Etykiety

wtorek, 31 grudnia 2013

2014 be good to me



chciałem napisać jakieś cholerne podsumowanie tego roku, ale sam nie wiem, od czego powinienem zacząć. pod wieloma względami był to najbardziej: chory, beznadziejny, wykańczający emocjonalnie rok w moim życiu. wiele rzeczy nie powinno było się wydarzyć. mówi się, że pewne rzeczy dzieją się po to, abyśmy wyciągnęli z nich wnioski. mój błąd polega na tym, że żadnych nauk z własnych błędów nie wyciągam, ot co. najchętniej wypisałbym tutaj najważniejsze punkty tego roku, jednak nie chcę pozwalać sobie na wypisywanie konkretnych nazwisk i imion. nie przystoi, prawda? niesamowicie cieszę się, że poznałem moje stado. moją paczkę przyjaciół. w końcu znalazłem ludzi, których naprawdę rozumiem, którzy rozumieją mnie, których uwielbiam, mogę na nich polegać z wzajemnością zresztą - po prostu taka, na wyrost nazwijmy, rodzina. to był największy sukces tego roku - zaraz po fakcie mojego istnienia ciągu dalszego. tak. wielu ludzi odeszło ode mnie, bądź przynajmniej się oddaliło. za niektórymi przeokropnie tęsknię, niektórych się boję - jednak wiem, że większość zrobiła to świadomie i wiem, że nie miałem na to wpływu. ludzie odchodzą bez względu na to, jak my się na ową sytuację zapatrujemy. dziękuję i przepraszam wszystkich. mam nadzieję, że teraz wszystko będzie szło w dobrym kierunku.

Lepiej nigdy nikomu nic nie opowiadajcie. Bo jak opowiecie – zaczniecie tęsknić. 

tego muszę zacząć się trzymać.
postanowienia? są. wiele rzeczy się zmieni, ja muszę się zmienić. wierzę, że może mi się udać. obawiam się, że skrzywdzę przy tym parę osób, ale wierzę, że mój egoizm na dłuższą metę się opłaci. nie mogę pozostać w tym samym miejscu. cóż... do zobaczenia!

piątek, 6 grudnia 2013

miasto zimniejsze od serca

burza chyba już za mną. to miasto jest zimne, wiecie? nie mówię o grudniowym chłodzie, minusowych temperaturach, wichurach czy śniegu. mówię o zimnie, którego nie da się opisać słowami. czuliście kiedyś, że nie należycie do jakiegoś miejsca? na pewno. to uczucie towarzyszy mi od dłuższego czasu. jestem tą osobą, co wiecznie stoi nie tam, gdzie trzeba. piątym kołem u wozu. mówi mi to głos. jestem nienormalny? nie wiem. nazwałem głosem to, co siedzi w mojej głowie w najgorszych emocjonalnie momentach. nieważne. czuję chłód w mojej głowie. ciemność i pustkę. nic. możecie spytać czy to jest lepsze od tego całego zamieszania, które nękało mnie przez ostatni tydzień-dwa. jednoznaczna odpowiedź jest trudna do udzielenia. uśmiecham się. sam już nie wiem, czy to wszystko się układa czy tylko odkładam nieuniknione w czasie. nie chcę zajmować tym teraz myśli. jeśli nie jestem szczęśliwy, będę grał. przedstawienie. to pewna puenta życia, tak myślę. żeby dobrze zagrać i otrzymać owacje na stojąco, gdy będziesz leżeć w drewnianym łożu trzy metry pod ziemią.

zrobiłem wiele głupich rzeczy a chciałem zrobić coś jeszcze głupszego. coś się zmienia. nadchodzi coś większego, czuję to. coś każe mi się szykować. tyle rozumiem.

nic więcej chyba nie chcę powiedzieć. słowa już nie wystarczają.

jedyne co teraz czuję to pewna samotność. cisza. melancholia. chłód.
że nikogo to nie obchodzi. bo tak jest.
i może tym razem wyjdzie mi to na dobre.

niedziela, 3 listopada 2013

co dalej?



