnie przytłacza. wszystko musi dekoncentrować mnie z poprzedniego toru myślowego. chyba od ludzi lepszym oparciem będą rzeczy. i teraz chyba skupię się na pracy. zwłaszcza że otworzyły się przede mną niesamowite wręcz możliwości. gdybym pozbył się stresu i pokazał tam siebie, jakim jestem, zajdę wysoko. i chcę by słowo “gdyby” zniknęło z mojego słownika.

nie czuję się już samotny. wiem, że mam do czego wracać. do kogo. to mnie pociesza. nie mam gdzie szukać dziury w całym. tu jest tak, jak ma być. prawda? nie spodziewam się ciebie tutaj, ale kto wie? może poczujesz się jak te kilka lat temu i znowu tu zajrzysz? warto czy nie to są słowa. wracam trochę do tego co było, ale bardziej świadomie. wiem, co robię i dlaczego. i umiem się uczyć na błędach. obiecuję. no i niech trzeźwe słowa pozostaną świętością jakkolwiek zabawnie by nie było.



znalezienie sobie kogoś? jednak się poddałem. nie potrzebuję romantycznej relacji. wszystko samo się toczy. po czasie widzę, że chciałem uciec i tylko pewna osoba by na tym ucierpiała. nie chcę już nikogo wykorzystywać. w relacjach równowaga musi być zachowana. z każdej strony. po co miałbym udawać, wpadać w wir, który byłby tak samo sztuczny jak zeszłoroczny. nieśmiale powiem, że dojrzałem pod tym względem. wiem, że druga osoba nie może być lekarstwem - ze względu na obie strony.


i tak z rozpoczętej tak bardzo negatywnie notki, przeszedłem do pewności siebie. musiałem rozpisać. udowodnić sobie pewne rzeczy poprzez napisanie ich. poza tym rozwijam się kulturalnie, jak mogę, i to też mnie umacnia. podoba mi się wracający do normy zasób słownictwa, umiejętności. czuję poruszenie intelektualne. i dni takie jak ten nie mogą mnie z tego wybić. mój cel teraz to dać z siebie jak najwięcej - ale nic własnym kosztem. rozmowy potrzebuję jak diabli. albo tak mi się wydaję, bo kiedy ową sobie wyobrażam, to mam pustkę w głowie. nie mam o czym mówić. mało skromnie, może trochę jak próżniak, ale potrzebuję zainteresowania. nie takiego, że ktoś spyta co jest. ktoś kto wie, widzi, rozumie. może lepiej ode mnie. tego potrzebuję. kopa w dupę też potrzebuję. ale powiem wam... jest w porządku. nie było lepiej od dawna.


O! ograniczyłem alkohol, więc też sukces. tylko fajki na tony mi schodzą...

Rolling eyes, forced to dream. You go.
All I want to know is how to start over again. You want it?
All I need to know is how to gain control.
The shape is old.
Oh, you sit amongst yourselves.

niedziela, 5 lipca 2015

recovery vs. relapse



niestety wszystko wróciło do swojego należytego i przypominającego huśtawkę stanu. znowu jestem rozchwiany emocjonalnie, znów czuję zbyt dosadnie, znów robię a potem myślę. czy to źle? nie wiem. na początku uważałem to za powrót do zwykłego człowieczeństwa i bardzo to doceniałem. cieszyłem się z plusów i minusów, bo było to coś, czego nie czułem od dawna. życie i jego kwestie zachwycające i przerażające robiły na mnie wrażenie porównywalne do nauki głupiego pływania czy jazdy na rowerze. teraz wiem, że to zwykły nawrót choroby w wielkim, dumnym stylu. to wydaje się śmieszne, ale chyba te pseudo-narkotyki, z którymi niegdyś miałem do czynienia, działały (mimo zabicia persony, którą byłem) trochę jak psychotropy. dawały mi pewność i stabilność. a może to nie one a ówczesna sytuacja, niezachwiana wiara - a wręcz oddawanie nabożnej czci pewnej osobie - dała mi cel i dlatego nie miałem czasu na te egzystencjalne łamigłówki? trudno stwierdzić. badam to pod każdym kątem - moja drobna specjalność.




jednak prawdą jest, że straciłem kontrolę. z jednej rzeczy w drugą. alkohol znów stał się czymś, co pomaga mi przetrwać. nie potrafię zwyczajnie doświadczać życia. potrzebuję się hajcować. potrzebuję kreować się w tym stanie. nic mi nie daje takich doświadczeń, bo tylko kiedy nie jestem sobą - wtedy mogę doświadczać. tak to widzę. a to że widzę, sprawia mi sporą zagwozdkę. to jak kontrolowany chaos. to jak coś co istnieć nie powinno. komukolwiek może się wydawać, że to proste zmienić swoje życie, nastawienie. zwłaszcza, jeśli zauważam, że nie jest to dla mnie zdrowe. niestety chyba nie. czuję się obserwatorem w tym ciele. to coś innego mną kieruje. od zawsze tak było. zbliżyłem się do swoich demonów i podałem im dłoń. nie wiedziałem, że będą chciały mnie ze sobą na zawsze.





prawda jest taka, że przestraszyłem się ostatnio siebie. mam dosyć i tego czym jestem tak samo jak innych. w porywie chwili - dnia wczorajszego - chciałem znów zrobić coś wielkiego. nie zrobiłem, dając sobie czas na myślenie. stwierdziłem, że kiedy pojawia się ta myśl po raz kolejny, muszę ją pogłaskać jak odnalezionego psa. zobaczyć, jak zmieniły go doświadczenia. czy dalej widzę w nim kompana. kilka dni bez kontaktu z nikim dobrze mi zrobi. posiedzę i pomyślę. nie ruszam fejsa, nie włączam telefonu. po prostu znikam a moje myśli może znajdą tutaj dla siebie miejsce. nie wiem, kto tu jeszcze wchodzi. nic ani nikt mnie teraz nie ruszy.


życie próbuje mnie chyba nauczyć samotności. nikt za tym wszystkim nie nadążą, nie akceptuje i nie toleruje. będę sam dla siebie. może zaraz światło wróci do mojego wnętrza. szkoda tylko że światło nie zajmuje pustej przestrzeni, która tam powstała.



I'll forget what I've done
I will be redefined
It's shaking the sky
and I'm following lightning
I'll recover if you keep me alive
don't leave me behind
can you see me I'm shining