Etykiety

poniedziałek, 6 maja 2013

werteryzm

jestem pierdolonym werterem dwudziestego pierwszego wieku. jednym z wielu romantycznych “pierdół”, które nie potrafią funkcjonować jak normalne jednostki. niezgodność chorobliwego dążenia do spełnienia nieosiągalnych wyobrażeń i marzeń z rzeczywistością prowadzi do zamętu emocjonalnego i psychicznego. brak umiejętności kontrolowania własnych namiętności oraz brak zwykłego opanowania sprowadzają mnie na drogę samodestrukcji. jedyną drogą ucieczki wydaje się być samobójstwo. nie przejawiam chęci szukania innego rozwiązania. melancholia i poczucie winy towarzyszą darzeniu uczuciem osoby, której i tak nie mogę mieć. wszystko kończy się na nieuleczalnym cierpieniu. staję się ofiarą własnych wyobrażeń, oczekiwań i złudzeń oraz zwykłej banalnej codzienności. nie doceniam rzeczywistości, zwykłego życia społecznego, praktycznego działania. bierność wobec otaczającego świata prowadzi do powolnego egocentryzmu, zamykaniu się we własnej głowie. zmuszam się do dbania o każdy szczegół, do rozpamiętywania najmniejszej drobnostki. konflikt między wyobrażeniami a rzeczywistością staje się śmiertelnym kamieniem u szyi. zamiast realizować swoje wiecznie górnolotne ambicje, pozostawiam wszystko w sferze marzeń. nie wszystko łączy się z cierpieniem. chwile uniesienia, szczęścia często przeobrażają się w czystą ekstazę. odizolowanie siebie samego od świata sprawia, że to uczucie potrafi zostać spotęgowane do górnych granic. skrajności są cechą charakterystyczną tego stanu. zdaję sobie sprawę, że w chwilach największej radości rozpacz czeka tuż za rogiem. czuję wieczne poczucie winy na tle rodzinnym i osobistym. czuję się kulą u nogi. zresztą…

co ty powiesz? ile w tobie jest z wertera?


I want you
You've had your fun you don't get well no more
I want you
Your fingernails go dragging down the wall
I want you
I woke up and one of us was crying
I want you
You said "little girl I do believe you're dying"
I want you
If you need a second opinion as you seem to do these days
You can look in my eyes and you can count the ways
I want you
(...)
I want you
I'm going to say it once again 'til I instill it
I know I'm going to feel this way until you kill it

niedziela, 5 maja 2013

kocham, więc umrę

Majówka. Te pięć dni było... specyficzne. Trochę się wydarzyło, trochę zmieniło, trochę zepsuło. Koniec końców mam nadzieję niczego nie żałować. Czas wykorzystałem, wydaje się, naprawdę dobrze. Odpocząłem, a chyba o to chodziło, prawda? Czas spędziłem ze wspaniałymi ludźmi - poznałem nawet kilka nowych duszyczek. Byłem uczestnikiem sosnowieckiego May Day. Śląska niszowa muzyka jest... ciekawa. Warte przesłuchania - choćby raz i tylko z ciekawości. Wschodzący artyści mają co nieco do zaoferowania. ta płyta.

W ostatnim poście byłem jeszcze chory. Ludzie... nawet nie wiecie, jak niesamowicie zacząłem doceniać swój sen. To niesamowite uczucie, móc położyć się i zwyczajnie usnąć, spać, odpocząć - bez co najmniej dwugodzinnego koncertu górnych dróg oddechowych. Zdrów. Wreszcie. Jaram się jak cholera. Dobre wyczucie czasu, heh. Teraz byle żeby być zdrowym do jesieni. Niczego więcej nie chcę od swojego organizmu. Naprawdę.




Kocham więc umrę. Dotarliśmy do punktu, gdzie dla wspólnego dobra powinienem cię zostawić i skąd oboje wiemy, że nie jestem dość silny by to zrobić, huh. Wydaje mi się, że przez te parę dni coś się zmieniło i sam nie wiem, jak to powinienem odebrać. Wydaje mi się, że nigdy nie czułem się przy tobie tak komfortowo jak teraz a jednocześnie czuję wstyd podczas samego patrzenia na twoją twarz. To że ty wiesz i możesz zrobić ze mną, co zechcesz, momentami zwyczajnie mnie przeraża. Nieważne. Mam niesamowity rozpierdol w głowie - uwierzcie, że nigdy takiego nie miałem. Nigdy do tego stopnia. You made me go mad. Ambiwalentność. Pasuje mi ta relacja mimo wszelkich obaw. I na tym przerwijmy. Dopóki ty tego nie skończysz, ja na pewno tego nie zrobię. Słodko.