przestałem pisać. nie umarłem niestety. dalej żyję a pytanie czy mam się dobrze, jest w chwili obecnej zbyt trudne. dlaczego tu jestem? ano prozaiczna przyczyna - potrzebuję jak zazwyczaj poukładać sobie w głowie. a mam za sobą cały miesiąc dziwnych zdarzeń i podejmowania nie najlepszych decyzji. wszystko zaczyna się robić wyjątkowo męczące, nieznośnie męczące. monotonia i skłonności samodestrukcyjne. tak mogę podsumować połowę swojego życia. coś mi nie daje spokoju. czuję, że coś jest nie tak. coś jest nie na swoim miejscu. nie wiem czy to cokolwiek zewnętrznego, czy moja głowa przestaje funkcjonować, jak trzeba. co za różnica.



szkoła. wszystko sprowadza się do tego, że przestało mnie cokolwiek obchodzić. czuję, że to wszystko nie ma znaczenia. nie potrafię się zatrzymać. nie potrafię się przystosować. siedząc tam, czuję się nie na miejscu. nie potrafię przeżyć narzuconych mi zasad. narzuconego stylu życia. nie mogę tego pojąć. powiedzcie, że szukam usprawiedliwienia na własne lenistwo. nie dbam o to. nie potrafię zrozumieć, dlaczego wszyscy zgadzają się żyć tak, jak każą im inni. coraz częściej to widzę. ślepo dążymy wyznaczonymi szlakami, bo nie da się inaczej. bo wszystko jest ustalone. mamy wyznaczone granice i normy, których nie wolno nam przekroczyć. irytuje mnie to. w tym miesiącu byłem może na połowie lekcji. jestem zdenerwowany wszystkim: począwszy od wszechobecnego bezsensu, kończąc na braku zainteresowania powszechnymi rozmowami z ludźmi. jestem wściekły na nastawienie ludzi wobec mnie - chociaż wszystko jest wyłącznie moją winą. nie wiem, co powinienem zrobić. na pewno muszę zmierzyć się z konsekwencjami i pójść do szkoły. mam mnóstwo rzeczy do nadrobienia - boję się każdego dnia. chociaż co mi grozi? jedynka? jedna, druga? nikt nie może mi zaszkodzić bardziej niż ja sam. co poza tym? korepetycje których udzielam. dwa razy w tygodniu, trzy dyszki za półtorej godziny. potrzebuję pieniędzy. potrzebuję mnóstwa pieniędzy. po prostu.



generalnie ludzie? ludzie, jak pisałem, irytują mnie. ograniczyłem się do kilku wspaniałych osób, z którymi mam ochotę teraz utrzymywać kontakt. nie potrafię wam pokazać tego, jak bardzo się cieszę, że was mam. to takie idiotyczne. mieć takich cudownych ludzi i nie umieć pokazać, jak się ich docenia. generalnie mam ochotę zamknąć się na tydzień. na wszystkich i na wszystko - a z drugiej strony wiem, że nie potrafię. samo wyjście z kimś na fajkę stało się naturalną częścią dnia. coś z tym muszę zrobić. coraz bardziej akceptuję każdą część mnie, całego siebie. wiem, że nie jestem w stanie zmienić wielu rzeczy - ba, nie chcę tego robić. kiedyś musiał nadejść ten dzień. chociaż tutaj też występuje ogromna, nazwijmy, ambiwalencja. z jednej strony akceptuję, że taki jestem. przyjmuję to do wiadomości, nie walczę z tym. z drugiej nienawidzę każdego elementu składającego się na to wielkie "ja".
 


nałogi? już przestają mi wystarczać dotychczasowe sposoby na niszczenie organizmu. cotygodniowe alkoholowe spotkania, paczka na dzień/dwa. w końcu musiało dojść do czegoś innego. bawię się. dxm, kodeina. szukam dojścia do czegoś innego, chcę coś poczuć. wszystkiego trzeba w życiu spróbować, prawda? nie wiem, jak daleko na tym zajadę, ale coraz bardziej dochodzę do wniosku, że wiem, jak skończę.



obiecywałem, że nigdy więcej o tobie nie napiszę. kłamałem. próbowałem zapomnieć, próbowałem wyprzeć te parę miesięcy życia, obwinić cię za wszystko a na końcu znienawidzić i stwierdzić że nigdy więcej nie chcę cię widzieć, nie chcę cię w swoim życiu. to było dziecinne i kłóci się ze wszystkim, co wcześniej twierdziłem. a do tego siedziało cały czas w mojej głowie. już nie wiem, co jest dobre a co złe. pewne ostatnie rozmowy i nawiązane znajomości uświadomiły mi wiele rzeczy. nie dziwię się już niczemu, co się stało - wręcz podziwiam, że trwało to tak długo. potrafię być cholernie wyczerpującym i po prostu złym człowiekiem. wyciągnę z tego wnioski. co miał na celu ten paragraf? nie jestem pewny. jeśli to będziesz czytać, może się uśmiechniesz. oboje popełniliśmy błędy, oboje zawiedliśmy. i to tak bardzo jak tylko się dało. jednak przed oczami mam nasze najlepsze momenty i to mnie trzyma na duchu.



