Etykiety

poniedziałek, 30 maja 2011

sound of silence

Cieszę się, że wciąż mogę poznawać nowe, wciąż zachwycające rzeczy. Wspaniałe uczucie, nie uważacie? 

People talking without speaking,
People hearing without listening,
People writing songs that voices never share
And no one dared
Disturb the sound of silence.

Cieszę się, że jedna sprawa się wyjaśniła. Cieszę się z dzisiejszego dnia. Cieszę się z wielkich prof.s.jonalistów odwiedzających mojego bloga - niestety za niskie progi jak dla was. Może kiedyś osiągnę wasz poziom. :)
Idę poczytać chemię, trzeba zdobyć tę czwórkę. I poza chemią brakuje mi tylko jednej oceny w górę. A później pieprzcie się wszyscy. :)

sobota, 28 maja 2011

*** rozdział ostatni

4.      Bez końca nie ma początku.

            W poniedziałek Darii nie było w szkole. We wtorek również nie. I w środę. Chłopiec czuł, że coś jest nie tak. Na godzinie wychowawczej okazało się, że jego obawy były jak najbardziej uzasadnione.
            - Daria nie będzie jednak chodzić z nami do szkoły. – powiedziała pani Zalewska.
            - CO?! – krzyknął Adam. Jak to „nie będzie chodzić”?! Co to ma w ogóle znaczyć?! Była tu zaledwie parę dni i… puf? Ot tak zniknie?
            - Musiała wracać. Prawdopodobnie jej tata miał coś ważnego do zrobienia na ojczyźnie. Przykro mi. – nauczycielka powiedziała chłopcu na osobności.
            To było po prostu niemożliwe. Całkiem jak z jakiegoś chorego snu. On ją zdążył polubić, naprawdę polubić. Mieli jeszcze tyle spraw do omówienia. Był już szczęśliwy. Co jest z tym wszystkim nie tak? Czemu on nie może mieć prawa do radości?!
            Wybiegł z klasy, potem ze szkoły. Szedł całkowicie zamroczony swoją wściekłością, smutkiem i bezradnością. Mijał obojętnie ludzi i samochody. Jakaś kobieta spytała się czy nic mu nie jest. To wszystko było bez znaczenia. Mimo, że w mieście było pełno ludzi, on i tak czuł się samotny.
            Podniósł głowę by zobaczyć, gdzie jest. Był pod domem Darii. Nie było żadnego samochodu na podjeździe, ani zasłon w oknach. Stał tylko pusty, zimny dom. Bezsens. Adam zaczął płakać. Usiadł na ziemi i płakał. Bez końca.

***

            Do domu wrócił późno. W drzwiach przywitał go ojciec.
            - Od około godziny wydzwania do ciebie jakaś dziewczyna… - Kiedy tylko skończył to mówić, zadzwonił telefon. Chłopiec rzucił się do słuchawki.
            - Adam? – usłyszał znajomy głos.
            - J-ja… jak ty? – jąkał się chłopak.
            - Przed wyjazdem przejrzałam książkę telefoniczną i… sam widzisz. – Wręcz mógł zobaczyć ten jej urocz uśmiech.
            Tak wiele chciał jej powiedzieć: jak bardzo mu pomogła, jak jest jej wdzięczny, że tęskni. Chciał wiedzieć dlaczego wyjechała, zostawiła go tutaj samego. Chciał jej obiecać, że przyjedzie do niej bez względu na wszystko. Chciał ją okrzyczeć za to, że nic nie powiedziała o wyjeździe. Mnóstwo emocji nagromadziło się w jego głowie, nie pozwalając mu trzeźwo myśleć. Jedynymi słowami, które wydostały się szeptem z jego ust było ciche

