Etykiety

wtorek, 24 września 2013

gone


  • nie mam siły składać nawet jakichś rozbudowanych zdań, pierdolę to.
  • najbardziej ambiwalentny moment w moim życiu. nienawidzę siebie, jestem wkurwiony, chce mi się płakać, myśli o obiecanym sobie akcie desperacji włączyły się już ostatecznie w porządek dzienny. równocześnie jestem szczęśliwy dla ciebie, optymistycznie nastawiony do przyszłości, świadom że stałem się lepszy i mocniejszy, że najlepsze przede mną. przewaga pierwszego dawała się jednak dzisiaj we znaki.
  • myślę, że czeka mnie rozmowa z pewną osobą. zaczynam kogoś lubić. serio lubić. nie chcę powtarzać starych błędów. muszę wiedzieć, czy jest w ogóle co zaczynać. 

  • skończyłem serial 'Hannibal' - genialny. czekam na drugi sezon. (AHS już niedługo!)
  • nie mam kompletnie na nic siły. czuję się tym wszystkim wyczerpany psychicznie i fizycznie. przytłacza mnie, jak jedna myśl może rozjebać mi głowę niczym w reakcji łańcuchowej, pociągając za sobą cały umysł. tak jak teraz.


chuj. boli mnie głowa. wszystko mnie boli. dramatyzuję jak zwykle, ale muszę się chociaż w ten sposób oczyścić. muszę dać wszystkiemu czas, muszę zapomnieć. muszę pozbyć się niepotrzebnych emocji, ulokować to wszystko w bezpiecznej otchłani mojej głowy. próbuję poukładać to sobie. powoli to robię. czuję, że jest inaczej - wciąż prześladowany gdybaniem, co by było gdyby a jednocześnie patrzący odważnie w przyszłość. bardziej lub mniej przyjemną. płynąc z prądem, czekam na to, co się wydarzy dalej. chcę uwierzyć, że jeśli było dobrze, to nie zginie. nie przepadnie na dobre. zagubi się, zniknie, przygaśnie by potem na powrót zalśnić, tak? mam teraz czas na ponowne odkrycie siebie. na zrozumienie popełnionych błędów, na okiełznanie obłędu. nie mogę bać się świata i ze spokojem muszę patrzeć na przeszłość. to nie powinno boleć. nie powinno się żałować tego, co kiedyś uczyniło nas szczęśliwymi. powinienem pozwolić sobie na dialog z samym sobą, na zimną analizę bez cienia emocji. nie ma innego wyjścia, jeśli nie chcę się jeszcze pogrążyć w tym szaleństwie. myślę, że muszę się rozchorować. chcę spędzić czas sam ze sobą. we własnym pokoju, pod kocem, z herbatą i zeszytem. tak, chciałbym znowu zacząć pisać. brakuje mi tego - czuję się kompletnym debilem, idiotą, przygłupem. a zawsze wierzyłem, że chociaż to potrafię w jakimś stopniu robić. poza tym może niedługo przestanę mieć sny. niepokojące wizje i rzeczy, które się zdarzyły a teraz wracają w bolesnych wspomnieniach. kurde. chciałbym móc powiedzieć, że dojrzałem. widzę infantylność swoich zachowań. to nie jest tak, że oskarżam wszystkich w koło a sam jestem bez winy, nie muszę chyba tego tłumaczyć. niedorzeczne było wierzenie, że nic się nie zmieni, że zawsze będzie tak dobrze. nigdy nie jest. teraz też nie będzie, niech nikt się nie łudzi. muszę popatrzeć na wszystko szerzej. muszę znaleźć motywację i przestać prokrastynować. pomimo ostatniej izolacji mówiłem, że poznaję mnóstwo ludzi. te kilka osób z którymi rozmawiam, jestem nieco bliżej, pomagają mi na wszystko spojrzeć z innej perspektywy. uczą mnie czegoś. zresztą... co by nie mówić, ty też mnie czegoś nauczyłeś, przede wszystkim ty. zmieniłeś mnie na zawsze. gdy tak o tym myślę, to czuję, że potrzebowałem, żeby to się w końcu wydarzyło. potrzebowałem impulsu, który mnie poruszy w którąkolwiek stronę. jeszcze nie wiem, dokąd zmierzam, ale czuję ruch, zachwianie - i fascynuje mnie to. muszę docenić to, co miałem. muszę nauczyć się doceniać, nauczyć się satysfakcji. nie mówię, że wszystko zrozumiem. nie mówię, że nie będę tęsknić za wszystkimi chwilami, że nie będę mieć tego wszystkiego w pamięci, że nie będę rozmyślać, ile rzeczy zrobiłbym inaczej. ale na tym chyba polega nabywanie doświadczeń. wszystko, co przeżywamy ma nas czegoś nauczyć. oboje staliśmy się innymi ludźmi, jednak chciałbym to wszystko zobaczyć z twojej perspektywy. dam sobie czas. na dialog trzeba poczekać. w powietrzu wisi zbyt dużo niewypowiedzianych skarg, oskarżeń, win. a to już przecież nie ma znaczenia...



