Etykiety

niedziela, 19 sierpnia 2012

runaway

wróciłem z bieszczad dobre parę godzin temu. nie chce mi się spać, pisać w sumie też nie. opowiem coś może w następnym poście. było... dobrze. a teraz pracowity czas przede mną. bardzo pracowity. miłego oglądania. być może jakieś zdjęcia dojdą, nie chciało mi się wszystkich ogarniać. plus dostanę zdjęcia od babci i Oli. więc... część pierwsza tak jakby.

 codzienny widok okna

 widok z Małego Jasła
 kuzynka Ola.







 a to już widok z Jasła.
 w Bieszczadach praktycznie niespotykany - dziewięćsił.

dość kulawa próba stworzenia panoramy ze zdjęć. w drodze na najwyższy szczyt Bieszczad - Tarnicę.





 droga na Tarnicę przez praktycznie połowę czasu wyglądała mniej-więcej tak.
szalony ja, heheszki.
 droga na Tarnicę, cd.
 i znowu.
przedostatnie podejście (według mnie zdecydowanie najgorsze) na "szczyt Bieszczad".
droga z poprzedniego zdjęcia.
 widok z owej drogi.
 tu już ostatni przystanek przed osiągnięciem celu.
prawie Tarnica. krzyż trochę dalej.
 to już widok z samego szczytu. miałem jeszcze zdjęcie z czasem dotarcia, zdjęcie mnie na szczycie i takie tam pierdoły, ale wam litościwie daruję. (:

już w drodze powrotnej, Tarnica w oddali.
 połoniny w drodze powrotnej.
 a po drodze widokiwidokiwidoki.
cd.


to na tyle chyba. jutro może jakaś reszta. dobrej nocy - pozdrawiam o godzinie 04:16.

Galeria Beksińskiego, czyli jedna z najlepszych rzeczy, jakie można obejrzeć, będąc w okolicach Bieszczad. naprawdę.

'Non, je ne regrette rien
Ni le bien qu'on m'a fait
Ni le mal tout ça m'est bien égal'
 
'Take my hand, show me the way, we are the children who can’t be saved.'

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

moment in paradise

dziękuje Kasi za cudowną pseudo-sesję z dzisiaj. piekielne upały nam nie straszne, tak? słodko. a pojutrze czeka mnie wyjazd w bieszczady. i tak mam dziesięć dni z głowy. potem już tylko odliczanie do września, cholera.

jak dobrze nie myśleć. tak po prostu nie myśleć o niczym.









'She never cried, she only tried
To fly beyond her dreams
No walls around her mind'

sobota, 4 sierpnia 2012

somewhere only we know

robiąc porządki na komputerze, natknąłem się na jakieś niedokończone przemyślenia. data powstania dokumentu wskazuje jeszcze zeszły rok. ciekawe co jeszcze tutaj znajdę. macie i czytajcie. :)



