opowiem wam moje dzisiejsze sny, dobra? poczynajac od torturowania
mnie przez współpracowników poprzez wycinanie kawalkow skory. (dodam, że
było to grzebanie w mojej stopie - mój strach przed tą częścią ciała
rośnie z każdym dniem). potem ze próbuje sie zabic strzelajac sobie w
leb z pistoletu a kula nie tyle omija wszystkie wazne czesci mózgu, co
stworzone uszkodzenia rodzą we mnie jakiegoś psychopatę, ktory potem
ulozyl plan morderstwa polowy rodziny w jakims domku na wyjeździe w
gorach. tak poza tym kula przebijając mój łeb, zabija kogoś z tyłu. nie
pamiętam kogo. a może pamiętam. śmiesznie. wracając do planu! bylem w
szoku z jaka precyzja byl ułożony a potem jak cudownie proste było
tlumaczenie się policji i tworzenie swojej wersji wydarzeń. potem bylem w
jakimś lesie i musialem spierdalac tradycyjnie juz przed jakimś dzikim
stworzeniem. wilkiem, niedźwiedziem, chuj wie. a na sam koniec snila mi
sie rozmowa z rodzicami o mojej przyszlosci - byla turbo-chujowa i mało
sprzyjająca, bo gdy kładłem się spać w śnie, znowu chciałem zabijać.
mam wrażenie, że jestem jakiś agresywny generalnie.
wtorek, 5 stycznia 2016
czwartek, 10 grudnia 2015
myśli dziwaczne
"brudnoczarny bezsens w mojej głowie się tworzy. ta obślizgła klucha miesza się tutaj i wije, i spowija bogu winne dziecko rozsądku, bezbronny sens. macki tej kreatury pełzną wszędzie - zasłaniają oczy, usta. już dawno położyły łapę na pałacu motywacji. w moim łbie pozostają tylko jakieś marne nie-do-słowia."
trochę rozwinięta treść mojej wymiany wiadomości, bo jakoś podoba mi się ten styl pisania.
jakoś ciemniej i chłodniej tutaj - typowa zima u mnie mógłbym rzec. choć tak typowa nie jest. pierwszy raz naprawdę (tak z głębi serca!) staram się ja przetrwać i przeżyć. w sensie... nie chcę popaść w tak straszne rzeczy, jak co roku się zdarzało. a wierzcie mi, oddech starych przyjaciół czuję na karku nieprzerwanie. zostawiłem ich w głodzie i niedosycie wrażeń. są żądni mojej krwi, cierpienia i wyrzeczeń. trzęsą mi się ręce jak nigdy w życiu. poza tym troszkę chudnę, bo nie mam czasu ani ochoty jeść... ale walczę. to już piąty rok walki z być może moją niegdysiejszą najlepszą przyjaciółką a z pewnością muzą mego życia. nazwę ją Panią Lodu. od dzisiaj tylko tak będę o tym pisać. wydaje się być całkiem pieszczotliwym ujęciem.
mam dziś gorszy dzień psychicznie. w sensie ostatnio nie było jakiegoś czaderskiego okresu, ale dzień jest poniżej przeciętnej chujowości. idąc tym tropem, jest źle. za to wspaniale kreatywnie pracuje mój mózg. trochę szprycuję się lekami z powodu choroby - mam wrażenie, że to ma wpływ na moją głowę. jestem wyznawcą placebo, przysięgam. najwierniejszym kapłanem. żałość pewną czuję. no nic. tej nocy znowu walczę ze swoimi myślami. mam nadzieję, że tej nocy poskładam się do końca. stosuję stare dobre porady od psychologów urozmaicone o względną medytację - powoli uciszam hałas w mojej głowie. jeszcze tylko znowu muszę ustalić swoją wartość i przemyśleć, co jest dla mnie ważne. i co jestem w stanie poświęcić, czego w ogóle chcę. układam i rozsypuję się.
dziwne myśli mnie nachodzą ostatnio. na przykład: nigdy nie powiedziałem do rodziców po imieniu... praktycznie nie znam osoby, która by nie robiła tego cały czas. dziwne że jeszcze pamiętam, jak się nazywają. no nic. to pikuś.