sam nie jestem pewny, czy wierzę, co mówię. od rana jadę na tabletkach, trochę mnie to przeraża. noc będzie straszna, czuję to. byle do jutra. byle do weekendu. byle do końca.
There's all these secrets that I can't keep
Like in my heart there's that hotel suite
And you lived there so long
It's kind of strange now you're gone

Told me she’s leaving this town
Says she needs time to explore
She said I can’t love her no more

So if I survive then I'll see you tomorrow
Yea I'll see you tomorrow...

Broken bottles in the hotel lobby
Seems to me like I'm just scared of never feeling it again
I know it's crazy to believe in silly things
But it's not that easy
 

poniedziałek, 23 września 2013

the end

nie piszę, więc nie jestem. nie piszę, więc mnie nie ma.




załamanie nerwowe, dzwoń po pogotowie. pierdolić daty. niestabilność emocjonalna, gówniarstwo, psychiczność, zjebanie, atak, ciemność, stop. idealny dwusetny post.

niedziela, 22 września 2013

numb



Weekend przeżyty, a dowodem dobrej zabawy niech będzie szlaban na wychodzenie z domu. Siedzę sobie w moim kochanym swetrze z rękawami zakrywającymi dłonie - wiecie, to jest właśnie perfekcyjny ciuch. Nie bardzo wiem, czy chcę pisać. Nie potrzebuję tego, nie mam chaosu w głowie. Wszystko jest spokojne. Jest mi obojętnie. Czuję się w jakiś sposób stabilnie. Pewnie. Mimo tej obojętności jestem pewniejszy siebie. Czy to dobrze? Nie wiem. Nieważne.



Leży koło mnie książka od chemii - czas się zabrać poważnie za tę naukę. Nie mogę sobie pozwolić na kolejne potknięcie w tak krótkim czasie. Czuję nawet siłę, żeby się za to zabrać. Chciałbym udowodnić przede wszystkim sobie, że nie jestem aż tak głupi, jak się wydaje. Chcę być "wystarczająco dobry" choćby dla siebie samego - a to chyba najtrudniejsze zadanie. Wszystkich mierzę własną miarą, trudno mi dogodzić. Jak nienawidzę tak wielu ludzi, tak najbardziej z tego wszystkiego nienawidzę siebie. Perfekcjonista-prokrastynator, łapiecie?









Weekend? Przyjemny. Zaczynam odczuwać błędy żywieniowe (a właściwie niemalże całkowity brak owego). Na imprezie mniej mi potrzeba do szczęścia, a teraz trzęsące się łapki i kręci mi się w głowie. Cokolwiek. Piątek dał radę pod każdym względem. Niespodzianka w postaci tableteczek była cudowna. Dawno nie miałem tak wspaniałego humoru. Wczoraj wszystko idealne, gdyby nie fakt powrotu do domu, który okazał się być błędem. Przynajmniej jedno mam zapewnione - jak skończę osiemnastkę, mam wypierdalać z domu. Nawet nie zdają sobie sprawy, jak bardzo mi na tym zależy. Nigdy nie pisałem o swojej familii. I chyba tego nie zmienię. Powiem tyle, że są to najbardziej toksyczni ludzie w moim życiu. Nic dodać, nic ująć.




Na jutro była wyznaczona data. Szczerze mówiąc, nie martwiłbym się, gdyby jutro coś mi się przydarzyło. Jest mi to strasznie obojętne. Nie obchodzi mnie, czy nagle teraz stanie się cudownie czy zdechnę w końcu przytłoczony własnym wyimaginowanym nieszczęściem. Momentami smutek po prostu oplata mnie w całości. Nie ma z niego ucieczki. To jak fala złych emocji. Zostajesz oblany, a woda ciągnie cię za sobą. Jak nie jutro, to mam jeszcze październik. Po prostu chcę, żeby to była ta jedna, konkretna data. Czekam na impuls. Coś, co mnie zmusi do działania w jedną bądź drugą stronę. Bezczynność jest męcząca i destrukcyjna.