                Gwiazdy. Niedoścignione marzenie ludzkości. Czysta kwintesencja naszej niezmiennie trwającej od zarania dziejów niewiedzy. Tak blisko – wręcz na wyciągnięcie ręki! – a jednak tak daleko. Od kiedy człowiek zaczął używać mózgu do czegoś więcej niż przeciętny szympans, fascynowały go te świetliste punkty. To przecież właśnie Słońcu i Księżycowi przypisywano pierwsze siły boskie. Ba, to od nich narodziły się wszystkie dzisiejsze religie. I kto wie, czy do tego pierwotnego punktu znowu nie zmierzają. Jakby ludzkość nie nazwała swego stwórcy, koniec końców powiela on schemat wiary w słońce. Zresztą czy tak nie byłoby prościej? Pomyślcie. Wszystkie oczy świata codziennie konfrontują się z Bogiem. Że słońce nie tłumaczy naszego powstania? Przepraszam za brak subtelności, ale chcecie mi powiedzieć, że niewidzialny pan robi to lepiej? No właśnie. Poza tym nie chodzi mi o to, kto i jak nas stworzył. Te kwestie pozostawiam do wytłumaczenia nauce. Bardziej ciekawi mnie aspekt…  powiedzmy psychologiczny. Wracając, domniemana wszechmoc boska w jakimś stopniu równa się potędze słońca. Dlaczego? Już starożytni doskonale wiedzieli, że ostatecznie bez tej wielkiej rozgrzanej kuli nie przeżylibyśmy nawet najmniejszej milisekundy. To ona umożliwia nam życie. Nie każe nam być dobrymi – od tego każdy człowiek posiada własne sumienie, moralność, „wewnętrzne ja” – co najwyżej mogłoby nas prosić o bycie ekologicznymi. „Idźcie i głoście światu ekologię” – powiedziała wielka świecąca planeta pierwszym ludziom. No cóż. Za to pytanie o powód rozpoczęcia czci ku słońcu jest raczej zbędne.
                Poza swoistą wiarą w najbliższe gwiazdy, kult planet wykorzystywali między innymi Egipcjanie. Prawe oko Ozyrysa rzekomo symbolizujące słońce, oraz lewe księżyc. Zatrzymajmy się chwilę przy tym niesamowitym kraju. Zdradzę wam, że jestem jednym z tych świrów zafascynowanych sprawą piramid. Kto, jak, dlaczego, dlaczego tutaj – stały zestaw pytań. Ktoś powie, że jemu to na lekcji wytłumaczyli. Mnie też. Tylko trzy czwarte z tego – przepraszam za wyrażenie –  to gówno prawda. Naukowcy aktualnie dalej pracują nad tą łamigłówką. Mnie nie pozostaje nic innego jak polecić przeróżne filmy dokumentalne, reportaże, artykuły, całe książki. W końcu pogdybać zawsze miło. Ale o samych piramidach kiedy indziej. Z kultem planet o krok dalej posunęli się starożytni rzymianie. Mars, Merkury, Wenus, Saturn, Neptun – zaledwie kilka przykładów. To tylko potwierdza nasze trwającego po dziś dzień wielkie zainteresowanie niebem. W kosmosie jak i oni poszukujemy odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Choć minęły tysiące lat, a my mamy czelność nazywać się „oświeconymi”, dalej pozostajemy głupi. Bez odpowiedzi. I wiecie co? Myślę, że owych nigdy nie mieliśmy poznać. Czy było to z góry zaplanowane (uwaga, wkraczamy w sci-fi) czy też nie. Fakt ten nie zmienia niczego. Mieliśmy pozostać ślepi. Wiedza ostateczna mogłaby nas przerosnąć, zniszczyć, doprowadzić do czegoś gorszego niż nawet nasz własny upadek. Czyż nie byłaby to fantastyczna historia? Przypomnijmy sobie teorię tak zwanych wymiarów. Może chodzi dokładnie o to. Każdy wymiar ma nad sobą wyższy. Każdy wymiar czeka na punkt kulminacyjny – moment odkrycia tajemnicy powstania. Może nawet możliwości stworzenia. Niczym swoiści bogowie. I tak od kwadrylionów lat. Wymiar po wymiarze. Może nawet ci wielcy „bogowie” zachłyśnięci własną potęgą giną, robiąc miejsce własnym tworom? To nawet znalazłoby pewną alegorię w mitologii greckiej. Nie-sa-mo-wi-te. Nie mówcie, że tylko mnie to tak fascynuje? Ech. Choć wizja pasjonująca, to nie odpowiada na żadne z pytań. Rodzi ich jeszcze więcej. No cóż.
                Ciekawi mnie też podobieństwo kosmosu do świata atomów. Czyż nie interesująca jest wizja bycia czymś mniejszym od atomu w czyimś świecie? I na odwrót. Bycie wszechświatem?  Idąc dalej tym tropem, może zamiast szukać odpowiedzi daleko w kosmosie prościej byłoby ich poszukać tuż koło nas?


widzę parę błędów w rozumowaniu, wyobraźnia też chyba zaczynała mnie przerastać.
nieważne.