Dzisiaj mam plan skończyć 'Perks of Being a Wallflower'. Jeśli mi się uda, to jutro napiszę na ten temat krótką notkę. Mam motywację do "Roku 1984". Uch.


Filmy. Nic. Przykro mi, ale pomimo posiadania pięciu dni wolnego nie udało mi się obejrzeć niczego. Chociaż mogę napisać o krótkometrażowej animacji, która przedwczoraj mnie pozytywnie zaskoczyła. Mowa tu konkretnie o "Millhaven". Obejrzyjcie. Już? Gotowi? I jak wasze głowy? Coś niesamowitego. Doświadczenia audiowizualne - nieziemskie. Zawsze przesadzam z górnolotnością słów, ale nie możecie chyba zaprzeczyć, że jest to coś wyjątkowego. Animacja, wokal Katarzyny Groniec, interpretacja tekstu. Sam nie wiem, co do tego mogę dodać. Było to coś nowego. Mile spędzone siedem minut. Ktoś podzieli moje zdanie? Komuś jeszcze przypomina to klimat Edgara Allana Poe?

Tradycyjnie niedziela. Jutro w końcu powinienem napisać wos. I chyba czeka mnie problem z chemią. Cholerka. Zmuście mnie do nauki. Po prostu to zróbcie.



'Cos I love you
Is there anything I could do
Just to get some attention from you?
Cause baby we were born to live fast and die young,
Born to be bad, have fun,
Honey, you and me can be one,
Just believe, come on.
If you love me hardcore, then don't walk away,
It's a game boy,
I don't wanna play,
I just wanna be your's,
Like I always say,
Never let me go. 

niedziela, 28 kwietnia 2013

a ty kim? kim dla mnie mógłbyś być?

Kolejny tydzień za nami. Inaczej: następne siedem dni nicnierobienia minęły tak, jakby ich w ogóle nie było. Jakby nic się nie wydarzyło. Wszystko, co ma znaczenie jednego dnia, po tygodniu jest tylko gówno wartym wspomnieniem. Głębokie, nie? Staram się, cholera. Czas ucieka, biegnie, pędzi. A ja? A ja próbuję nadążyć. Nigdy nie byłem dobry w biegach, chyba wspominałem. - Puenta? Brak. Poczujcie przez chwilę klimat mojej głowy. Wszystko - nic. Nieważne.


Niespodzianka - dalej kaszlę. Dalej śpię po trzy do pięciu godzin dziennie. Dalej chodzę nieżywy. "Brainless zombie" zobowiązuje. Miło by było, gdybym wyzdrowiał do majówki, ale to tylko płonne nadzieje. Piszę ten akapit, przerywając trzeci raz, aby się wykaszleć. "Nieważne" po raz drugi.

Utrzymując formę wszystkich postów, musiałbym pisać teraz o swoim światku. O tak zwanym życiu towarzyskim - ewentualnie emocjonalnym. Moje piekiełko, o. Myślę, że gdybym to zrobił, wyszedłbym na jeszcze bardziej niedojrzałego szczeniaka, czego i tak ostatecznie nie uniknę. Zresztą nasza komunikacja pod tym względem nie wygląda zbyt dobrze, więc co mi zostało. "Rozmawialiśmy", tak? Możemy to chyba nazwać rozmową, choć monolog bardziej odpowiadałby prawdzie. Nie oczekiwałem niczego, ale nie spodziewałem się, że dostanę to dosłownie. Wszystko w moich rękach, a ty się dostosujesz. Tak to na razie wygląda. Powiedziałem ci o obojętności. Usłyszałem zaprzeczenie. Nie powinienem prosić o więcej. Tajemniczo. Wybaczcie czytelnicy, ale chcę, żeby ta osoba była świadoma pewnych rozterek. Wiem, jakie to musi być irytujące dla ciebie. Uch. Czy mnie satysfakcjonuje ta sytuacja? Nie odpowiedziałem. Roześmiałem się z kuriozalności sytuacji. Tak. Satysfakcjonuje. Z pewnością mogę powiedzieć, że będzie bolało. Ale to nic z możliwością kompletnej utraty kontaktu, tak? I na tym skończę. Nie wiem, czy uda nam się w końcu porozmawiać do końca. Tak naprawdę... wątpię, czy jest o czym. W końcu niczego nowego nie usłyszę. I tak jestem szczęśliwy, że jest, jak jest. Chcę tylko, żeby ta osoba też była szczęśliwa. Cóż. Żałośnie razy milion. Tumblr zaprasza.



Książki? Dalej 'Perks of being a wallflower' oraz "Rok 1984". Jakoś idą. Nie mam ochoty na czytanie.