Akapit o tobie można już chyba zamknąć. Mam kompletnie dosyć traktowania mnie w ten sposób. Muszę odróżnić desperację od determinacji. Jeśli chciałem być i pomóc a ty to odrzuciłeś, to nic innego mi nie pozostaje. Ileż można żyć iluzją? Może kiedyś znowu będziesz sobą. Tym sobą, który mnie fascynował. To wszystko stało się zbyt męczące, chwilami boli zbyt mocno. Dzisiaj napisałem wystarczająco. Cieszę się, że wszystko się wydarzyło. Przynajmniej raz w życiu byłem naprawdę szczęśliwy. :) Od kiedy sprawy wyglądają, jak wyglądają, coraz więcej ludzi zauważa, że się zmieniłem. Spotykam się z większą liczbą osób, więcej poznaję, jestem pewniejszy siebie i nieco żywszy, bardziej podekscytowany. Jakkolwiek często jest to zwykła gra pod publiczkę, sam też to widzę. Problem polega na tym, że mimo ilości osób wokół mnie i tego, ile nowych znajomych znajduję i tak kończę z niczym. Z nikim nie potrafię już być tak blisko. Wyznaczam granicę. Odwlekam. Staram się mniej mówić o sobie. Wszystko jest dziwne, jak mówiłem. Sztuczne. Jestem ciekawy, kiedy to się zmieni. Kiedy poznam kogoś, kto będzie właściwy. Kurczę. Chciałbym poczuć, że komuś naprawdę zależy. Chciałbym poznać kogoś, kto jest w stanie odwzajemnić w równym stopniu uczucia. Nieważne.



Dzisiaj będę oglądać Hannibala. Trzeba kontynuować, niedługo kolejny sezon chyba. Książka "Groza" Michaela Robothama - kimkolwiek jest ten człowiek. Zobaczymy, jak tam gust mojej matki.



Kaszel wrócił na dobre. Gruźlica jak co roku. Potrzebuję papierosa.

'I can not find you there
don't forget the nights when it all felt right
are you not the same as you used to be'

'Remember when I was
Sweet and unexplainable
Nothing like this person,
Unlovable
I just want back in your head'

'love... love is a stranger
i know that it's hard
i know what it's like
love you don't need a savior
just someone who fight
with you by your side'

środa, 18 września 2013

think twice


Przychodzę znowu pobawić się ze swoimi myślami. Wiecie, to trochę jak gra w kotka i myszkę. Albo lepiej - kto ma kota i bawi się nim światełkiem latarki? Rączki w górę. Rozumiecie, o co mi chodzi? Podążam za swoją myślą, jestem czegoś niemalże pewien, kiedy ten jasny punkt zaczyna mi znikać z oczu. Głównie wtedy, kiedy ktoś z zewnątrz postanawia zmienić reguły. Niekończąca się rozgrywka między mną a światem. Co dzisiaj? Dzisiaj pieprzenie nadzwyczajne. Wymagam od siebie poukładania myśli. Muszę to zrobić, zanim mnie wykończą a głowę spowije mgła.

Od czego zacząć? Jestem spokojny. W jakiś sposób może nawet... szczęśliwy. Dawno tego nie czułem. Jakby wszystko miało się ustatkować. Niepozorna cisza przed burzą? Może. Chcę korzystać, póki mogę. Postaram się pozostać przy starej chronologii, miśki. Szkoła! Pierwsze oceny - dość różnorodne. Pierwsze nieobecności - od czegoś trzeba zacząć. Rozszerzenia? Dalej cudowne. Gdybym tylko nie budził się tak zmęczony życiem, byłoby wyśmienicie. Wspaniale. Świetnie. Bądź co bądź, wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku również tutaj. Jakby nic nie mogło mi teraz zagrozić. Widzicie tę przemianę? Czyste szaleństwo. Dodatkowym zabawnym faktem jest moje przeziębienie - długo wytrwałem zdrowy w roku szkolnym, cholerka.