jest teraz też ktoś inny, kto też to będzie czytać. ktoś, kto nawet nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo mi pomaga i jak bardzo się dzięki tej osobie zmieniłem w ostatnim czasie, zdaje się, na lepsze jako osoba. wiesz, że to o tobie, prawda? też widzę czasem twój uśmiech, gdy z tobą piszę. martwię się jednak. martwię o wszystko. zły początek. wygórowane wyobrażenia, które trzymały mnie w dobrym stanie przez jakieś dwa tygodnie. i ta cholerna, zdradliwa nadzieja. nigdy nie mogę być usatysfakcjonowany tym, czym mam. zależy mi. zależy mi za bardzo. i boję się, że znowu bez wzajemności, że nie podołasz moim oczekiwaniom - nie dasz rady dać tego, czego chcę i potrzebuję. o tym próbuję z tobą rozmawiać a ty zręcznie tego unikasz. więc napiszę tutaj. o co mi chodzi? że jestem okropnym człowiekiem. zaczynam się zastanawiać nad sensem. czy nie dostając, potrafię dawać? uch. na razie cieszę się, że cię mam. tylko nie mogę dopuścić do tego, że znowu zamknę się na wszystkich innych. z tej dziury nie ma ucieczki. poza tym zastanawia mnie jak bardzo podobni momentami jesteśmy. idziesz moimi szlakami, zauważasz? zamiast zdecydowanie odwieść cię od wszystkiego, powiedzieć: popatrz na mnie!, ja jakbym bezmyślnie wpychał cię dalej w to gówno. nie potrafię zrobić nic dobrze.

nie potrafiłem również przez ten miesiąc skupić się na czytaniu. kompletnie. udało mi się za to obejrzeć kilka filmów.



"Shelter". powiem krótko - akceptuję wszystko. całkiem urocza historia miłosna, gatunkowo melodramat, o dwójce młodych mężczyzn i ich miłości w ukryciu. nie potrafię powiedzieć niczego więcej.

"Przerwana lekcja muzyki". niesamowity film. przez cały czas przed oczami miałem "Lot nad kukułczym gniazdem". rola Angeliny Jolie - ekstaza. uwielbiam postacie socjopatów, manipulatorów w filmach. ich siła, magnetyzm, charyzma. idealna aktorka do idealnej roli. sam film? jak najbardziej mi się podobał. dziewczyna trafia do szpitala psychiatrycznego zdiagnozowana z pogranicznym zaburzeniem osobowości. poznaje życie na oddziale, poznaje osoby tam żyjące, stara się przystosować, pogrążając się tylko w otchłani własnej niepoczytalności. jak kończy się ta historia? to już zadanie dla każdego z was.

"500 dni miłości". może to wina wersji z lektorem, ale nie zachwyciłem się. owszem, film wywołał emocje. wiele rzeczy próbowałem przełożyć na własne życie i przygnębiło mnie to. film ogólnie zdawał się mieć, mimo komediowej oprawy, dość ponury przekaz. aktorów występujących uwielbiam. co było nie tak? nie umiem wytłumaczyć. podobno w pewnych kręgach ten film to już klasyka. nie ustosunkuję się do tego.



"Wałęsa. Człowiek nadziei". wyjście ze szkoły na film tak się właśnie kończy. nie rozumiem tego filmu. nie rozumiem, co miał pokazać. historię którą wszyscy znamy? pan wajda nie odkrył niczego nowego, nie poruszył pewnych kontrowersyjnych kwestii z życia wałęsy. poza tym konwencja: wywiad i retrospekcje. BŁAGAM, LITOŚCI! ile razy już to widzieliśmy? że wygodne? nic mnie to nie obchodzi. nie mam siły oglądać czegoś takiego. poza tym gatunek - "biograficzny, dramat". dramatem to jest to popularne polskie kino. przez 90% seansu odnosiłem wrażenie, że siedzę na pieprzonej komedii. rozumiem chęci rozluźnienia sytuacji, ale... o ludzie. to wszystko było nie na miejscu. jestem na nie, przykro mi.