Film - uwaga!- aż jeden. Za to jaki! "Lot nad kukułczym gniazdem". Klasyka kina. Mistrzostwo w czystej postaci, cóż rzec więcej? Od początku do końca zostałem przez tą opowieść wciągnięty. Fascynuje mnie też mnogość możliwości, jakie oferuje podczas odbioru dzieła. Czy traktować film jako zwykłą rozrywkę - rozkoszować się historią - czy doszukiwać alegorii? Oddział psychiatryczny z oddziałową jako metafora systemu totalitarnego? McMurphy jako jednostka walcząca z systemem? A może to była krytyka freudowskich metod leczenia wykorzystywanych w czasie akcji filmu? Każdy znajdzie swoją wersję. Kto nie oglądał, marsz przed ekrany! Świetnie wykorzystane dwie godziny niedzieli przed wami.


Post w sobotę. Jakoś mało ciekawie dzisiaj było. *łezka*

+ łał, udało się przekroczyć magiczną granicę tysiąca wejść. szaleństwo.

Wiem potrzebujesz tego czego ja
Nigdy mogę Ci nie dać
Nie dlatego, że nie chcę Ci dać
A dlatego, że sam tego nie mam
Najgorsze jest jednak to
Twoje rozczarowanie
Wiem zapomniałem Ci powiedzieć, że
Jestem zakochany
Więc lepiej mnie zabij
Wyrzuć z pamięci
Lepiej odejdź, pozwól mi odejść
Lepiej zapomnij
Pozwól zapomnieć
Lepiej daj mi następną szansę 
You may be lost in more ways than one
But I have a feeling that it's more fun
Than knowing exactly where you are

niedziela, 21 kwietnia 2013

bulimiczne serce

Here we go again. Mamy wspaniałą, ciepłą niedzielę pełną słońca i wszędobylskich "zjebów", chlejących od rana piwo w parku. Czego chcieć więcej od życia? Jedni grają, drudzy piszą, a trzeci... no cóż. Mają swoje sposoby na spędzanie czasu - dostosowane do ich własnego poziomu. Nietolerancyjny ja, szlag by to. Przed nami ostatni tydzień kwietna - dzisiaj zdałem sobie sprawę, jak bardzo mnie to przeraża. Zbliżają się wakacje - okej, tylko się cieszyć - ale jednocześnie zbliża się koniec roku szkolnego. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak bardzo można spieprzyć w ciągu semestru swoje oceny. Jeśli wyjdę na jakieś 3.5 to chyba będę płakał ze szczęścia. Takie ambicje. Poznajecie mnie? Wy, czytający notki od przynajmniej roku? No tak. Ambicje odeszły razem z wieloma innymi aspektami mojego życia. Wiecie, zdarza się. Wierzę, że to tylko pierwszy rok. Wszystko się zmieni. Wszystko jeszcze będzie cudowne. Doczekam się swojego momentu. Czuję, że się powtarzam, ale na gwałt potrzebuję motywacji. Motywacji żeby wreszcie coś zrobić. Nie wiem, czego dokładnie oczekuję. Nie wiem, co mam zrobić. "Weź się za robotę" - słyszę codziennie. Gdyby tylko to było tak cholernie proste.


Dalej jestem chory. Antybiotyk się skończył, zostałem przy inhalacjach. Czuję, że powinienem porzucić na jakiś czas swój nałóg a jednocześnie wiem, że nie chcę tego robić. Zauważyłem, że w pewnych momentach papierosy są ostatnią rzeczą utrzymującą mnie przy zdrowych zmysłach. Uzależnienie psychiczne. Nie dbam o to. Nikt o to nie dba, więc czemu sam miałbym? Kiedyś wyzdrowieję.

Miałem jechać w tę niedzielę do Warszawy na finał konkursu ortograficznego, prawda? Gówno. Nie wiem, która idiotka podejmowała ostatnie decyzje, ale sytuacja osiągnęła pewne apogeum groteski. Nie zostaniemy wysłani, bo szkoła nie ma na to pieniędzy. Ta sama szkoła, która co miesiąc kupuje co najmniej dwa-trzy nowe sprzęty RTV. Ta sama szkoła, która promuje się na całym Śląsku, jakby osiągali nie wiadomo jakie sukcesy i cholera wie, co tak wspaniałego oferowali. Poza tym - wystarczyłaby chwila refleksji - mogliśmy sami sobie za te bilety zapłacić. Nie sądzę, żeby ktokolwiek narzekał. Ale nie! Dyktando piszemy w piątek w szkole. Brawo! :)