'This is the last time
That I will show my face
One last tender lie
And then I'm out of this place'

czwartek, 2 sierpnia 2012

wake up

nie czuję, żeby problem dotyczył mnie. w sumie nie czuję nic. nic konkretnego. urocze uczucie. jest w porządku. na tyle w porządku, że nie potrzebuję nikogo do martwienia się o mnie. jak kiedyś pisałem: akcja-reakcja. krok-tupnięcie. moja scena, wasze widowisko. nie wpłyniecie na moje działania tak, jak nie wpłyniecie na film wyświetlany w kinie.


właśnie dostałem opieprz za spanie do 12. przecież to moja wina że nie mogę spać w nocy, no tak. głupi ja. :) więc co teraz? z pewnością kolejny dzień pełen przygód. a za tydzień wyjazd z babcią. mam nadzieję, że te góry warte są zmarnowania dziesięciu dni. w sumie podoba mi się wizja tego wyjazdu. zawsze coś konkretnego do roboty. obawiam się tylko mojej babci, która za cel postawiła sobie próbę dokarmienia mnie. brr.

założyłem last.fm. link tam gdzieś po prawej. teraz możecie mnie inwigilować jeszcze dokładniej.

nie mam pojęcia, o czym pisać. więc notka napisana dla zasady. ot tak. do wyjazdu coś napiszę. to będzie mój cel. siadam i zaczynam pisać. trzeba ogarnąć resztki mózgu, jakie mi zostały.

środa, 1 sierpnia 2012

summertime sadness


























pro-szczęśliwe zdjęcia, żebyście nie mieli żadnych wątpliwości co do mojego pro-szczęśliwego nastroju. :)

jestem rozdarty między opcją nienawidzenia was wszystkich i skończenia notki w tym miejscu a pisaniem dalej. ale chyba zostanę przy drugim. w końcu to też forma tortur, nie? właśnie teraz dochodzę do super genialnego i jakże błyskotliwego wniosku, że nienawidzę wszystkiego. "nie podchodź bez kija" mode: on.

przeczytałem wczoraj wszystkie notki na tym blogu. wszystkie. od dechy do dechy. byłem świadkiem całej swojej - ujmijmy - transformacji. w życiu bym nie przewidywał, że skończę, jak skończyłem. podziwiam starego siebie za to, co pisałem i jak. szkoda że nawet taką banalną umiejętność zatraciłem gdzieś w czasie tej przemiany. straciłem tak w sumie wszystko. marzenia, aspiracje, plany, kontakty, umiejętności, a przede wszystkim cenny czas, którego nie odzyskam. najgorsze, że tak naprawdę mam to gdzieś. jakąkolwiek wolę walki też straciłem. sad but true. nie wiem, ile jeszcze napiszę notek takich jak te. zawsze to samo. zawsze jak mi źle i niedobrze. żałosne i fascynujące zarazem. fascynujące ze względu na to, że jednak dalej ktoś tu wchodzi. nie ma już takiego boomu jak na początku roku, ale jak na brak notek nie jest najgorzej. no cóż.

panie i panowie, jesteście świadkami mojego nieustannego upadku. i nie mam nic do dodania. jestem żałosnym cieniem człowieka, którym byłem i gardzę sobą jak nigdy. tyle w tym temacie mam do powiedzenia.

kończę czytać "zieloną milę". książka równie cudowna co film. "cmętarz zwieżąt" też polecam. pan King nie zawiódł i tym razem. teraz czeka na mnie powtórka całej serii "harry'ego pottera", trzymajcie kciuki. seriali jak dotąd nie obejrzałem. filmów żadnych chyba też, przynajmniej nie pamiętam nic ciekawego. nie pytajcie, co w takim razie robię. czas mi ucieka między palcami. nie robię nic. naprawdę.