Moja głowa? Jak widzicie wszedłem chyba w okres manii. Wydarzenia mi sprzyjają, choć i do tego mam ambiwalentny stosunek. Zmiany ostatnich tygodni sprawiły, że poczułem się wyjątkowo samotny. Niby jestem świadom obecności innych ludzi, ich wiary we mnie, ale nie do końca to do mnie dociera. Wróciłem do poprzedniego życia. Nie mam nikogo "tak ważnego". Kogoś, kto pochłonąłby mnie znowu w całości i bez wyjątków. Wiąże się to między innymi z nowymi znajomościami. Wygląda to z zewnątrz cudownie. Życie towarzyskie kwitnie. Staram się być najlepszym człowiekiem, na jakiego mnie stać. Poznałem ostatnio co najmniej kilku wspaniałych ludzi, którzy mnie w jakiś sposób zainteresowali - jedni mniej, drudzy bardziej. Mam poczucie wolności i bezkarności. Nikt niczego ode mnie nie oczekuje. Brzmi dobrze, nie? Szkoda tylko że w tym tłumie dalej czuję się samotny. Nie potrafię przed nikim całkiem opuścić swoich murów. Odsłonić się. Nie potrafię w pełni zaufać. Wszystko wydaje się być sztuczne, plastikowe, nadmuchane. Nie jestem pewny, czy chcę zaufać komuś innemu. Czy jestem gotów. Na razie nie chcę narzekać, bo jest sympatycznie. Moje demony są w jakimś stopniu ujarzmione. Noce wciąż potrafią być straszne, temu nie potrafię zaprzeczyć - za dużo wspomnień przychodzi do mnie, gdy leżę w łóżku. Tak wiele rzeczy chciałbym powtórzyć, zrobić lepiej, poczuć je raz jeszcze. Śnię o tym, co się wydarzyło. Co mogło się wydarzyć. To cudowne, że chociaż wtedy mogę poczuć się spełniony. Że to tylko iluzja? Tak. Ale nic więcej nie zostało. Czuję się po tym wszystkim dojrzalszy, co może rozbawić niektórych. Nie żałuję niczego, co się stało. Muszę poddać się nurtowi, decyzje nie należą do mnie. Rozmyślałem ostatnio, w jaki obłęd wpadłem przez tą jedną znajomość. Na skraju jakiego wyczerpania fizycznego i psychicznego żyłem. Zniszczyło mnie to, fakt. Ale nie mogę obwiniać nikogo o własne uczucia. Wszystko, co robię, wiąże się z autodestrukcją. Drugi raz kochając kogoś, popadłem w szaleństwo. Z własnego wyboru. Shit happens, nie? To wszystko musi do mnie dotrzeć. Niczym brakujące elementy układanki. Sporo spraw załatwiłem. Czuję się lżejszy. Cieszę się z rozmowy z Tobą, jakkolwiek rozjebało mi mózg, czego wynikiem jest ta notka. Nie potrafię tego przyznać wprost, ale łudzę się, że jesteśmy w stanie wrócić do tego, co było. Że będę mógł się znowu poczuć bezpiecznie. Głupota. Denerwuje mnie wiele rzeczy, o których nie potrafię mówić. Przestałem mówić o tym, co mnie gryzie. Cały dzień jestem niczym manekin z narysowaną uśmiechniętą buźką. Doskonale wiesz, co jest nie tak. Mimo że wszystko znowu było moją... winą, zasługą to dziękuję ci za to, że zdecydowałeś się porozmawiać. Jestem ciekawy, co wyniknie z tego wszystkiego. Po prostu jestem ciekawy. Powtarzam się, ale myślę, że nigdy nie przestaniesz dla mnie tyle znaczyć. I powtórzę, że do ciebie należy każda decyzja. Jestem zmęczony tą całą grą, tym pierdoleniem. Po prostu zrób coś, żeby mi udowodnić jedno albo drugie. Wzbudź we mnie emocje. Skrajne. Zrób. Cokolwiek.



Papieros wypalony jeden za drugim, nie pomoże ci zapomnieć o całym gównie - jakoś tak to szło. Szkoda. W weekend chciałbym się - za przeproszeniem rzecz jasna - spierdolić. Marzę o tym. Znowu zapomnieć o myślach, zapomnieć o problemach, zapomnieć o zasadach. Bawić się. Nic więcej. Syndrom Piotrusia Pana był idealnym określeniem.



Dobry humor odchodzi. Trzymajcie kciuki po tej upośledzonej notce. Na nic więcej mnie nie stać.





I can't give it up
To someone elses touch
Because I care too much

Could you tell
I was left lost and lonely
Could you tell
Things ain't worked out my way

Wish the best for you
Wish the best for me
Wished for infinity
If that ain't me
 
And there are some things that you have to let go of
And there are things I know
that you know
I now know
But she'll never have half of what we had

Here I go again - the blame
The guilt, the pain, the hurt, the shame
The founding fathers of our plane
That's stuck in heavy clouds of rain.