 „kocham cię”…

piątek, 27 maja 2011

*** rozdział trzeci + bonus

3.      A gdyby jednak?

            Wkrótce nadeszła niedziela. Spotkanie nieubłaganie zbliżało się wielkimi krokami. Adam bał się. Zdawał sobie sprawę, że ten strach jest kompletnie irracjonalny – w końcu to tylko rozmowa, lecz mimo to czuł pewną obawę. Nie wiedział jak się do tego przygotować, czy jest gotów usłyszeć pewne rzeczy, czy w ogóle chce je słyszeć. Czemu ma to robić? Przecież nie wierzył przez te czternaście lat, to i teraz nie zacznie. Nie zmieni się z dnia na dzień, pomimo starań. Nie chciał, nie umiał – na jedno wychodzi. Nikt tego nie zmieni. Lecz co ma powiedzieć dziewczynie? Stop. Najpierw musi ją wysłuchać. W końcu powinien zacząć słuchać.
            Zbliżała się piętnasta, godzina do spotkania. Do głowy chłopca przyszła szalona myśl. Poszedł do salonu, gdzie ojciec siedział rozwalony w fotelu, z mętnym wzrokiem zwróconym w stronę telewizora, popijając bezmyślnie piwo. Starał się zebrać myśli, wytężył swój mózg do granic możliwości. To nie będzie łatwe, o nie. Musi być przygotowany na wszystko. Jednak czuł, że to dobry moment. Czuł głód wiedzy. Pewne rzeczy muszą zostać wytłumaczone. Stanął pomiędzy tatą a telewizorem.
            - Musimy porozmawiać. – powiedział zimnym, pozbawionym uczuć głosem, zaskakując samego siebie. Nie dał tego jednak po sobie poznać, żadnego wahania. Zdezorientowany ojciec wciąż siedział rozwalony z rozdziawioną buzią, jakby doznał szoku, że jego syn w ogóle żyje. W chłopcu wzbierała się wściekłość. – MUSIMY POROZMAWIAĆ! – krzyknął, tym razem z efektem. Mężczyzna popatrzył na niego uważniej. Przełknął głośno ślinę, jakby spodziewając się, co go czeka.
            - Dobrze. Porozmawiamy, jeśli przestaniesz krzyczeć. – Na jego twarzy znów zagościł wyuczony uśmiech, taki sam jaki przyjmował w rozmowie ze swoimi klientami. – O czym chcesz porozmawiać, Adamie? Ostatnio nie byłeś skory do żadnej konwersacji… - zauważył.
            - O nas. O mnie, o tobie, o mamie. O wszystkim. Musisz mi chyba coś wytłumaczyć. – odpowiedział, nie zważając na kąśliwą uwagę ojca. – Muszę wiedzieć…
            Mężczyzna trawił chwilę słowa syna, a sztuczny uśmiech znikał z jego twarzy, ustępując smutkowi i zadumie.
            - Dobrze. Masz rację, powinieneś wiedzieć. Przejdźmy może do kuchni. Ja… muszę zapalić. – wahał się. – To co chcesz wiedzieć dokładnie? – spytał po odpaleniu papierosa.
            To było dobre pytanie. Czego chciał. „Wszystko” nie wystarczy, ojciec lubi konkrety. Chłopiec musiał się skupić, jak powinien zacząć tę rozmowę.
            - Czy… ty wierzysz w boga? – To pytanie wydawało się najbardziej neutralne. Mężczyzna popatrzył na chłopca zaskoczony, a jego twarz mówiła: „to wszystko?!”
            - Nie, nie sądzę.
            - Dlaczego? – nie dawał za wygraną Adam.
            - A dlaczego mam wierzyć w coś, co nie istnieje? – Uśmiechnął się chytrze, chłopiec był jednak przygotowany na taką odpowiedź.
            - Grawitacji też nie widzisz, prawda? A jednak nie zaprzeczysz, że istnieje coś takiego.
            - Tak samo jak nie mogę zaprzeczyć, że w tym pomieszczeniu fruwa niewidzialny czajnik z siedzącym w środku goblinem. Nie udowodnisz mi, że tak nie jest. – Zaczął wydawać się rozbawiony całą sytuacją. – Wiesz, był kiedyś taki żart. Wierzący mówi ateiście, że ten nie może zobaczyć powietrza, a w nie wierzy. Wiesz co usłyszał w odpowiedzi? Że w Katowicach może. – zaśmiał się. – To wszystko o co chciałeś spytać?
            - Nie. – Nie ustępował chłopak – Są naoczni świadkowie cudów Jezusa. Powiesz, że kłamią?
            - Wiesz… są też naoczni świadkowie istnienia Yeti i porwań ludzi przez kosmitów. – Znowu się śmiał. Chłopiec znowu zaczął się denerwować. Czemu on nie traktuje tego poważnie?!
            - Przestań! Czy tak traktujesz wierzących?
            - Nie, nie gardzę ludźmi. Gardzę ich głupotą. – rzucił już bez śmiechu – Zrozum, nie ma powodu by wierzyć w to wszystko. Nie wiem, co cię skłoniło do tych rozmyślań, ale zapomnij. Zapomnij zanim się rozczarujesz. – Przerwał, żeby pociągnąć dopalającego się już papierosa. – Wierzyłeś kiedyś w Mikołaja, prawda? Pamiętasz jak bardzo byłeś zawiedziony, gdy którejś nocy odkryłeś, że prezenty przynosił nie kto inny jak facet stojący przed tobą? Tak samo jest z Bogiem, to inna wersja tej samej bajki. Nawet motywacje podobne. Mamy wierzyć, że coś przyjdzie znikąd. Nie rozumiem, jak ludzie mogą w to wierzyć. To nie moja sprawa, ale spróbuj zrozumieć od czego chcę cię uchronić. Nie chcę żebyś się zawiódł tak jak ja. Jeszcze kilka lat temu również wierzyłem, ale z każdym dniem rozumiałem, że ten cały bóg nie pomoże. Choćbyś nie wiem, jak cholernie tego pragnął.
            Chłopiec kiwnął tylko głową, wiedział, że nie warto dalej ciągnąć tego tematu. Drodzy czytelnicy, myślę, że pewnych rzeczy z tej rozmowy nie powinniśmy znać. Nie wszystkie dotyczą tej historii, o niektórych rzeczach jeszcze usłyszymy. Myślę, że powinniśmy teraz przejść do upragnionej rozmowy z Darią. Więc uniknijmy zbędnych słów, bo czas liczymy w złocie. Takie czasy panie i panowie. Uwaga… światło!