bułgaria? sztywna kadra, tragiczny hotel (niezapomniane przeżycia kulinarne), idiotki drące ryja. plaża, jedna długa ulica, hotele - tak mogę opisać złote piaski. i jeszcze ładny park był. osom. ale wiecie co? mógłbym narzekać godzinami, ale najważniejszy jest fakt, że wszystko to było do przeżycia, gdy się było w dobrym towarzystwie. choć wszyscy wszystkich denerwowali jak cholera, a ja jak zwykle popisałem się niezwykle rozwiniętą umiejętnością życia w społeczeństwie, to... cieszę się, że spędziliśmy ten czas razem. rzygam tęczą ze słodkości tego stwierdzenia, ale no cóż. dziękuję wam w sumie za wszystko. i lepiej będzie, jeśli na tym skończę, nie chcąc już niczego psuć. jesteście cudowni.

za trzy dni upłynie termin mojej najważniejszej obietnicy złożonej samemu sobie. czuję się jak najżałośniejsza osoba na całym globie. nie żartuję. nawet tego nie jestem w stanie zrobić. rzecz niepojęta, jak człowiek potrafi stać się słaby. mogłem zrobić to, kiedy jeszcze miałem odwagę. te wszystkie emocje, które się we mnie kotłowały, tą determinację. przecież to już pół roku. pół roku pieprzenia sobie życia. krok po kroku. znowu zaczynam. stop.

przeraża mnie liceum. przeraża mnie nowa klasa. przeraża mnie powrót do nauki. nie wyobrażam sobie - z moim obecnym brakiem mózgu - siedzenia nad książkami czy myślenia w ogóle. czysta abstrakcja. połowa wakacji za mną, więc czas chyba zacząć się oswajać z tą myślą. oswajać z powrotem do jakiegokolwiek życia. przymus kontaktu z tymi ludźmi rodzi u mnie coś w rodzaju napadów drgawkowych połączonych z chęcią wyzbycia się zawartości żołądka. brr. wszyscy mnie pokochają. z pewnością. a przede wszystkim ja ich. (:

puenty chyba nie będzie. to już tak tradycyjnie w sumie. dochodzę do wniosku, że w moim życiu nic nie ma puenty, więc no... miło się pierdoliło, ale czas kończyć. w sumie nie powiedziałem nic, co chciałem. ale to zrobię. kiedyś muszę. chcę mój mózg z powrotem. chcę moje życie. ja jebę.


'She loves that rock 'n' roll and she plays it all night long
That's all she ever tells me when I call her on the telephone'
'I did what I was told.
Did it to my self,
Did it to my self.
And don't expect anything else.
Cause everybody told me "Shut up"' 
'Tonight I'm gonna have myself a real good time
I feel alive and the world turning inside out Yeah!
And floating around in ecstasy
So don't stop me now don't stop me
'Cause I'm having a good time having a good time'
'I wanna drink until I ache
I wanna make a big mistake
I want blood, guts, and angel cake
I'm gonna puke it anyway'


pozytywnie, heheszki.

środa, 4 lipca 2012

live and let die

wakacje. ile emocji w tym jednym słowie. ile wspomnień, skojarzeń i myśli się z nim wiąże. nieoficjalnie wakacje trwały już co najmniej tydzień u większości z nas, prawda? no cóż. cieszmy się chwilą wytchnienia. nic więcej nam nie zostało.



można na wyrost posilić się o stwierdzenie, że rozpocząłem nowy etap w swoim życiu. koniec znienawidzonego gimnazjum, które przysporzyło mi ogromu problemów natury wszelakiej, z których leczyć się będę prawdopodobnie przez lata. nie warto jednak tego roztrząsać. cieszę się, że to już za mną, że jestem "wolny". szkołę ukończyłem ze zadowalającą średnią 5.06, na świadectwo uzbierałem 164 punkty. przez trzy lata żadnych szczególnych osiągnięć. żadnych zasług. ot, kolejny szary człowiek, który zakończył edukację w sosnowieckim gimnazjum nr 16. moja klasa? poza podobno zachwycającą średnią klasową oscylującą wokół 4.9, niczym pozytywnym nie zaskoczyła. przez chwilę nawet wierzyłem, że na pożegnaniu zrobi się cieplej i milej, wiecie? a porównałbym to raczej do groteskowego spotkania znajomych ofiar wypadku, gdzie nikt nikogo nie zna, nie chce znać i głupio im do kogokolwiek się odezwać. niczym żałoba nad czymś, czego nie było. i to na tyle. okej. nie będę udawał, że czegoś żałuję, ale mimo wszystko byłem zaskoczony brakiem wszechobecnego poruszenia na jakie się zapowiadało. no cóż. miło było poznać.