One day baby, we'll be old
Oh baby, we'll be old
And think of all the stories that we could've told



poniedziałek, 9 września 2013

over fucking everything



Witajcie po wakacjach - wy, którzy z powątpiewaniem spojrzą na nowy post dodany po trzymiesięcznej przerwie - miło was widzieć chociaż w ten wirtualny sposób. Śmiem wątpić, żeby nastąpiło w mojej głowie jakieś cudowne oświecenie, więc nie spodziewajcie się głębokich przemyśleń. Wręcz obawiam się o całkiem odwrotny skutek minionych miesięcy. Sam nie wiem, od czego zacząć... ani tym bardziej nie mam pojęcia, na czym powinienem skończyć. Stali czytelnicy na pewno zauważyli jedno: wracam na bloga tylko wtedy, gdy tracę kontakt z rzeczywistością. Pisanie pozwala mi wyzwolić myśli, poukładać sobie wszystko w obolałych odmętach ciemności mojej głowy. Moja nadzieja zapaliła się równie szybko, co zgasła. Nagle i niespodziewanie. Jeśli powiem, że jestem w dupie, byłoby tak zwaną litotą, niedomówieniem. Dlatego piszę. Piszę, więc jestem. Jestem, póki piszę.

Wypadałoby zacząć od początku. Postaram się utrzymać formę poprzednich postów, tę samą chronologię. Cóż... czyli szkoła. Początek drugiego tygodnia. Co mogę powiedzieć? Czuję się, jakbym w ogóle jej nie opuścił. Nawet na chwilę. Muszę mimo wszystko przyznać, że istnieją niezaprzeczalne zalety bycia w drugiej klasie liceum. Wybrałem cudowne rozszerzenia, z których jestem niesamowicie zadowolony: chemia i matematyka. Plus oczywisty na profilu dwujęzycznym angielski. Grupy niewielkie - bodajże dziewięcio- i dwunasto- osobowe - stwarzają idealne warunki do nauki. Co więcej rozpocząłem ten rok z ogromnym zapałem do mojej edukacji, co może być zaskakujące względem poprzedniego roku. Jak dotąd nie mam na co narzekać w związku z przewodnimi przedmiotami. Szkołę też lubię. Sporą część ludzi akceptuję i toleruję, co jest milowym krokiem w moim życiu społecznym. Oczywiście że dalej byłbym w stanie wymienić dziesiątki ludzi, których należy... zutylizować, zabić, zniszczyć, zgnębić, zamknąć, cokolwiek. Ale nie jest to już taka nienawiść, jaką darzyłem ich wcześniej. Może jeszcze nikt mi nie podpadł? Kurczę. Bądź co bądź, ponarzekać też muszę. Mamy zastępstwo z języka polskiego na czas nieokreślony z kobietą, która dzisiaj pokrótce stwierdziła, że cokolwiek nie zrobimy ze swoją przyszłością, to i tak popełnimy błąd. Okej, żadna zbrodnia. Czas pokaże, kto lepiej skończy. Bardziej zirytowany byłem - po pierwszej lekcji, a to pewien "sukces" - jej staraniami wpojenia nam, że niewierzący są ograniczeni. Zwykła głupota, którą nie warto się przejmować, tak? Nie przeczę. Tylko osobiście nie wydaje mi się, że nauczyciel powinien narzucać nam swoje przekonania. Wręcz przeciwnie - powinien być otwarty na nasze przekonania, naszą kreatywność czy potencjał. Cholerka. No nie powinno tak być? Nie możemy być zamknięci w żadnych ramach. Mamy tworzyć coś nowego, lepszego. Jesteśmy, jak to lubią mówić, przyszłością narodu, świata... więc niech nam na to pozwolą. To porusza już nie tylko kwestię tej jednej lekcji, tego jednego problemu. To porusza problem całego systemu. Może nie myślę teraz jasno, piszę na bieżąco to, o czym w danym momencie myślę, ale... uch. Na tym lepiej skończę temat szkoły. Jeszcze dziesięć miesięcy przede mną. (: O! jeszcze usłyszałem od człowieka, z którym rozmawiałem dwa-trzy razy w życiu, że jestem najbardziej ekscentryczną osobą w klasie. Okej. Przyjmuję każdy punkt widzenia.