            Bez słów usiedli obok siebie na trawie. Nawet nie spojrzeli w swoje oczy. Wiedzieli, jak trudna rozmowa ich czeka. Delektowali się magiczną ciszą i sobą nawzajem. Czekali, sami nie wiedząc na co. Czuli jedynie, że zbliża się moment, w którym ktoś musi zacząć mówić. Niczym cisza przed burzą – kompletna pustka i strach przed następstwem. Obydwoje wiedzieli, że teraz nie mogą się ot tak wycofać. Ta rozmowa miała znaczenie. Była absurdalnie wręcz ważna.
            - Ja… nie wiem co powiedzieć. – przerwał ciszę Adam – Po prostu nie wiem. – Dziewczyna odwróciła się do niego i popatrzyła prosto w niebieskie oczy.
            - Może ja powinnam to wiedzieć, ale… chyba nie. – wymamrotała skołowana Daria. Ta cisza stawała się niezręczna i obydwoje zdawali sobie sprawę, że to nie tak powinno wyglądać. – Więc… myślałeś coś o swojej wierze?
            - Tak… tak mi się wydaję…
            - I? Potrafisz powiedzieć: „Wierzę w ciebie, boże”?
            - Nie, nie potrafię. Ja po prostu nie wierzę. Nie wierzę w nic. – Przez ułamek sekundy dziewczyna mogła ujrzeć jak jego oczy zaszkliły się w łzach, by już chwilę później chłopak wbił wzrok w ziemię.
            - Dlaczego? Boisz się? Nie obawiaj się - bóg kocha nas wszystkich. Bez względu na nasze błędy… - Starała się domyślać Daria.
            - Nie o to chodzi! – krzyknął wściekły – Nie wierzę w boga, bo nie mogę. Nie mogę wierzyć w coś, co nie istnieje!
            - Czemu to mówisz? – szepnęła wystraszona nagłą zmianą zachowania kolegi.
            - Nic nie rozumiesz! – nie przestawał krzyczeć czarnowłosy nastolatek.
            - Więc uświadom mnie. Pozwól mi zrozumieć. – Położyła na jego ramieniu rękę, którą on szybko strącił.
            - Mówisz, że bóg kocha wszystkich tak? Kłamstwo! Kłamstwo jak każde inne! – cedził słowa przez zęby – Wiesz… dowiedziałem się dzisiaj ważnej rzeczy. Nie opowiadałem ci jeszcze o mojej mamie, prawda?
            - No, nie… chyba nie, nie przypominam sobie. Czy to dobry moment na…
            - Tak! To idealny moment! – krzyknął znowu - Ona nie żyje. Nie żyje od jakiś siedmiu lat. Dzisiaj się dowiedziałem, że zmarła po latach ciężkiej choroby. – przerwał – Wiesz… ona też była wierząca. Kochała boga, kochała kościół. Modliła się do niego każdego wieczora. Czy to jej pomogło? Niekoniecznie. – popatrzył na nią uważnie – Choroba pochłaniała ją z każdym dniem. Z każdym dniem stawała się coraz słabsza. Nie rozumiałem tego, bo byłem za młody. Ale pomimo tego też zacząłem się modlić, żeby „mama się w końcu wykurowała”. Byłem małym, nic niewiedzącym brzdącem. I wierzyłem, że kiedy zwrócę się do kogoś tak wielkiego jak sam Pan, to wszystko będzie okej. Więc… powiedz mi teraz – Gniew znowu zaczynał w nim narastać. - gdzie był ten cały bóg, gdy go potrzebowałem?! Gdy ONA go potrzebowała?! Gdy UMIERAŁA?! Był przy niej? Może oglądał jej cierpienia… ale to by nie pasowało do waszego wyobrażenia, prawda?