Wracając do uzależnień. Muszę chyba dokładnie przemyśleć swoje priorytety względem innych. Znowu. Aż do teraz twierdziłem, że wszystko jest cudowne i idzie w dobrym kierunku. Zaczynam jednak układać sobie w głowie to, co się działo. Jestem specyficznym człowiekiem - zresztą jak każdy, tak? Wspominałem jakiś miesiąc temu, że za szybko przywiązuję się do ludzi. To prawda. Przywiązuję się do nich, jestem zazdrosny, najchętniej miałbym ich na wyłączność. Wybieram pojedyncze jednostki, z którymi wiem, że jestem w stanie nawiązać kontakt. Soulmates, huh? Nie chcę brzmieć jeszcze bardziej infantylnie, niż dotychczas to robiłem, ale... to w jakiś sposób boli, gdy wiesz, że te emocje są zwyczajnie nieodwzajemnione, tak? Kiedy zdajesz sobie sprawę, że dla kogoś jesteś tylko kolejnym znajomym, kolejnym punktem, kolejnym przystankiem. Jestem tak zapatrzony w siebie, że nie potrafię tego znieść. Śmieszne zdanie, ale potrzebuję czuć się potrzebny. Nic więcej. I nie chcę być znajomym od jednego tematu. Żałuję, że jedyne, co potrafię zrobić, to o tym pisać. Żałosne. Dramatyczny ja jak zawsze. Chcecie dramatu? Zapraszam na tumblra. Wielu osobom po tej wizycie może rozjaśniłoby się na mój temat w głowie. Idę na łatwiznę. Uch.

Nigdy nie starałem się utrzymywać zbyt wielu znajomości - wolę zamknięte grona ludzi, gdzie wiem, że każdego znam, a co za tym idzie, nikt mnie niczym nie zaskoczy. Żadna nowość. Dalej jestem ograniczony do pewnej grupki ludzi. Może myślę bardziej otwarcie, czasem mam ochotę poznać kogoś bliżej - ale czy to cokolwiek zmienia? Nie wiem, czy warto stawiać na innych ludzi. Nie wiem, czy warto kłamać innych że się ich lubi, gdy tak naprawdę nie ma się ochoty z nimi rozmawiać. Po co? Dla dobrego wrażenia? Dla korzyści? Nie chce mi się już w to chyba bawić. Z tym też coś trzeba zrobić. Pisząc to, uśmiecham się sam do siebie. Dlaczego ja to - za przeproszeniem - do chuja piszę? Już wiecie, że blogspot to taki ograniczony pamiętnik. Odskocznia od rzeczywistości - a czasem mam wrażenie, że to sama rzeczywistość bez całej emocjonalnej otoczki codzienności. Piszę to, co w danym momencie myślę. I myślę, że jestem chujem, który traktuje ludzi przedmiotowo. Może jeszcze nie traktuję... zacznę. Ja pieprzę. Miałem być szczery wobec siebie. Shit. Nieważne.

Czytam 'The Perks of Being a Wallflower" w oryginalnej wersji językowej. Jestem na 49 stronie z bodajże 230. Książka jest pisana językiem prostym i przystępnym - spokojnie dałby sobie z nią radę przeciętny gimnazjalista. Nie muszę chyba zapewniać, że jest wspaniała. Nie wiem dlaczego, ale magia tej książki pochłania mnie bez reszty. Mój ból polega na przymusie czytania na ekranie telefonu. Fuck. Uwierzcie, że to nic przyjemnego.

Filmy? W nocy próbowałem obejrzeć 'Shutter Island', ale... będę musiał siąść do niego raz jeszcze. Dzisiaj w końcu chcę obejrzeć ten stary, czarno-biały, francuski film, którego tytułu nie pamiętam. Oby to nie były kolejne obiecanki-cacanki, ech.

Na jutro tylko kartkówka/test z wosu. Chciałbym mieć siłę się tego uczyć.



Sing me to sleep
I don't want to wake up
On my own anymore
Sing to me
Sing to me
I don't want to wake up
On my own anymore
Don't feel bad for me
I want you to know
Deep in the cell of my heart
I really want to go
Oh I need somebody, needed someone I could trust
And I don't gamble, but if I did I would bet on us
Like the dead sea, you told me I was like the dead sea
You'll never sink when you are with me, oh Lord like the dead sea