"American Horror Story"! TRZECI SEZON WRESZCIE SIĘ UKAZAŁ. nawet nie wiecie, ile radości mi sprawia ten serial.

i to chyba na tyle. muszę coś ze sobą zrobić, naprawdę boję się jutra. najchętniej położyłbym się spać i spałbym przez cały tydzień. nie wiem, gdzie dążę, ale to znowu staje się silniejsze ode mnie. c'est la vie!

ograniczam jedzenie. w rok przytyłem 13 kilogramów. od trzech dni jem mniej, widzę różnicę. oby tak dalej.


Tremble for yourself, my man,
You know that you have seen this all before
Tremble Little Lion Man,
You'll never settle any of your scores
Your grace is wasted in your face,
Your boldness stands alone among the wreck
Now learn from your mother or else spend your days 
Biting your own neck

What can I do, what can I be,
When I'm with you I want to stay there
If I'm true I'll never leave
And if I do I know the way there

Ooh, then I suddenly see you,
Ooh, did I tell you I need you

Told myself that you were right for me
But felt so lonely in your company
But that was love and it's an ache I still remember
 (...)
But you didn't have to cut me off
Make out like it never happened
And that we were nothing
I don't even need your love
But you treat me like a stranger
And that feels so rough

piątek, 4 października 2013

hollow




Żyję. Nie do końca łapę to wszystko, co się wokół mnie dzieje. Nie do końca rozumiem, co się z samym mną dzieje. Poza momentami, gdy zaczynam mówić jak psychopata albo gdy pozwalam swojej głowie na samowolę, a ona galopuje w otchłań, czuję się w porządku. Próbuję znaleźć sobie jakieś zajęcie. Nie prę na siłę do przodu, nie ma sensu przyspieszać biegu rzeczy. Po prostu posuwam się wolnym krokiem w jakimś bliżej nieokreślonym kierunku. Dzisiaj urodziny. Szalona siedemnastka. Przez ten jeden rok zmieniło się praktycznie wszystko w moim życiu. Na lepsze? Nie oceniam. Cieszę się i nie żałuję chyba niczego. No dobra... jest parę rzeczy. Ale myślę, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Jedynym właściwym, tak?



Pierwsze źródło zarobku. Korepetycje. Dwa półtoragodzinne spotkania po trzy dyszki jedno. Sześć dych na tydzień. Niezła opcja chyba, nie? Do tego dojdą jeszcze moje korki z matmy i tak okazuje się, że mam coraz mniej czasu na zapadanie się w sobie. Jest metoda w tym szaleństwie.



Ludzie. Bez zmian. Chcę odzyskać, co straciłem przez własną głupotę. Chcę mieć dobry kontakt z ludźmi, na których kiedykolwiek mi zależało. Muszę stać się lepszym człowiekiem. Wraca mi mania perfekcji. Cały ten stres kumuluję się w takich moich odchyleniach, potęgując je. Kolejne spostrzeżenie. Martwi mnie, że mam chwilowe załamanie związane ze szkołą. Potrzebuję ogarnąć rozszerzoną matematykę, bo jak tak dalej pójdzie, to zejdę poniżej 50% frekwencji na owych lekcjach. Jestem tępakiem jakich mało.



Cortazar się czyta. 'Shelter' obejrzany. Jutro czas się napić.

 Ta mini-notka miała być dodana wczoraj w nocy. Dzisiaj czas się napić, czekam. Doszły kolejne korki. Godzinka za dwie dyszki w czwartek. Idealnie. Matematyka z dwunastolatką. Życzcie szczęścia. Grafomania. To jednak jest grafomania.

Please won't you push me for the last time,
Let's scream until there's nothing left
So sick of playing, I don't want this anymore.
The thought of you is no fucking fun.
You want a martyr, I'll be one because enough's enough,
We're done.

You told me 'think about it', well I did.
Now I don't wanna feel a thing anymore.
I'm tired of begging for the things that I want,
I'm over sleeping like a dog on the floor.

You make me sick, I make it worse by drinking late.

Imagine living like a king someday.
A single night without a ghost in the walls.



 You will always be the one
To take another piece of me
I will always be the one
To let you break me down 


poniedziałek, 30 września 2013

what do you want from me?