            - Przestań! – krzyknęła i zaniosła się płaczem. Pełen negatywnych emocji chłopak nawet nie zwrócił na to uwagi.
            - Przestać? Ona nie przestała cierpieć, jak i ja nie przestanę teraz!
            - PRZESTAŃ! – krzyknęła znowu i wymierzyła mu siarczystego policzka. – Posłuchaj mnie… - Wyrwała go z transu. Popatrzył na nią trzeźwo, pocierając uderzone miejsce. – Mogę teraz ja ci coś opowiedzieć? Podejrzewam, że nie chcesz już słuchać o bogu. Ani o tym, że nie może pomóc każdemu…
            - Podobno jest wszechmogący. – przerwał jej.
            - No właśnie… opowiem ci więc o człowieku. Człowieku, którego ty sam pewnie znasz. – kiwnął głową, a ona kontynuowała – Kojarzysz może nazwisko Wojtyła?
            - Obiło mi się o uszy… - przyznał.
            - A kojarzysz personę taką jak Jan Paweł II?
            - Kto go nie zna? To jeden z największych i najwybitniejszych ludzi XXI wieku i jest zarazem – nie jestem pewny czy to odpowiednie określenie – waszym wysłannikiem, prawda?
            - Coś w ten deseń. – przytaknęła z uśmiechem – Więc, jak może już zrozumiałeś, Karol Wojtyła to imię i nazwisko papieża przed przyjęciem imion Jan Paweł.
            - Czemu mi to mówisz? – przerwał.
            - Jak pewnie wiesz w Rosji papież nie jest uznawany. – Nie zwróciła uwagi na pytanie chłopca – Mój tata za młodu często słyszał o jakimś młodym, inteligentnym i dobrze zapowiadającym się biskupie. Zainteresował się nim do tego stopnia, że pewnego dnia postanowił przyjechać do Polski na spotkanie z nim. Pomimo niesmaku rodziców wobec jego dziwnego pomysłu, zrobił to. Przyjechał do Krakowa, gdzie Karol w tym czasie urzędował.
            - I co? Nagle się nawrócił? Oświeciło go? – Złośliwe uwagi same wydobywały się z ust chłopca wciąż targanego przez kotłujące się w nim emocje.
            - Kiedy opowiadał mi o ich spotkaniu, mówił, jak wielkim człowiekiem był ten Wojtyła. Wychwalał go pod niebiosa… i słusznie, jak sam pewnie przyznasz. – Ręką podniosła jego głowę, by popatrzeć mu w oczy. – Wiesz co jeszcze wydarzyło się tam, w Krakowie? Karol zapoznał mojego ojca z moją przyszłą matką. Wtedy się poznali i gdyby nie ten człowiek, to prawdopodobnie teraz nie byłoby mnie tutaj.
             - Czemu mi to mówisz? – powtórzył, tym razem spokojniej ze ciekawością w głosie.
            - Chcę ci pokazać, że nawet wielcy wierzą w Boga, że nie umniejsza im to. A także chcę byś dostrzegł jak wielki wpływ mogą mieć nawet takie drobne spotkania. Choćby takie jak to. – przerwała – Kto wie, co się wydarzy po tym spotkaniu? W każdym razie – nieważne co się potem stanie - dziękuję ci, że mnie wysłuchałeś. Chociaż wiem jak ciężkie to mogło być. Nie powiem ci już nic więcej – reszta zależy już tylko i wyłącznie od ciebie samego. - Wstała.