niedziela, 14 kwietnia 2013

głód zrozumienia

Mam dzisiaj obsesję na punkcie Katarzyny Nosowskiej i nie czuję potrzeby tłumaczenia tego zjawiska. Głos owej pani, teksty wszystkich piosenek, melodia tworząca wyjątkowy nastrój - wszystko mówi samo za siebie. Czasem tak jest, że potrzebujemy posłuchać głosu - nie wiem, czy to dobre określenie - pokolenia. Kogoś, kto używając swoich słów, opowie nam naszą własną historię. Chcemy czuć, że nie jesteśmy sami, jednocześnie będąc najbardziej samotnymi stworzeniami na Ziemi. Ktoś mi ostatnio zasugerował, że nie powinienem przejmować się takimi drobnostkami. Świat ma większe problemy. Inni mają gorzej. Znacie to? Powtarzane jak jakaś szaleńcza mantra - jakby mówiący sami siebie próbowali przekonać do tej racji. Wiecie co? Uważam, że nikt nie powinien dawać sobie wmówić, że jego problemy są nieważne. Wszystko ma znaczenie. Popatrzmy na przykład jeden z wielu. Zmagasz się z zaburzeniami odżywiania? Pewnie zdarzyło ci się już usłyszeć: "a dzieci w Afryce..." Stop! Istnienie głodujących ludzi, nie rozwiązuje niczego. Nie sprawi, że ktokolwiek poczuje się lepiej. Czujesz się beznadziejny? Myślisz, że nigdy do niczego nie dojdziesz w życiu? Z pewnością rozwiązaniem twoich problemów będzie usłyszenie o niepełnosprawności i problemach ludzi przez nią dotkniętych. Cudowne lekarstwo, prawda? Może wybrałem nieco infantylne przykłady, ale chcę przez to pokazać znieczulicę, jaką w sobie wyrobiliśmy. Każdy z nas czasem potrzebuje pomocy i żaden problem nie jest błahy, tak? Tak. Piękne pierdolenie na początek posta.

Jestem chory, żyję na antybiotyku i masie innych leków - co bynajmniej nie zniechęca moich rodziców do wysłania mnie do szkoły. Shit happens. Test z chemii, na który muszę być przygotowany, czeka i już słyszę złowrogie warczenie książki od tegoż przedmiotu. Ale a propos! Udało się! Cudowna szkoła wynegocjowała rozszerzenie chemii po angielsku. Chwała i cześć, cholerka. Teraz tylko zabrać się za naukę, bo cały semestr jak na razie poświęciłem prokrastynacji i życiu osobistemu. Będzie ciężko zebrać tyłek, oj będzie.


Życie osobiste? Wydaje mi się, że powoli - po tych pierdolonych dwóch latach - zaczynam je naprawiać, ogarniać i rozumieć. Zaczynam poznawać i szanować siebie. Dążę do swojej własnej wolności. Jednego nieciekawego emocjonalnie wieczoru miałem przemyślenie na temat wolności. Bo czymże ona jest? Każdy to słowo rozumie trochę inaczej. Doszedłem do może mylnego wniosku, że każdy tworzy jego własną definicję. Teraz czas na moją. I przede wszystkim chcę być szczery wobec siebie i swojego życia. Postanowienie numer jeden. Uznaję ten moment za pewien przełom w swoim życiu. Górnolotne słowa? Może. Nie dbam o to. Cieszę się, że po raz pierwszy od dawna naprawdę wierzę, że mogę coś zrobić - że jestem w stanie cokolwiek zrobić. Mam ochotę podziękować pewnej nieświadomej osobie za to, jaki wpływ na mnie wywiera, ale nie będę sobie odbierał przyjemności zrobienia tego w cztery oczy. Czuję się niezręcznie, kiedy wiem, że możesz to czytać. Uch. Znowu obawiam się, że to zbyt duże słowa. Boję się, że postawię cię w niezręcznej sytuacji, ale... cóż. Naprawdę nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek wcześniej miał na mnie tak pozytywny wpływ. Koniec słodzenia. Wiecie, czego się teraz naprawdę i jedynie obawiam? Że to się skończy. Skończy tak, jak ma w zwyczaju. Wiem, że tym razem wyląduję niżej niż kiedykolwiek. Stąpam po cienkiej linie i każdy ruch może zaważyć o moim być albo nie być. Muszę być ostrożniejszy niż kiedykolwiek.


To wszystko brzmi tak strasznie optymistycznie w mojej głowie. Czy to oznacza, że wszystko jest naprawdę w porządku? Że pozbyłem się... tego wszystkiego? Jak pewnie zgadujecie, nic nie jest tak proste. Podejrzewam, że na wszystko potrzeba czasu. Wiele rzeczy się w ogóle nie zmieniło. Drobne rzeczy wytrącają mnie z równowagi. Dalej wpadam w te stany. Nie robię sobie już nic złego. Wiem, że nie mogę. W głowie zapala się czerwona lampka. Powraca jednak pytanie: na jak długo?