Notka za notką - że grafomania? Nie, po prostu mam wielką ochotę pisać. Tak w sumie to mam wielką ochotę na wiele rzeczy. Na przykład teraz mam ochotę rysować, co zresztą zaraz zamierzam robić. Mam ochotę na weselszą muzykę. Mam ochotę na bycie pilnym uczniem. Mam ochotę się uśmiechać od ucha do ucha. Mam ochotę poćwiczyć. Mam ochotę schudnąć do wagi styczniowej, 54 kg czekają. Mam ochotę dużo rzeczy zmienić. Przynajmniej te rzeczy, na które mam wpływ. Życie jakoś idzie dalej a ja nie mam ochoty się więcej zatrzymywać i myśleć nad każdym popełnionym błędem. Jest tak w porządku, jak już dawno nie było. Nawet jeśli nie, to będę to sobie wmawiał, aż sam uwierzę. Tymczasowa mania? Nie wiem. Wszystko jakoś się układa i, myśląc logicznie, nie mam powodów do narzekań. Werterowskie zapędy muszą poczekać na gorszy moment w moim życiu. Poza tym dochodzę do wniosku, że uwielbiam ludzi, którymi się otaczam - każda mnie w jakiś sposób inspiruje, jest na swój sposób fascynująca. Nie wybieram przypadkowych osób, uch. Cały czas pisałem, że na gwałt potrzebuję "tej jedynej, tego jedynego". Gówno prawda. Sam sobie świetnie radzę i jakoś to do mnie dociera. Mam ochotę skupić się tylko na sobie, znaleźć dla siebie jakieś zajęcie. Tęsknię za tym uczuciem. Nie będę poświęcać się dla nikogo, kto nie poświęca się dla mnie - takie postanowienie. Obym wytrzymał.



"Opowiadania cz.1" Cortazara - dzięki uprzejmości kochanej Ani - czekają koło łóżka. Po rysowaniu nadejdzie czas czytania. Przed wakacjami miałem wielkie plany - nadrobić książki i filmy. Zawsze "jarała mnie" możliwość bycia oczytanym człowiekiem. Uczucie jakiejś wyższości. Kulturalny człowiek, nie wiem, czy rozumiecie to skrzywienie. Znaleźć znowu kogoś, z kim połączy mnie więź nie tyle emocjonalna, co umysłowa: przekonania, gust i po części tok myślenia. To takie moje - może nie tyle marzenie - a zadanie na najbliższy czas. Tęsknię. Pod wpływem emocji stałem się po prostu głupszy, ograniczony. Moje myśli pochłonięte były tą przyziemnością, fizycznością. Trzeba znaleźć złoty środek. Wierzę, że jestem na dobrej drodze.

Obejrzałem "Rzeź" Polańskiego. Adaptacja sztuki teatralnej... zaskakuje! Rodzice dwóch par spotykają się w celu omówienia sprawy pobicia syna jednej z rodzin przez latorośl drugiej. Początkowo zdystansowana, grzeczna, zachowawcza rozmowa przemienia się w zajadłą kłótnię, otwartą konfrontację. Wszyscy szybko zrzucają narzucone przez społeczeństwo maski i pokazują swój charakterek. Zaskakujące jak ta lekka wymiana zdań szybko przeradza się wręcz w tytułową rzeź. Akcja całego filmu ma miejsce w mieszkaniu. Da się? Da się. Film korzysta jak może i z warsztatu aktorskiego, i z możliwości scenografii. Zaskakujący - myślę, że to naprawdę dobre określenie tego filmu. Ironiczny komentarz do współczesnej kultury zachodniej. Cięty język bohaterów w połączeniu z różnicami ideologicznymi są mieszanką wybuchową. Jest to pewna puenta absurdów rzeczywistości. Szkoda że film trwa tylko 80 minut. Akcja rozkręca się, rozkręca i widz jest ciekawy, co dalej bohaterowie poczną, jednocześnie zostając z niczym. Jak zwykle nie chcąc zdradzać fabuły, rzucę tylko: przed ekrany!

You're not crying, this is blood all over me
And I'll love you, if you let me
And I'll love you, if you won't make me starve

I don't wanna fight for it all
Have to get it where we fall
 

And I crash and I burn
And I toss and I turn.

I belong to you.

You provoked and you broke
All my dreams and my hope.

And I'm sitting still.

I feel trapped and alone
I thank God you are gone.

I sleep better now.

I feel free and I see
What you are without me.

I'm alive again.

I only wanted you to know
That I never wanted you to go.