            – Zostawię cię teraz. Mam nadzieję, że przemyślisz sobie to wszystko. Na spokojnie. Żegnaj. – Pochyliła się by pocałować go w policzek i odeszła, zostawiając chłopca samego na wzgórzu.
            Wraz z ciszą pełną sprzeczności.

 Bonus:

Istny majstersztyk. Muah.

czwartek, 26 maja 2011

*** rozdział drugi

2.      A wszystko było w niej inne.

            - Mówisz, że mieszkasz w Polsce od pięciu lat, tak? – upewniał się Adam, a gdy dziewczyna kiwnęła głową, wypytywał dalej – To czemu przychodzisz do szkoły dopiero teraz?
            Daria zaśmiała się w odpowiedzi i wytłumaczyła, że wcześniej mieszkała w Warszawie.
            - To ciekawe… - mruknął pod nosem – I w pięć lat nauczyłaś się tak pięknie mówić w naszym języku? – nie dowierzał.
            - Nie, to nie tak… - Uśmiechnęła się – Moja mama jest Polką, w domu zawsze posługiwaliśmy się tym językiem. Przyjechałam tutaj, do Sosnowca, bo stąd właśnie pochodzi. Tutaj się urodziła.
            - Więc… jesteś pół Rosjanką, pół Polką, tak? – Starał się nadążać nastolatek.
            - Owszem. A teraz wybacz, że przerwę to twoje drobne przesłuchanie, ale zbliża się 9.40, a ja wciąż nie wiem, gdzie jest sala 62… - Uśmiechnęła się przyjaźnie.
            - Ach, no tak. – Uświadomił sobie, że miał ją oprowadzić po szkole. – Chodź tędy, będzie szybciej. – Wskazał ręką schody po prawej.
            Wchodząc na górę chłopak zapoznawał dziewczynę ze swoimi znajomymi, odpowiadał cierpliwie na jej pytania, słuchał, sam opowiadał. Czuł się naprawdę cudownie. Zapomniał o swoich troskach i zmartwieniach. W jego świadomości siedziała tylko jedna osoba – Daria.
            - To tutaj. – powiedział gdy byli już na miejscu. Akurat rozległ się dźwięk dzwonka.
            - Widzimy się na następnej przerwie, prawda? – Pomachała mu na pożegnanie i weszła do klasy.