Koniec życia osobistego. Pierdolenie gorsze niż zwykle. A co z książkami? Skończyłem niedawno "Władcę much". Drodzy czytelnicy, nawet nie wyobrażacie sobie, jak trudno mi cokolwiek na temat tego tytułu napisać. Najchętniej zostawiłbym krótkie: "przeczytajcie sami", bo moja opinia i tak niczego nie wniesie. Jeśli ktoś nie jest wtajemniczony, książka opowiada o grupie młodych chłopców, którzy w pierwszych latach zimnej wojny zostają wysłani samolotem z Anglii, a po drodze rozbijają się i trafiają na bezludną wyspę. Grupa dzieciaków bez opieki dorosłych. I co? Myślicie, że czeka was przyjemna książka przygodowa? Nic z tych rzeczy. Jest to opowieść o moralności ludzkiej, o naszej złudnej pierwotnej dobroci. Chłopcy, którzy z początku próbują łączyć siły, by stworzyć pewną kolebkę cywilizacyjną i znaleźć ratunek z wyspy, w dalszej części popadają w szaleństwo. Do zmysłów dochodzi pierwotny instynkt. Zamiast porządnych dzieciaków z brytyjskich szkół widzimy grupę barbarzyńców. Wszystko dąży do upadku. Brzmi ciekawie? Popatrzmy zatem jeszcze na aspekt alegoryczny. Nie brzmi to znajomo? Dążenie do jedności, demokracji i cywilizacji naprzeciw czemuś na wzór ustroju totalitarnego - nie znoszącemu sprzeciwu, żądnemu władzy absolutnej. Książka powstała prawie dziesięć lat po zakończeniu drugiej wojny światowej i w obliczu nowego zagrożenia. Rozumiecie? Głupie pytanie. Poza tym podobał mi się socjologiczny aspekt tej książki. Poza wspomnianymi dylematami moralności autor ukazał również, jak działa wśród nas grupowe myślenie. Wpływ grupy na pojedyncze jednostki. Czytałem z zapartym tchem i mam nadzieję, że wrócę do niej jeszcze nie raz. (: A co teraz? Chwilowy zastój. Oby tylko chwilowy.

Filmy? Niestety, mimo posiadania ogromnych chęci, nie udało mi się obejrzeć kompletnie nic. Czeka na mnie "Rzeź", "Lot nad kukułczym gniazdem" i "Człowiek, który śpi". W tym tygodniu muszę - powtarzam: muszę! - je obejrzeć. Pieprzyć szkołę i oceny. Trzeba mieć priorytety, heh.


Książka od chemii zaczęła spoglądać na mnie z pewną pogardą. Czas najwyższy się z nią przeprosić.

+SÓLEY W KATOWICACH HSFHDHDFGHFD JADĘ. UMRĘ, SŁUCHAJĄC CZEGOŚ CUDOWNEGO - PERFEKCJA.

'Have no fear for giving in
Have no fear for giving over
You better know that in the end
It’s better to say too much
Than never to say what you need to say again
'
'chciałabym przez judasze oczu
twoich łagodnych
spojrzeć
kto tam? kto jest w środku?'

niedziela, 7 kwietnia 2013

złap mnie, jeśli potrafisz



                „Złap mnie jeśli potrafisz!” – jego ostatnie słowa. Niepozorna zachęta do zabawy miała iście makabryczne przesłanie. Makabryczne do tego stopnia, że stały się moim przekleństwem. To właśnie je krzyczę, obudzony przez kolejny koszmar. Zdaję sobie sprawę, że nic nigdy nie będzie takie samo. Przyrzekam. Nic.
                Krzyknąwszy, zaczął biec przed siebie. Nigdy nie był dobry w biegach, zawsze poniżej przeciętnej. Tusza? Fałsz. Zwykłe lenistwo. Przyszła mi do głowy pewna groteskowa myśl. Gdyby teraz na tym dachu znalazł się jakiś wuefista, Dawid pobiłby swoje życiowe rekordy. Zwyczajnie nie zdążyłem zareagować. Zrobił to nagle. Niespodziewanie. Chciałem coś powiedzieć. Cokolwiek. Stałem tam z otwartą buzią i chaosem w głowie. Nic więcej się teraz nie liczyło, wszystko ucichło, straciło barwę i jednocześnie jakikolwiek sens. Nie wyobrażacie sobie, ile człowiek informacji potrafi przetworzyć w chwilach takich jak ta. Jest takie powiedzenie: „życie przelatuje mi przed oczami”. To było chyba to, co odczuwałem, patrząc na swojego przyjaciela nieprzerwanie biegnącego w kierunku krawędzi wieżowca. Chciałem go uratować, pomóc mu. Uwierzyłem w jego niewinne zachcianki i spowodowałem jego śmierć. Czarno na białym. Byłem mordercą. Byłem sprawcą śmierci przyjaciela. Już wtedy to wiedziałem.
                Jest na krawędzi. Odwraca się. Sekundy nigdy nie trwały dłużej. Widzę jego twarz. Widziałem ją prawie codziennie, ale wiecie co? Nigdy nie był tak uśmiechnięty i spokojny. Jakby chciał powiedzieć, żebym się nie martwił, że wszystko będzie dobrze, że tego właśnie chciał. Był wdzięczny? Wdzięczny że pomogłem spełnić mu jego szaleństwo? Czy można być w ogóle wdzięcznym za własną śmierć? Co to w ogóle znaczy?
                Skacze. Wyrywa się ku górze, ku niebu niczym ptak. „You were only waiting for this moment to be free” – piosenka Beatlsów również zalicza się do moich koszmarów. Podnosi złamane skrzydła I leci. Piosenka nie mówi o upadku. Jednak on spada. To nie muzyka, to życie. Znika za krawędzią. Koniec. Tak zwyczajnie wszystko się kończy. Dosłownie. Dawid skacze, ja tracę przytomność. Budzę się w szpitalu.