a co powiecie na to, że nasz umysł to bóg którego od zarania dziejów poszukujemy? HA! tu was mam. każdy wie, że ludzie jako istoty mają trzy główne potrzeby czy cele - biologiczne, społeczne i religijne właśnie. w ostatnim punkcie mamy transcedencję, masę bożków a nawet ateizm (bo toż to wiara... cóż że w naukę)! ani umysłu ani boga nie poznaliśmy. przypadek???? wchodzę na żartobliwy ton, ale przynajmniej w mojej głowie, tworzy to pewną całość. czym byśmy byli znając dokładne działanie umysłu? czy dalej byśmy byli ludźmi? czy sami nie bylibyśmy bogami? w końcu wiedząc to, jesteśmy o krok przed stworzeniem nowego-własnego. miliony ważnych pytań możemy zadać podmieniając podmiot bóg/umysł! wiedza całkowita to nic więcej jak poznanie. to kres. kres i początek.
już od dawna tłumaczy się, że na tym obrazie bóg poznaje adama, mając w tle prawą półkulę mózgu. wiem, że brzmię, jak w młodzieńczych latach pisząc o iluminatach (teraz wierzę wyłącznie w reptilian), ale jestem zafascynowany możliwością jakiegoś połączenia. magią tego stwierdzenia: umysł to bóg. postaram się to rozwinąć w najbliższym czasie.
inna sprawa! na ostatnich zajęciach dowiedziałem się, że moja teoria różnorodności mózgu jest jak najbardziej prawdziwa. każdy mózg jest tak samo indywidualny jak nasze linie papilarne. nie ma dwóch tak samo pracujących mózgów. można tworzyć dane statystyczne, biorąc pod uwagę ludzi o podobnych predyspozycjach, ale nigdy nie będziemy mogli być pewni. ogrom tych myśli mnie przytłacza. zależnie od biologii, procesu socjalizacji, psychologii w relacjach interpersonalnych, boże!, wszystkiego - od wszystkiego zależy w jaki sposób rozwinie się mózg. tak samo zniekształci jego działanie zbyt mocne uderzenie w głowę jak i traumatyczne wydarzenie. nie wiem, czy tylko mnie to zaskakujące informację, bo tak się czuję. kurczę!
inną fascynującą myślą był geniusz Freuda związany z (wyśmianą swoją drogą) teorią mówiącą, że w życiu każdego człowieka są dwa wyznaczniki - Eros i Tanatos. czyli libido (popęd seksualny) i popęd do śmierci. może mało wiem, ale będąc tego świadomym, pragnę stwierdzić geniusz tej myśli. to mogłoby być podstawą dosłownie wszystkiego. większość zdrowych ludzi kierowana jest libido, spora liczba ludzi żyje z depresją, nienawiścią do samego siebie, tudzież myślą samobójczą. dopiero odsetki mają zaburzenia emocjonalne na poziomie obojętności w jedną i drugą stronę. dopiero po tym generalnym podziale można stosować dalszy podział na jakieś zaburzenia osobowości, inny problemy. (w tym miejscu patrzyłem w ścianę przez pięć minut). nie, dobra. jednak to chyba było bezsensu. brzmi fantastycznie.
studiów chyba nie przejdę z powodu nieobecności - nie zaliczę informatyki. trochę mnie to skołowało. za rok psychologia, to pewne, ale co do tego czasu?
polecam serial 'scream queens'. tak dla rozluźnienia.
studiów chyba nie przejdę z powodu nieobecności - nie zaliczę informatyki. trochę mnie to skołowało. za rok psychologia, to pewne, ale co do tego czasu?
polecam serial 'scream queens'. tak dla rozluźnienia.
środa, 9 grudnia 2015
senniczek
mam jakieś chore sny od paru dni. (pewnie przez dawkę paracetamolu i kodeiny, którą zażywam).
dziś najważniejszy sen: stałem przed lustrem i zauważyłem, że popękała mi twarz. tak jak płaty skóry po nadmiernym opalaniu, czaicie? no i niewiele myśląc zerwałem tę warstwę. i moja twarz przypominała kogoś kiedyś bliskiego. nawet w śnie porownywałem ją ze zdjęciem. ale twarz znowu pękła. i znowu ją zerwałem. i znowu przypominałem kogoś innego. i tak kilka razy. za każdym zerwaniem płatów byli przy mnie jacyś ludzie. w którymś momencie nie było co zrywać. nie było też ludzi. nie pamiętam tej twarzy. w tym momencie wchodzi matka i patrzy na mnie z przerażeniem. nie ma słów. obrzydzenie wymieszane z przerażeniem. wychodzi i trzaska drzwiami a ja się budzę.