***
            Po skończonych lekcjach Adam zaproponował, że odprowadzi nową koleżankę. Mimo świadomości, że ojca i tak nie będzie w domu, nie miał ochoty tam wracać. Pogra na zwłokę, potem przyjdzie mu się zmierzyć z własnymi demonami. Podświadomie – a może nawet świadomie – całą swoją uwagę poświęcił rówieśniczce. Daria fascynowała go, chciał wiedzieć o niej jak najwięcej. Nie mógł uwierzyć, że polubi kogoś tak bardzo, a na dodatek w tak krótkim czasie. Niewyobrażalnie cieszył się z jej towarzystwa. Zadziwiało go, jak bardzo się różnili. Rozgadana, roześmiana, pełna życia… szczęśliwa. Uwielbiał patrzeć w jej cudowne, rozbiegane, szarozielone oczy. Tak naprawdę uwielbiał ją całą i to było naprawdę niesamowite.
            Gdy w końcu dotarli pod jej dom, chłopiec zebrał całą swoją odwagę i spytał się:
            - Daria, może… - zawahał się – Może poszlibyśmy do kina w niedzielę?
            Dziewczyna popatrzyła na chłopca zaskoczona, nie wiedząc co odpowiedzieć. Zamyśliła się chwilę, a każda sekunda trwała dla chłopca niczym wieczność. Już miał mówić, że tylko żartował, ale dziewczyna przerwała tę niezręczną ciszę:
            - Ja… bardzo chętnie, Adam. Tylko... – „Tylko”, tylko co?! Chłopiec bał się usłyszeć następnych słów. – moja rodzina… ja jestem wierzącą, co niedzielę chodzimy do kościoła i…
            - Kościoła? – przerwał jej zdziwiony – Wierzysz w… to wszystko?
            - Tak. – powiedziała z pełnym przekonaniem i szybko dodała zdziwiona – A ty nie?
            Adam musiał zastanowić się nad odpowiedzią. W jego domu nigdy nie zwracano uwagi na Boga, nie chodzili do kościoła, nie modlili się. Sam nawet nad tym jakoś wyjątkowo nie rozmyślał. Tak było… od zawsze i już. Nie interesowało go jak doszło do powstania świata – po prostu tak się stało. Wierzył nauce, wierzył w człowieka. Dużo poświęcał humanizmowi. Zainteresowanie w tym nurcie filozofii zaszczepił w nim jego dziadek, gdy chłopiec był mały. Renesans - początki pewnej rewolucji na tle religijnym, czasy życia jednej z centralnych postaci tej epoki – Ficino, którego słowa tak uwielbiał staruszek: „Poznaj samego siebie, o boski rodzie w człowieczym przebraniu!” Tak, mógł być niewierzącym… ale czy naprawdę nim był?
            - Nie, chyba nie. – odpowiedział niepewnie. – Powinienem?
            - Nie mogę ci mówić czy powinieneś czy nie, to twój własny wybór. Ścieżka, którą sam musisz wybrać. Nie wybrałeś jej jeszcze, prawda? – nie czekając na odpowiedź kontynuowała. – Mogę z tobą o tym porozmawiać jeśli chcesz. Zamiast kina, co ty na to?
            - Z przyjemnością. – Uśmiechnął się.
            Pożegnali się, a chłopiec powoli skierował się do domu. Założył słuchawki na uszy, puścił ulubioną muzykę i zaczął myśleć nad całym dzisiejszym dniem. A im dłużej myślał, tym głębiej schodził w czeluści swojego umysłu. Jego życie, wiara, psychika. Jego świat. Czy ta dziewczyna może tak po prostu wejść i rozwalić wszystko na miliony drobnych cząsteczek, jak gdyby nigdy nic? Czy on powinien na to pozwolić? Zawsze uważał, że już wszystko w jego życiu jest ułożone. Ma wyrobione przekonania i własne racje, chodzi do szkoły, znajdzie pracę, i wszystko jakoś się ułoży. Więc czemu ta kobieta z taką łatwością zmusiła go do zwątpienia? Jak to w ogóle mogło się stać?
            Wszedł powoli do domu i ściągnął słuchawki. Porozglądał się po starych kątach. Poszedł do pokoju i usiadł na łóżku. Pustka, cisza i chłód. Jak zawsze.