miniaturka sprzed paru tygodni - kolejna rzecz, której nigdy nie dokończę. choć pomysł na dłuższą fabułę był, well.

chyba nie chcę niczego osobistego pisać. jestem po nieprzespanej nocy i sam nie wiem, czy naprawdę czuję się tak chujowo, czy to już stan normalny. mindfuck razy milion.

jestem gdzieś w połowie "Władcy much". wciąż nie chcę się wypowiadać, wolę poczekać. za to w kolejce czeka wspominany "Rok 1984" i może dla rozluźnienia jakiś kryminał. mhm.

filmy. 'Remember me' - fuck this shit. dalej nie jestem pewny, co się stało. mam na myśli - jestem nienormalny, siła sugestii czy miałem wyjątkowo zły humor. o co chodzi? przepłakałem chyba każdą dramatyczniejszą scenę, a na sam koniec niemal dosłownie umierałem. film był na pewno dobry - brzmi to infantylnie, ale szczerze wierzę, że produkcja obroniłaby się sama. podobało mi się, że w końcu film - w jakimś stopniu nastawiony na kasowy sukces - opowiada historię ludzi z bagażem życiowym. młodych ludzi, którym tym trudniej jest rozwinąć skrzydła, napiętnowanych przez własną przeszłość. w filmie padło sporo ważnych zdań, pojawiły się cudowne sceny. był to też pierwszy film od naprawdę długiego czasu, który mi się nie dłużył. minusy? sam nie wiem. nie było to dzieło doskonałe - nie okłamujmy się. czy warto się tym jednak przejmować? uważam, że nie. wy zrobicie, jak chcecie. kawał, bądź co bądź, zaskakująco dobrego kina. jeśli też nie znacie Pattinsona z jego tumblrowskiego fandomu - tutaj macie okazję na poznanie go od innej strony. swoją drogą przywiązałem się do zagranej przez niego postaci. cóż. 


w nocy obejrzałem 'Howl'. produkcja nadzwyczaj krótka - półtorej godziny. i muszę przyznać, że był to czas doskonały. obawiam się, że dzieło nawet o minutę dłuższe, nie miałoby takiej wartości i nie zrobiłoby takiego wrażenia. to pewna hiperbola, zgadzam się, ale... uważam, że film był świetny w takiej formie, w jakiej został stworzony. czy jestem zachwycony? przesada. ale usatysfakcjonowany jak najbardziej. może opowiem, o czym w ogóle rozmawiamy. 'Howl' jest filmem biograficznym. czyim? Allena Ginsberga. nie martwcie się, jeśli nie kojarzycie. też nie byłem świadom istnienia tego człowieka. konwencja filmu opiera się na przeplataniu ze sobą czytania tytułowego wiersza, rozmowy z autorem (mamy rok 1957) oraz odegraniu znanego procesu. procesu o co? o zakaz rozpowszechniania tytułowego wiersza. zastanawiacie się, dlaczego chcieli go zakazać. Allen Ginsberg był swego rodzaju renegatem. prekursorem. pisał odważnie i wulgarnie, opowiadając o swoim życiu. pisał również o swoim homoseksualizmie. koniec lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku... cóż. powiedzmy dyplomatycznie, że czasy były mniej liberalne niż teraz, tak? historia tego autora mówi o przełamywaniu barier. jak zdążyłem przeczytać poeta był żydem, gejem, buddystą i aktywistą politycznym. znał wiele ówczesnych osobistości. nie powiecie, że to samo w sobie nie stwarza idealnego materiału na scenariusz filmowy, huh. pozostaje mi tylko polecać, zachęcać i rekomendować. a ja sam dzisiaj zaznajomię się chyba z twórczością Allena. :)