shit just got real
dziś najważniejszy sen: stałem przed lustrem i zauważyłem, że popękała mi twarz. tak jak płaty skóry po nadmiernym opalaniu, czaicie? no i niewiele myśląc zerwałem tę warstwę. i moja twarz przypominała kogoś kiedyś bliskiego. nawet w śnie porownywałem ją ze zdjęciem. ale twarz znowu pękła. i znowu ją zerwałem. i znowu przypominałem kogoś innego. i tak kilka razy. za każdym zerwaniem płatów byli przy mnie jacyś ludzie. w którymś momencie nie było co zrywać. nie było też ludzi. nie pamiętam tej twarzy. w tym momencie wchodzi matka i patrzy na mnie z przerażeniem. nie ma słów. obrzydzenie wymieszane z przerażeniem. wychodzi i trzaska drzwiami a ja się budzę.
shit just got real
poniedziałek, 30 listopada 2015
prośba do siebie
zacząłem pisać sobie - sobie piszę dla siebie.
mało mnie, mało dla mnie choćby,
więc i z wami się mną nie podzielę.
dni coraz krótsze i uboższe
o jakieś chwile i uśmiechy.
wraz z nimi zacząć znikać.
tak znikać pomalutku dla świata,
(tego dużego własnego
i małego zewnętrznego)
tak siedzieć cichutko
i pisać.
to moja ostatnia prośba do siebie.
niedziela, 29 listopada 2015
napiszę
jeśli chcę pisać, to jest coś na rzeczy. niestety nie mam siły pisać. a wierzę, że jeśli to tu zostawię, to mnie zmobilizuje choćby jutro.
dzieje się mnóstwo i nic, ale jest mi smutno. a to znaczy, że czuję. i jestem jakiś taki... dotknięty tym faktem. prosty smutek. ale o tym oby jutro.
dzieje się mnóstwo i nic, ale jest mi smutno. a to znaczy, że czuję. i jestem jakiś taki... dotknięty tym faktem. prosty smutek. ale o tym oby jutro.
czwartek, 29 października 2015
move me please
ostatnio wracając z korepetycji autobusem, natknąłem się na sytuację, którą mną wstrząsnęła. od trzech dób nieustannie o niej myślę i rozważam pod wieloma względami. jest kluczowe dla wielu idei ostatnich dni. otóż do pojazdu wsiadły dwie kobiety i na oko pięcioletnia dziewczynka. stanęły koło mnie, więc mogłem stwierdzić że może są z dwa lata starsze ode mnie. ledwo podeszły, poczułem otumaniający zapach białych narkotyków. uwierzcie, że po wszystkim, co przeżyłem, nie jest to przyjemny smrodek - wręcz zebrało mi się na wymioty. obie panie były pobudzone, rozprawiały właśnie na temat zajebistości tego, co przyjęły. w którymś momencie dziewczynka łapie jedną za rękaw i mówi, że jest senna. i tu zaczyna się, za przeproszeniem, chujnia sytuacji. blondynka z kolczykiem w nosie, będąca jak widać matką, zaczyna krzyczeć i szarpać dzieckiem. wykrzykuje, że ma się uspokoić, bo nie po to ją zabierała do "cioci", żeby teraz musieć znosić jej "pierdolenie". sama sytuacja była przykra, ale to jak zareagowało dziecko wprawiło mnie w pełną przemyśleń trwogę. dziecko nie zaczęło płakać, nie zmieniło wyrazu twarzy, nie zareagowało tak jak każde inne dziecko by zrobiło na jego miejscu. dziewczynka beznamiętnym głosem po prostu rzuciła sepleniące przeprosiny, odeszła i usiadła na takiej plastikowej części autobusu między siedzeniem a przejściem. zwyczajnie położyła się tam spać. zero reakcji. zero emocji. nic. pustka. nicość. nasuwające się myśli są zwyczajnie potworne, rozumiecie? a wyobraźcie sobie, że takie zachowania są normalne. ile dzieci żyje w czymś takim, będzie uważało to za normalne, będzie dorastało w takim schemacie. oczywiście o takich drobnostkach, jak wyszarpywanie dziecka z tamtego miejsca mimo oporu podczas chęci wysiadki czy grożenie "tatusiem, który spuści ci wpierdol" nie mówię. pomijam brak reakcji mojej czy czyjejkolwiek innej. patrzę tylko na ten przytłaczający tragizm. to dziecko nie ma wyboru. to dziecko wyrośnie na potworka naszego społeczeństwa, z góry skazanego na klęskę. może jestem zbyt emocjonalny jeśli chodzi o dzieci, ale myśląc szerzej, to poważny problem każdego społeczeństwa. i jak tu działać? jak może pomóc resocjalizacja? jak to wszystko ogarnąć? dzieci urodzone w takich warunkach zawsze będą nosić znamię przeszłości. początek i koniec ich żywota to dzień narodzin. dojrzałem na tyle by docenić w jakiś sposób realia, w jakich ja się urodziłem. nie każda jednostka zwana rodziną jest idealna, to utopia socjalizacji i wyobrażeń socjologicznych. w porządku. jednak jestem wdzięczny, że mogłem względnie normalnie się uformować, móc myśleć, trafić tu gdzie trafiłem.