środa, 25 maja 2011

*** rozdział pierwszy

To już ten czas. Skończyłem, jako-tako poprawiłem i nawet nie wydaje się złe. Myślę, że mogę już pokazać światu me dzieło. Niestety opowiadanie zostanie beztytułowe, nie zdążyłem niczego konkretnego wymyślić. Nieważne. Mam nadzieję, że nie zepsuje wam to frajdy z czytania. ("frajdy z czytania"... błagam, pokażcie mi, że nie jestem jedynym człowiekiem tutaj, który ją ma). W każdym razie opowiadanie ma rekordowe jak na mnie siedem stron, około trzy tysiące trzysta wyrazów i mniej-więcej siedemnaście i pół tysiąca znaków (zobrazuje wam to: 17 500). Wybaczcie, ale zwątpiłem w wasze chęci do przeczytania wszystkiego za jednym razem, więc będę dodawał rozdział po rozdziale (tego akurat niedużo, tylko cztery). Dzisiaj powitajcie rozdział pierwszy. Nie zrażajcie się względnym chaosem, dalej powinno być już tylko lepiej.


1.      Zawsze jest początek.

            „Kolejny dzień do przeżycia…” – pomyślał Adam obudzony przez natrętny dźwięk budzika – „Kolejny pusty, pełen rutyny dzień.” Ociężale zebrał się z łóżka i skierował do okna. Westchnął zrezygnowany widząc strugi deszczu uderzające o szybę. Czy dzisiaj cały dzień będzie właśnie taki? Czemu to spotyka akurat jego? Przeciągnął się bez przekonania i rzucił okiem na bałagan w pokoju. Posprząta później…
            - Witaj znowu. - powiedział do siebie wychodząc z pokoju. To było jedno z jego głupich przyzwyczajeń. Zawsze gdy się budził, mówił to aby się jakoś rozweselić. Przywitać się z nowym dniem. Robił to od dziecka. Jednak gdy był mniejszy mówił to pełny przekonania, z uśmiechem na ustach, a teraz? Teraz wiedział, że czeka go koszmar, nie cieszył się z tego. Nienawidził, tak cholernie nienawidził.
            - Adam, mówiłeś coś? – usłyszał głos ojca z kuchni. No tak, dzisiaj piątek. Tata zaczyna pracę o tej samej godzinie, co on szkołę, więc zajął się śniadaniem. Urocze. Chłopiec niechętnie wszedł do pomieszczenia z nadzieją, że ominie go przesłuchanie.
            - Nie, nic takiego. – mruknął w odpowiedzi i sięgnął po talerz pełen kanapek z planem jak najszybszej ucieczki do pokoju.
            - Może porozmawiamy? Dawno się nie widzieliśmy. – zaproponował tata Adama. Wciąż stał do chłopca tyłem, co okropnie go zirytowało. Chłopca irytowało też, że jego rodziciel miał rację. Dawno nie rozmawiali. Nie mieli okazji, mijając się codziennie w korytarzu, czy na ulicy. Byli obcymi ludźmi. A przecież nie zawsze tak było, to ciągnie się zaledwie od kilku lat. Kiedy to…
            - Nie, nie porozmawiamy. Spieszę się do szkoły, tato. – rzucił wychodząc z kuchni. Naprawdę, naprawdę nie miał ochoty na rozmowę. Nie dzisiaj, nie teraz, nie z nim. Rosnąca frustracja szukała ujścia z jego świeżo obudzonego umysłu. Czemu nagle chciał rozmawiać?!
            Trzasnął drzwiami od swojego pokoju i usiadł na łóżku wciąż trzymając w ręku talerz z kanapkami. Odłożył go z odrazą na biurko. Przecież nie jada śniadań. Czemu on tego nie wie? Jest jego tatą, prawda? Więc czemu, tak paradoksalnie, nim nie był? Adam nie rozumiał tego. Na co dzień wydawało mu się to normalne. Nieobecność ojca była rzeczą, do której się przyzwyczaił. Czasami jednak przychodziły momenty takie jak ten. Jego życie z tym człowiekiem nie było normalną relacją między ojcem a synem. To z pewnością nie było normalne…
***
            - Dzieci, poznajcie nową koleżankę. – zwróciła się do uczniów wychowawczyni klasy Adama – No dalej, przedstaw się. – starała się ośmielić dziewczynę, która stała jak skamieniała, ogarniając wzrokiem twarze jej przyszłych kolegów i koleżanek.
            - J-ja nazywam się Daria. Daria Mahayeva. – Adam w mig wyłapał ledwo zauważalny rosyjski akcent. Zmierzył nową koleżankę wzrokiem. Miała długie, kręcone, kasztanowe włosy i ciekawe szarozielone oczy. Ubrana była elegancko, ale też bez przesady – idealnie na pierwszy dzień w szkole można by rzec. Niby nie wyróżniała się niczym spośród setek innych dziewczyn w tej szkole, lecz mimo to chłopiec od razu poczuł do niej pewien rodzaj sympatii. Zainteresował się nią.
            Po chwili spostrzegł się, że pani Zalewska wskazuje na niego palcem:
            - Adam pomoże ci się odnaleźć w tej szkole, prawda Adamie? – spytała uśmiechnięta nauczycielka.
            Chłopiec miał już rzucić: „Z przyjemnością, proszę pani!”, powstrzymał się jednak, myśląc jak głupio to zabrzmi. Kiwnął tylko głową i uśmiechnął się do Darii. Odwzajemniła uśmiech, a chłopiec poczuł ciepło rozpływające się po ciele. Nie chciał się do tego przyznać, ale… chyba naprawdę lubił tę nową.