'Come on, I'll be a no one
For you
Got you wrong, it's not your fault'
'For once, for once, for once,
I get the feeling that im right where I belong
Why am I the one always packing all my stuff?
I think I kinda like it but I might of had too much'

czwartek, 4 kwietnia 2013

fuck

Żadnej notki. Albo całkiem przestanę pisać albo będę pisał więcej gówna jak to. Potrzebuję tej formy kontaktu. Przepraszam. Myślę o założeniu osobnego bloga na pisanie o książkach, filmach, muzyce. Tutaj zostawić wyłącznie rzeczy osobiste. Pieprzenie. Wiecie co? Myślałem, że sobie radzę i nic bardziej mylnego ostatnio do głowy mi chyba nie przyszło. Brak mi sił, energii, czegokolwiek. Zwłaszcza w tym momencie. Znowu nadszedł wieczór i znowu zaczyna się to samo. Brak mi kontroli. Brak mi samozaparcia. Brak mi konsekwencji. Jestem pełen braków, a najbardziej brak w tym wszystkim mojej głowy. W swoich notkach czasem zwracam się do was, czytelników, prawda? Nie chcę tego dzisiaj robić. Nie chcę was mieszać nawet w tak błahy sposób. Czytajcie niczym chujową powieść, która przypadkiem wpadła w wasze ręce. Przynajmniej może pierwszy raz się do czegoś przydam. (:


Z tymi notkami wiąże się jedna, wyjątkowo problematyczna sprawa. Zawsze piszę pod wpływem emocji. Napiszę, to jestem zadowolony - pozbyłem się na trochę siedzącego we mnie gówna. Mija dzień-dwa i nic z tego już nie jest aktualne. A do tego okazuje się, że moje myśli były infantylne bądź zwyczajnie nienadające się do czytania. Fuck this shit. Musiałbym pisać pięć razy dziennie - a to przystoi twitterowi a nie blogspotowi.Co w związku z tym? Nic. Denerwuje mnie to tak samo jak milion innych rzeczy. Boję się. Po prostu. Do szkoły poszedłem z zapałem - skończył się szybciej, niż zaczął. Wszedłem tam i poczułem cały ten przytłaczający nastrój, zobaczyłem ludzi. I przyświeca mi myśl: byle zdać. Byle do końca. Nie obchodzi mnie, co będzie dalej. Nie obchodzi mnie, co inni sobie myślą. Jak powiedziałem, nie mam siły się przejmować. Zacząłem myśleć o planach - ale są to plany wymuszone. Nie chcę myśleć, czy ja chcę to robić czy nie. Na kochanym blogu jeszcze się nie chwaliłem - planuję rozszerzać chemię po angielsku oraz wos. Jako przedmiot dodatkowy: ekonomia. Jak mi nie wyjdzie z chemią, to zawsze mam ekonomię. I na tym polega moje planowanie. Boję się życia.

Dzisiaj w szkole przeżyłem pełen wachlarz emocji i stanów. Przede wszystkim zadziwiam sam siebie, jak potrafię się rozgadać. Ja. Rozgadać. Nie dać komuś dojść do słowa. Szaleństwo goni szaleństwo, prawda? Cholera. Skąd to się w ogóle bierze? Poza tym ta frustracja i niemoc. Mam ochotę powypisywać tablicę w pokoju tymi słówkami. Nieszczęście, że nie mogę sobie pozwalać na takie akty uzewnętrzniania emocjonalnego, bo matka czuwa 24/7. Co zrobić?


Co jeszcze? Ty. Wiesz doskonale, że piszę o tobie i nie dbam o to, co zrobisz. Nie dbam o to, do czego sam dążę. Nie dbam o to, że to nie ma prawa bytu. Nie dbam o nic. Nie oczekuję, że zrobisz z tym cokolwiek. Wiem, że nie możesz. Chciałbym po prostu uzyskać jakąkolwiek odpowiedź. Chciałbym umieć o tym porozmawiać. Nie wiem. Najgorsze jest to, gdy widzę utratę zainteresowania. Albo uświadamianie sobie, że owe nigdy nie zaistniało, a ja żyję w swoim wyimaginowanym świecie. Uch. Milion razy żałośniej niż kiedykolwiek.

Czytam "Władcę much". Jestem gdzieś w połowie i muszę przyznać, że dawno nie czytałem czegoś równie wciągającego, pochłaniającego i zwyczajnie ciekawego. Postaram się o coś bardziej rzetelnego, gdy skończę całość. (:


Drugi raz obejrzałem "Wyśnione miłości". Tak, jestem nienormalny. Tak, wkręciło mi się. Tak, uwielbiam ten film. Wszystko tylko nie cisza w pokoju. Dramatyczna notka pod wpływem ogarniających emocji. Będę żałował, czuję to w kościach.

'I just want to turn you down
I just want to turn you around
Oh, you ain't never had nothin' I wanted, but...
I want it all
I just can't figure out...
Nothing'
Hey - Faza Delta
 'spać
przespać rok
siedem lat
łubinowe pola, chabry śnić
bo tu nic
tylko śmierć
usychanie tkanek
rozpacz, że nie kochasz mnie
'