zastanawiam się coraz częściej, jak działa mózg człowieka w zależności od przeszłości, warunków w dzieciństwie, silnych emocji w trakcie życia. może psychoanaliza polegająca na wracaniu do tego, co było nie jest taka głupia, ale powinna być poparta również badaniami na samym narządzie. mogę się założyć, że gdyby wziąć typową patolnię i prawilną rodzinkę, mózgi tych osób są w niczym nie podobne. ponieważ nie chodzi o samo myślenie czy psychikę. punktem odniesienia jest biologia. to jak to wygląda. czy łączy się tak samo, czy te same substancje są produkowane, cokolwiek. czy człowiek to nadal ten sam człowiek co my. (nabywam chyba skrzywienia zawodowego a wystarczyłoby zrobić pewnie mały research).
no i tak mi mijają dni. studia, korki, od poniedziałku dochodzi praca. czasem coś obejrzę. czytam tylko artykuły i książki związane ze studiami. nie dziwcie się, że jestem znudzony. po życiu pełnym wrażeń i ciągłych bodźców, taki spokój jest zwyczajnie dziwny. chciałbym rzucić to wszystko w cholerę, upić się i wyszaleć. wpaść w ciąg przynajmniej alkoholowy, ale chyba to już nie moja bajka.
prawda jest taka, że i tak nie wytrwam długo znudzony. coś się musi stać. i jestem ciekawy, kim wtedy będę.
co do ludzi - mimo chwilowego załamania związanego z poprzednim stanem - dalej uważam, że niczego się nie wymusi. doceniam te osoby, z którymi utrzymuję dobry kontakt, na których wiem że mogę polegać ze wzajemnością. nigdy nie myślałem, że to jest takie proste. cóż. całe życie próbowałem utrudnić sobie każdy element żywota. jeśli masz osoby, które się tobą interesują, martwią - trzymaj je blisko. żadne inne nie są nic warte. to tymczasowi przechodnie. niektórzy lubią tylko na chwilę wracać i o tym też warto pamiętać.
do tego wszystkiego tyję na potęgę i muszę coś z tym zrobić. tęsknię za kostkami. perfekcja musi być.
czwartek, 15 października 2015
brak celu w motywacji równa się załamaniu
wracam do wszystkich swoich problemów. i pomijam tutaj ciągłe rozpatrywanie przeszłości - to tylko dowód na nieumiejętność pogodzenia się z nią przed samym sobą. ale moje ciało cierpi, moja głowa boli, nie sypiam, a jak już sypiam, to budzę się o randomowych godzinach święcie przekonany, że sen był rzeczywistością. problemy w interakcjach z ludźmi. wszystko jak zawsze. wszystko wróciło. i to jawi się przede mną niczym powroty Harry'ego Pottera do "domu" Dursleyów.
powiedziałbym: zabijcie mnie. ale obecnie każda interakcja z osobna zabija mnie po trochu. najchętniej zamknąłbym się gdzieś. pomyślał, poczytał i postarał się ułożyć na nowo ego.
co poza tym? ciekawe studia na kierunku kognitywistyki. jak słucham wykładów, wszystko jest fascynujące. szkoda, że nie umiem się potem zmusić do zainteresowania sam na sam tematem. staram się jakieś muzea odwiedzać, w jakiś wykładach pozauniwersyteckich brać udział, koncerty przeżywać. planuję teatr i kino. czytam po angielsku 'catcher in the rye' dla przypomnienia sobie języka. czeka mnie 'sto dni samotności'. a poza tym milion książek na przedmioty. seriale i filmy jakoś tam jeszcze sobie radzą - odsyłam do filmweba.
chyba tyle. idę podpisać umowę o pracę. może to mnie zmusi do działania. nie chcę tu chyba już być. to się nie kończy a ten blog tego potwierdzeniem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)