I know I was
Everything you're not supposed to be
To someone that you love.

niedziela, 29 września 2013

everyone's crying







Niedziela. Ewidentnie najgorszy, najbardziej męczący, najbardziej przytłaczający dzień tygodnia. Jedyne, o czym potrafię myśleć, to jutrzejszy obowiązek pójścia do szkoły. Kolejny tydzień do przeżycia. Kolejny tydzień uśmiechania się, sprawiania dobrego wrażenia, dalszego starania się o oceny, które i tak na dłuższą metę mnie nie obchodzą. Nie czujecie się tym znudzeni? Monotonia dnia codziennego. Rok szkolny zaczął się na dobre i wróciliśmy do szarej rzeczywistości. Wstać, pójść do szkoły, wrócić, spać. W międzyczasie coś zjeść i może pouczyć się jeszcze więcej. Nie wiem, co jest ze mną nie tak, ale wykańcza mnie taki tryb życia. Nie potrafię się pogodzić z narzuconymi zasadami. Rebel without a cause. Kurde. Choć w pewnym sensie ten tydzień będzie nieco inny. Jeden na pozór ważny dzień. Czwartek. Trzeci październik. Cholerne urodziny. Rzygać mi się chce.


Oceny dalej niezłe, pierwszy dzień szkolny opuszczony. W tym tygodniu chyba lekki zapieprz i boję się sprawdzać, co mam do zrobienia. Nieważne. Biorę się za robotę, wiecie? Stwierdziłem, że będę potrzebować pieniędzy na własne wydatki (czyt. pewnie na fajki) oraz muszę zacząć odkładać na koncerty (Woodkid w grudniu, może ktoś się wybiera?:))). Co w związku z tym? Co zamierzam robić? Udzielanie korepetycji. Dzisiaj mam się skontaktować z kobietą i jej dziesięcioletnim dzieckiem w sprawie korepetycji z angielskiego. Zaproponowała mi dwie godziny tygodniowo po piętnaście złotych. Nie jest źle - zawsze coś. Boję się tylko o moje zdolności społeczne i jak to będzie wyglądać. Na razie nie mam odwagi wziąć telefonu do ręki, więc wspaniale zaczynam. Ech. Mimo to... jakiś postęp! Może skończę z tą cholerną prokrascynacją? Poza tym myślę poważnie nad wizytą u doradcy zawodowego. Psychologa dalej się boję.



W ciągu dalszym obowiązuje mnie szlaban za sobotę. Szlag. Mnie. Trafia. Nie chodzi nawet o to, że nie mogę się spotkać z nikim. Po prostu czuję potrzebę wyjścia z tego domu, pospacerowania w samotności, zapalenia papierosa. Czuję się ograniczony. Nienawidzę tego uczucia. Dzisiaj z rana kawa i fajka - udało się, był wolny dom. I chwała im za to wyjście.

Głowa? Ambiwalencji ciąg dalszy. Coraz częściej zaczynam wierzyć w swoje okresy manii i depresji. Znowu wchodzę w ten pierwszy. Czuję, że mam energię na mnóstwo rzeczy, że mogę zrobić wszystko. Nic mnie nie ogranicza oprócz mnie samego. Macie też tak czasem? Czuję się lepszy, zdrowszy, silniejszy. A za parę dni to wszystko się rozpłynie a ja zostanę w ciemności. Trzeba korzystać. Wczorajsza rozmowa trochę mi uświadomiła. Przede wszystkim naprawdę boję się, że momentami brzmię jak psychopata. Uświadomiła mi, jak niebezpieczny jest ten okres depresji. Naprawdę jestem w stanie zrobić sobie coś złego. Nie panuję nad tym. Już teraz miałem plan na wszystko. Wystarczyło popaść tylko odrobinę głębiej w ten obłęd. Martwi mnie to. Potrzebuję porozmawiać z kimś, kto naprawdę chce pomóc. Potrzebuję wiary. Szlag.


Znowu to samo. Jestem prawdopodobnie skazany na to nieszczęście, ojej. O ile z Tobą sprawę wydaje mi się, że zamknąłem - przynajmniej w tej bardziej emocjonalnej kwestii, to dalej chciałbym widzieć w tobie przyjaciela... cokolwiek. Nieważne. Pojawiła się w międzyczasie sprawa inna, osoba inna. I wiecie co? Nie zgadniecie. Znowu prawdopodobnie źle odczytałem sygnały. Zabolało. Czuję się nieco zagubiony i już czuję, jak tracę zainteresowanie. Śmiesznie. Zabawnie. Ironicznie. Myślę, że powinienem się uspokoić. Poczekać aż pojawi się ktoś naprawdę warty zainteresowania, kto sam się zainteresuje. Jestem pazerny na uwagę. Nie powinienem trzymać się kogoś dlatego, że czuję się samotny. Nie tak to działa, cholera.