Pisałem te parę miesięcy temu, że nie panuję nad swoją głową. O jakże głupi byłem! Chciałbym, móc się kontrolować tak, jak wtedy to robiłem. Chciałbym umieć panować nad tym, co czuję. Nie chcę płakać z byle powodu. Chciałbym nie stwarzać nowych blizn na ciele. Chciałbym nie czuć do siebie takiej odrazy, takiej nienawiści. Chciałbym się nie obwiniać o wszystko, co kiedykolwiek się wydarzyło. Chciałbym po prostu wziąć życie w swoje ręce. Ale wiecie co? Nie potrafię. Nigdy nie potrafiłem i teraz tym bardziej mi to nie wychodzi. Siedzę teraz w nie najgorszym humorze. Zgaduję, że to pozytywny efekt pisania. Jednak co z tego, jeśli wiem, że jeszcze tego wieczoru dopadną mnie wszystkie demony, przed którymi tak strasznie staram się uciec. Co z tego jeśli nie pamiętam już w pełni przespanej nocy? Co z tego jeśli na wspomnienie tego, co było, głos odpowiada mi że to wyłącznie moja wina, że wszystko się spieprzyło. Tak, wiem. Każdy jest smutny, każdy ma swoje problemy. Mimo to dochodzę coraz częściej do wniosku, że nie chcę tego ciągnąć. Nie chcę przeżywać tego wszystkiego po raz kolejny. Nie zniosę kolejnych miesięcy... tego. Ile to już trwa? Dwa-trzy lata? Ile można znosić własną beznadziejność, niedoskonałość? Ile czasu można czuć, że nie spełniam własnych - a co dopiero innych - wymagań? Jestem nikim. Bo kimże jestem? Nie znam chyba nikogo, kto bierze mnie na poważnie. Nie znam chyba nikogo, komu by zależało. Nie oczekuję, że ktoś mnie uratuje, sprawi mi lepsze życie. Wcześniej oczekiwałem wsparcia, ale i to okazało się zbyt wygórowanymi oczekiwaniami. Ostatni raz wyznaczyłem sobie jakąkolwiek datę w zeszłe wakacje. Desperacja sięgnęła wtedy zenitu. I, nie zgadniecie, znowu tu jestem. Tik-tak. Być albo nie być. O to zawsze chodziło. O doświadczenie życia.

Ostatnio pisałem nawet o nałogach. Temat rzeka! W te wakacje wpadłem w nurt niemalże wszystkich ogólnodostępnych używek. Czemu by o tym nie pisać?! Jedziemy po bandzie, tak? Moje wcześniej zakorzenione przekonanie, że tylko po spożyciu pewnej ilości alkoholu nadaję się do interakcji z ludźmi pogłębiło się. Już nawet nie chodziło o to. Piję, palę, biorę, "szaleję" żeby zapomnieć o tym całym gównie. Żeby poczuć się lepiej. Raz działa, raz daje odwrotny skutek. Spirala ściorania. Mam tę straszną cechę, która zmusza mnie do analizowania wszystkiego z każdej możliwej perspektywy. Wiecie, te zamierzchłe plany związane z psychologią bądź psychiatrią. Staram się myśleć empatycznie. W stosunku do siebie również. Brzmi idiotycznie, nie? Ale staram się na samego siebie patrzeć z zewnątrz. Do czego zmierzam? Że to wszystko było prawdopodobnie zwyczajnym wołaniem o... nie wiem, pomoc? Chciałem chyba, żeby w końcu ktoś powiedział: stop. Czy bym posłuchał? Kto wie. Wiem, że tego nie usłyszałem. Nie mam do nikogo pretensji, to w końcu moje życie i powinienem być w stanie o siebie zadbać. Poza tym... samodestrukcja zwyczajnie mnie kręci. Ryzyko. Zostałem nazwany dekadentem. Upadek moralności. Jeśli ktokolwiek tak to właśnie widzi, proszę bardzo. Dodaj do Wertera XXI wieku i otrzymujemy mnie. Cudownie? Tak. A do sławnego wzoru nieszczęśliwego romantyka bliżej mi teraz niż kiedykolwiek.



Potem nadchodził czas na Ciebie. Mogę mówić wszystkim, co chcę. Mogę sam sobie wmawiać wszystko. Zwyczajnie sam nie mam już pojęcia, co czuję. Czuję się jak gówno, to z pewnością jest prawda. Bo tak byłem i jestem dalej traktowany. Czy pisząc o tym, cokolwiek zmienię? Wątpię. Moje słowa nie są warte więcej niż Twoje. Zwykłe pierdolenie nie mające przełożenia na rzeczywistość. Mógłbym pisać godzinami, jak bardzo jestem rozgoryczony Tobą, jak bardzo obwiniam siebie, jak to wszystko zniszczyło mnie od środka. Jednak doskonale wiem, że zdajesz sobie z tego sprawę i to jest chyba w tym najgorsze. A jeśli na koniec mogę sobie pozwolić na delikatne złośliwości, to co tam było Twoimi planami na przyszłość? Czyżby psychologia...? Chyba nic nie muszę dodawać. :))

Myślę jeszcze o naszym ostatnim spotkaniu i czy zachowałem się w porządku. Dochodzę do wniosku, że tak. Gdybyś chciał, to byś zrobił cokolwiek jak dorosły człowiek. Tyle rzeczy do powiedzenia, cóż.