niedziela, 22 maja 2011

nice day, bro

Oczywiście, że nie skończyłem opowiadania. Pfy, skąd niby wziąć czas na takie głupoty, co? Za to dodam zdjęcia z drobnego wypadu na Balaton, aby móc z czystym sumieniem udać się na spotkanie z mapką Polski (tak, znowu) i powalczyć z książką po angielsku. Jeśli nie będę miał szóstki z anglika, to ewidentnie kogoś rozwalę. I generalnie to coś mi się zdaję, że mam zawalony tydzień, ale nawet tego nie sprawdzam. Wolę żyć w błogiej nieświadomości.












To jest na lajfie, ludzie. Żądam ich płyty. To mój kolejny 'must-have'. :)

piątek, 20 maja 2011

Camero Cat

Musiałem dodać drugą notkę tego dnia, ponieważ czuję potrzebę pochwalenia się moim najnowszym odkryciem. Jarajcie się wraz ze mną ich geniuszem. Klik. Nie wiem czy można gdzieś dostać ich płytę, ale jak tylko gdzieś ową spotkam, to rzucę się na nią bez zastanowienia. Naprawdę polecam.

Poza tym grał ktoś już w naszą rodzimą produkcję - Wiedźmina 2? Chciałbym poznać opinię jakiegoś zwykłego niedzielnego gracza przed - i tak pewnym - zakupem. :)


'feel freedom in your mind; only jump up and down.
from puddle left to right or from the other side...'

Edit: Poszperałem w internecie i okazuje się, że w poniedziałek jest premiera ich nowego albumu. Nie ma to jak idealne wyczucie czasu, dzieciaki. Szukajcie w sklepach "Mad Tea Party"