Obejrzałem "Polowanie". Film opowiada o historii człowieka pracującego w pewnym skandynawskim przedszkolu. Wszystko mu się zaczyna układać po rozwodzie z żoną. Znajduje pracę, zdobywa uznanie mieszkańców wioski, jego syn dostał zgodę na zamieszkanie z nim, znajduje sobie kobietę... sielanka, nie? Do dnia kiedy pewna dziewczynka po nieodwzajemnionym uczuciu postanawia skłamać. Wiecie, że w krajach skandynawskich pedofilia jest wyjątkowo ciężkim tematem, prawda? Kraje te mają sprecyzowane procedury względem takich problemów. I w tym oto filmie dostajemy historię odrzucenia człowieka. Widzimy, jak łatwo jest powiesić na kimś psy, jak prosto zniszczyć kogoś mentalnie. Widzimy, że dzieci nie zawsze mówią prawdę. Kłamstwo może zabrnąć naprawdę daleko. Nie wiem, jak miałbym was zachęcić do obejrzenia tego filmu. Nie był to seans łatwy. Zachwycony może też nie jestem. Jednakże... warto poświęcić te dwie godziny i spróbować zmierzyć się z pewnymi problemami.



Książki? Nie potrafię się zmusić do poświęcenia uwagi tekstowi, który czytam. A do tego muszę przeczytać 'Hunger Games' w oryginalnym wydaniu. Sama myśl mnie męczy.

Muzyczne odkrycie! The Dumplings! Klikajcie i słuchajcie. Młodziutcy - dalej nie wiem, w jakim są wieku - z Polski, cudowni, ambitni, niesamowici. Powiew świeżości, brak patosu w tekstach, minimalizm, lekka elektronika. Zakochałem się, przyrzekam. W głosie, słowach, muzyce. Jest nadzieja dla polskiego rynku muzycznego.

Czytam stare notki. Jestem cholernym hipokrytą w pewnym sensie. Wszystko, co mówiłem, było gówno warte. Nigdy nie byłem gotowy pogodzić się z pewnymi rzeczami. Nigdy nic do mnie nie docierało. Jestem chujowym człowiekiem dla każdego, z kim jestem blisko.


'I never said we was equal
I never wished to be saved
If I’m a problem then preach on?
Let’s dig a little grave

I’m gonna take you for worse or better
I’m gonna make you for worse or better'

'All I was complain
And worry about the things that ain't even there
You may find it funny(...)

I wasn't able to make you stay, hey
Just make you happy, but I
I couldn't make you feel it every day'

'Made a mistake, I made a mistake
I wear the scars to show my shame(...)
What should I do, what should I do
When I'm the one who can't get through?'

'Never mind
I'll find someone like you
I wish nothing but the best for you too
Don't forget me'

wtorek, 24 września 2013

gone


  • nie mam siły składać nawet jakichś rozbudowanych zdań, pierdolę to.
  • najbardziej ambiwalentny moment w moim życiu. nienawidzę siebie, jestem wkurwiony, chce mi się płakać, myśli o obiecanym sobie akcie desperacji włączyły się już ostatecznie w porządek dzienny. równocześnie jestem szczęśliwy dla ciebie, optymistycznie nastawiony do przyszłości, świadom że stałem się lepszy i mocniejszy, że najlepsze przede mną. przewaga pierwszego dawała się jednak dzisiaj we znaki.
  • myślę, że czeka mnie rozmowa z pewną osobą. zaczynam kogoś lubić. serio lubić. nie chcę powtarzać starych błędów. muszę wiedzieć, czy jest w ogóle co zaczynać. 