Skończyłem czytać "Lot nad kukułczym gniazdem" - ten post może jest po części również efektem tego, heh, zdarzenia. Żałuję. Po tysiąckroć żałuję, że najpierw obejrzałem film i wiedziałem, jak cała akcja się potoczy. Brakowało mi tego napięcia, dreszczyku, zaciekawienia. Mimo to książka ujęła mnie bardziej niż jej ekranizacja. Opowieść pisana z perspektywy jednego z pacjentów oddziału psychiatrycznego była wiarygodna, przejmująca, fascynująca. Sama historia jest wspaniałą opowiastką, z tym chyba niewielu będzie się kłócić. Jednak warto spojrzeć również na tę książkę z szerszej perspektywy - patrząc na dzieje autora i czas wydania. Wszystko można uznać za pewną alegorię, nawiązanie do ówczesnej Ameryki. Nie chcę zdradzać fabuły, więc tak nieskładnie w tym miejscu zakończę. Polecam każdemu. Poza tym w wakacje udało mi się dorwać do książki Johna Greena "Szukając Alaski". Sympatyczne. Nie ujęło mnie jak "Charlie" (choć parę łez pod koniec uroniłem) a jednocześnie nie mogłem się od niej oderwać. Jestem ciekaw reszty dzieł tego autora.

Filmy? Goddammit. Dajcie mi spokój. Zacząłem serial "Hannibal" i oczekuję trzeciego sezonu "American Horror Story". Nic więcej. STOP, PRZEPRASZAM. Zajrzałem na swojego filmweba. Udało mi się obejrzeć "Tajemnicę Brokeback Mountain". I wiecie co? Nienawidzę każdego, kto mi polecił ten film i nie powiedział wcześniej o zakończeniu. Dawno nie byłem tak rozdarty po seansie. Kto nie oglądał, wie, co ma robić.



W piątek może Dni Katowic. Wiecie: Myslovitz, Coma, Mela Koteluk. Sympatycznie. No i nadchodzi koncert Marii Peszek również w Katowicach... jaram się.

TAK A PROPOS TO ZAPOMNIAŁBYM. W wakacje odwiedziłem czeską Ostrawę na czterodniowym festiwalu Colours of Ostrava. I chyba nie muszę mówić, jak cudownie było. Woodkid, Sigur Ros, Damien Rice, The XX, Peszek i wieeele innych. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to za rok w tym samym miejscu spędzam najlepsze chwile swojej młodości. (:

Say something I'm giving up on you
I'll be the one if you want me to
Anywhere I would have followed you
Say something I'm giving up on you

And I am feeling so small
It was over my head
I know nothing at all

And I will stumble and fall
I'm still learning love
Just starting to crawl(...)

And I will swallow my pride
You're the one that I love
And I'm saying goodbye

Say something I'm giving up on you
I'm sorry that I couldn't get to you
Anywhere I would have followed you

Don't let me down
Don't make a sound
Don't throw it all away
Remember me
So tenderly
Don't let it slip away

It's not over, not over, not over, not over yet
You still want me, don't you?

W jedzeniu umiaru brak
Po matce matki ma

No i jeszcze
Samobójcze skłonności
Po dziadku
Dziadków dwóch
Wiec umiera
razy dwa

sobota, 8 czerwca 2013

keep me from going insane

Jak powiedziałem, tak zrobię. Napiszę cokolwiek, sprawdzając, czy mój upośledzony mózg do czegoś jeszcze się nadaje. Ostatni post został dodany dokładnie miesiąc i dwa dni temu. Szczerze mówiąc, pierwszy raz nie brakowało mi pisania. Nie brakowało mi wylewania wszelkich trosk na forum publicznym. Dlaczego to robię? Powód jest tak samo infantylny jak zwykle - gdy o czymś napiszę, mogę być pewny, że to do mnie dotrze. Uczepi się i będzie ciążyło. A pewne rzeczy potrzebują przemyślenia. Nie ma ku temu lepszej okazji jak sobota spędzona w domu z tymi krzyczącymi nade mną ludźmi, którzy nazywają siebie moimi rodzicami. Tak. Buntownik jak cholera. Wszyscy wiedzą lepiej.