po wakacjach liceum. wybrałem V LO im. Kanclerza Jana Zamoyskiego w Dąbrowie. dlaczego? nie pytajcie mnie. im bliżej wyniku rekrutacji, tym bardziej wątpię w trafność mojego wyboru. profil dwujęzyczny, co oznacza niektóre przedmioty prowadzone w języku angielskim. co potem? nic. szczerze: nic interesującego po tym profilu mnie nie czeka. chyba że sam sobie rozszerzę ciekawsze przedmioty, co wiąże się z wieloma przeszkodami. sama szkoła dość przeciętna. podobno słynie z atmosfery. no tak, marzę przecież o przyjaznej atmosferze, sprzyjającej poznawaniu innych ludzi. cały ja. dusza towarzystwa... pewnie się zastanawiacie po jaką cholerę w takim razie tam poszedłem. jakim idiotą muszę być. i tutaj również odpowiedzi wam nie udzielę. chciałem pójść do szkoły poza obręb mojego miasta, aby nie przejmować się starym otoczeniem. względnie mi się to może udać. pytanie brzmi: czy było warto?

wakacje. żadnych konkretnych planów. byłem już z rodzinką na trzydniowym wyjeździe nad jezioro żywieckie. niedługo mnie czeka bułgaria, potem w sierpniu wyjazd w beskidy na zadupie, gdzie do najbliższego sklepu jest kilometr drogi. brzmi zachęcająco, nie? wiem. ale to zadupie powinno mi dobrze zrobić. pomniejsze atrakcje pewnie wyjdą w praniu, a rozpisywać się o nich nie wypada. :)

filmy? chyba nic ciekawego nie oglądałem. muszę przez wakacje nadrobić ten zastój. mam już wybranych parę tytułów, które czekają na mnie już od niepamiętnych czasów. to samo z serialami. "Misfits", "Supernatural" - te dwa tytuły z pewnością znajdą miejsce na ekranie mojego komputera. poza tym czym by były wakacje bez książek. poza czekającymi na mnie w formacie pdf interesującymi lekturami (za cholerę nie mogę się przekonać do czytania na ekranie), trzeba zająć się nowo zakupionym "Cmętarzem Zwieżąt" i "Niezbędnikiem ateisty". na razie skończyłem pierwsze sto stron dzieła Kinga, a Mistrz Grozy oczywiście nie zawodzi. :)

czytam to, zastanawiając się, czy potrafię prowadzić nudniejsze życie. siedzę w pidżamie, piję tradycyjnie zieloną herbatę, słucham. wezmę się zaraz za przegląd zdjęć z wyjazdu. zjem obiad. umyję się. może gdzieś wyjdę. marzy mi się spacer na stare zadupia. szkoda tylko, że na myśl o wyjściu robi mi się niedobrze. ech. o iluminatach pisać nie będę, o sytuacji na świecie też nie, notatki o kościele też chyba zostawię w spokoju. marzy mi się opowiadanie. trzymajcie kciuki. do następnego.

na wspomnienie AHS

'I was born bad
But then I met you
You made me nice for a while
But my dark side's true' 
'But you see, it's not me, it's not my family.
In your head, in your head, they are fighting.
With their tanks and their bombs,
And their bombs, and their guns.
In your head, in your head, they are crying... '
'And they try to tell us that we don't belong
But that's alright, we're millions strong
You are my people, you are my crowd,
this is our music, we love it loud'
'Nothing is like, I planned it
so funny I, can't stand it
wish I was made, of granite
"I must be on another planet."'
'Sometimes everything is wrong
Now it's time to sing along' 
'You know I'd rather walk alone, than play a supporting role
If I can't get the starring role.'
'There's no light without a flame,
There's no use in having you to blame.
There's no smoke without fire.
Baby, baby you're a liar.'

tick tock. time is fleeting, my dear. :)