  • skończyłem serial 'Hannibal' - genialny. czekam na drugi sezon. (AHS już niedługo!)
  • nie mam kompletnie na nic siły. czuję się tym wszystkim wyczerpany psychicznie i fizycznie. przytłacza mnie, jak jedna myśl może rozjebać mi głowę niczym w reakcji łańcuchowej, pociągając za sobą cały umysł. tak jak teraz.


chuj. boli mnie głowa. wszystko mnie boli. dramatyzuję jak zwykle, ale muszę się chociaż w ten sposób oczyścić. muszę dać wszystkiemu czas, muszę zapomnieć. muszę pozbyć się niepotrzebnych emocji, ulokować to wszystko w bezpiecznej otchłani mojej głowy. próbuję poukładać to sobie. powoli to robię. czuję, że jest inaczej - wciąż prześladowany gdybaniem, co by było gdyby a jednocześnie patrzący odważnie w przyszłość. bardziej lub mniej przyjemną. płynąc z prądem, czekam na to, co się wydarzy dalej. chcę uwierzyć, że jeśli było dobrze, to nie zginie. nie przepadnie na dobre. zagubi się, zniknie, przygaśnie by potem na powrót zalśnić, tak? mam teraz czas na ponowne odkrycie siebie. na zrozumienie popełnionych błędów, na okiełznanie obłędu. nie mogę bać się świata i ze spokojem muszę patrzeć na przeszłość. to nie powinno boleć. nie powinno się żałować tego, co kiedyś uczyniło nas szczęśliwymi. powinienem pozwolić sobie na dialog z samym sobą, na zimną analizę bez cienia emocji. nie ma innego wyjścia, jeśli nie chcę się jeszcze pogrążyć w tym szaleństwie. myślę, że muszę się rozchorować. chcę spędzić czas sam ze sobą. we własnym pokoju, pod kocem, z herbatą i zeszytem. tak, chciałbym znowu zacząć pisać. brakuje mi tego - czuję się kompletnym debilem, idiotą, przygłupem. a zawsze wierzyłem, że chociaż to potrafię w jakimś stopniu robić. poza tym może niedługo przestanę mieć sny. niepokojące wizje i rzeczy, które się zdarzyły a teraz wracają w bolesnych wspomnieniach. kurde. chciałbym móc powiedzieć, że dojrzałem. widzę infantylność swoich zachowań. to nie jest tak, że oskarżam wszystkich w koło a sam jestem bez winy, nie muszę chyba tego tłumaczyć. niedorzeczne było wierzenie, że nic się nie zmieni, że zawsze będzie tak dobrze. nigdy nie jest. teraz też nie będzie, niech nikt się nie łudzi. muszę popatrzeć na wszystko szerzej. muszę znaleźć motywację i przestać prokrastynować. pomimo ostatniej izolacji mówiłem, że poznaję mnóstwo ludzi. te kilka osób z którymi rozmawiam, jestem nieco bliżej, pomagają mi na wszystko spojrzeć z innej perspektywy. uczą mnie czegoś. zresztą... co by nie mówić, ty też mnie czegoś nauczyłeś, przede wszystkim ty. zmieniłeś mnie na zawsze. gdy tak o tym myślę, to czuję, że potrzebowałem, żeby to się w końcu wydarzyło. potrzebowałem impulsu, który mnie poruszy w którąkolwiek stronę. jeszcze nie wiem, dokąd zmierzam, ale czuję ruch, zachwianie - i fascynuje mnie to. muszę docenić to, co miałem. muszę nauczyć się doceniać, nauczyć się satysfakcji. nie mówię, że wszystko zrozumiem. nie mówię, że nie będę tęsknić za wszystkimi chwilami, że nie będę mieć tego wszystkiego w pamięci, że nie będę rozmyślać, ile rzeczy zrobiłbym inaczej. ale na tym chyba polega nabywanie doświadczeń. wszystko, co przeżywamy ma nas czegoś nauczyć. oboje staliśmy się innymi ludźmi, jednak chciałbym to wszystko zobaczyć z twojej perspektywy. dam sobie czas. na dialog trzeba poczekać. w powietrzu wisi zbyt dużo niewypowiedzianych skarg, oskarżeń, win. a to już przecież nie ma znaczenia...



sam nie jestem pewny, czy wierzę, co mówię. od rana jadę na tabletkach, trochę mnie to przeraża. noc będzie straszna, czuję to. byle do jutra. byle do weekendu. byle do końca.
There's all these secrets that I can't keep
Like in my heart there's that hotel suite
And you lived there so long
It's kind of strange now you're gone

Told me she’s leaving this town
Says she needs time to explore
She said I can’t love her no more

So if I survive then I'll see you tomorrow
Yea I'll see you tomorrow...

Broken bottles in the hotel lobby
Seems to me like I'm just scared of never feeling it again
I know it's crazy to believe in silly things
But it's not that easy