Szkoła się kończy, wszyscy o tym doskonale wiemy i z utęsknieniem czekamy na jakże obiecujące wakacje. Ten rok był wyjątkowo ciężki jeśli chodzi o ten aspekt mojego życia. Nie wiem, czy mogłem sobie, przepraszam za wyrażenie, spierdolić wszystko bardziej. Na początku roku wyobrażałem to sobie zupełnie inaczej. Nie widziałem sensu robienia czegokolwiek, starania się, próbowania. I, bądźmy szczerzy, dalej nie widzę. To przyniosło za sobą pewne konsekwencje, z którymi teraz muszę się zmierzyć. Tyle jeśli chodzi o naukę. Szkoła... polubiłem ją. Po całym przeżytym roku mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że to liceum jest naprawdę w porządku i nie żałuję swojego wyboru. Lepiej trafić nie mogłem.


Wracam do swoich starych nawyków. Wszystko zaczyna wyglądać jak rok temu i nie wiem, co mogę zrobić. Czuję się zwyczajnie bezsilny, jakbym nie miał wpływu na to, co się ze mną stanie. Nie panuję już nad swoją głową. Dawno temu przestałem. Wszystko jest nieprzewidywalne i przy tym niesamowicie przerażające. Każdy mój krok skończy się tak samo źle. Coś jak zamknięte koło, labirynt bez wyjścia. Każda akcja przynosi za sobą skutek i mimo że pisałem o tym niejednokrotnie, dalej nie potrafię się nauczyć przewidywania efektów swoich działań.





 Jak sobie ze wszystkim radzę? O, to akurat bardzo proste. Nałogi są perfekcyjną ucieczką od rzeczywistości. Im więcej, tym lepiej. Pozwalają chociaż na chwilę zapomnieć o tym całym gównie, pozwalają znaleźć ujście wszystkim zgromadzonym emocjom. Nie dbam o to, gdzie zmierzam. Na tej osobistej "autostradzie do piekła" nie ma znaku stop. O własnych siłach nie dam rady się zatrzymać. Tragicznie potrzebuję wsparcia, pomocy, poczucia bezpieczeństwa i bycia potrzebnym. Potrzebuję opieki. Potrzebuję. Pierdolenie. Stałem się słaby i zależny. Cóż.











 Ty. Długo się zastanawiałem, czy powinienem w ogóle jeszcze o czymkolwiek tutaj wspominać. Jeśli jednak mam sobie poukładać wszystko w głowie, to potrzebuję napisać cokolwiek. Nie mogę pominąć, bądź co bądź, prawdopodobnie najważniejszej osoby w moim teraźniejszym życiu - jakkolwiek jestem beznadziejny w tego okazywaniu. Co chcę powiedzieć? Właściwie... nie wiem. Wszystko zostało wypowiedziane. Wierzę, że wszystko jest i będzie dobrze. Sam decydujesz o tym, co robisz. Niczego nie oczekuję. Wszystko jest twoim wyborem. Melodramat - kwintesencja moich ostatnich wypocin.


Książki? Czytam "Czarną Bezgwiezdną Noc" Stephena Kinga i wróciłem do "Cierpień młodego Wertera" Goethego. Skończę, to opowiem.




Filmy? Nic. Chciałbym wreszcie wybrać się do kina na jakiś ambitniejszy film. Obejrzałbym również ekranizację "My, dzieci z dworca ZOO" jak i "Władcy much". Wszystko czeka.











 Dni Sosnowca trwają, a ja mam siedzieć w domu. Dzisiaj ominie mnie Mela Koteluk. Jak uroczo.

'But I'm a creep, I'm a weirdo.
What the hell am I doing here?
I don't belong here.
I don't care if it hurts,
I want to have control.
I want a perfect body,
I want a perfect soul.
I want you to notice,
when I'm not around.
You're so fucking special,
I wish I was special.'
'Well, you're my friend, that's what you told me
And can you see what's inside of me
Many times we've been out drinking
And many times we've shared our thoughts
But did you ever, ever notice, the kind of thoughts I got
Well you know I have a love, a love for everyone I know
And you know I have a drive to live I won't let go
But can you see it's opposition, comes arising up sometimes
That it's dreadful antiposition, comes blacking in my mind

And then I see a darkness
And then I see a darkness
And then I see a darkness
And then I see a darkness
And did you know how much I love you
Is a hope that somehow you, you
Can save me from this darkness

Well I hope that someday buddy
We have peace in our lives
Together or apart
Alone or with our wives
And we can stop our whoring
And pull the smiles inside
And light it up forever
And never go to sleep
My best unbeaten brother
This isn't all I see

Oh no, I see a darkness
Oh no, I see a darkness
Oh no, I see a darkness
Oh no, I see a darkness
And did you know how much I love you
Is a hope that somehow you
Can save me from this darkness'