Etykiety

niedziela, 17 kwietnia 2016

nie czuję z nikim żadnej więzi. urwałem to wszystko w cholerę. przewracam świat swój cały. obracam go. wszystko się sypie jak w tych świątecznych kulkach wypełnionych płynem i ze sztucznym śniegiem na dnie. potrząsam i oglądam, jak ładnie wszystko błyszczy. nie czuję związku z niczym ani z nikim. poznałem kogoś. dużo się dzieje. nie mam chwili na odpoczynek. zapełniam czas w stu procentach. zmieniam się. walczę. osiągam osobiste spełnienie.

jest mi dobrze tylko rozmawiać nie ma z kim.

wrócę tutaj. już niedługo.

poniedziałek, 28 marca 2016

znowu tęsknie za tym miejscem. nawet nie wiecie, jak bardzo się pojebało i gdzie obecnie stoję. jak głęboko zdołałem się zanurzyć bez żadnej premedytacji.

wy. śmiem wątpić, czy ktoś tu jeszcze wchodzi. ale sobie was wyobrażam i to mi wystarcza. ciągnę historię dalej. ciągnę to życie. ciągnę to wszystko.

środa, 27 stycznia 2016

spływam

nie mam siły na nic. to jedyne miejsce, gdzie będę cokolwiek przekazywać. i to nawet nie wprost. powpisuję notatki z ostatnich dni, które panoszyły się na kartkach i to mi wystarczy. może skontaktuję się z sobą.

pragnienie posiadania
przeciw
pragnieniu bywania



 nikt się nie ostał 

poznawszy
setki wędrowców
setki duszyczek równie zbłąkanych
to gdzieś w drodze
tam gdzieś nie po drodze
nie poznałem - jak widać -
żadnego mieszkańca
żadnego tubylca
żadnego tutejszego 
wszystkie znaki mówią, że
cholera!
ja to chyba nawet siebie nie poznałem!



moje słowa niczym wyścigówki
w nieco spiralnym i nieco fraktalnym
pościgu za myślami



w tej nieskończonej próbie
symulacji bycia
kimś
czymś
tam
tu
gdzieś
jakoś
byle jak
byle jakoś

zgubiłem coś -



czas poprawić kapelusz na szyi


i w drogę

wtorek, 19 stycznia 2016

tu i teraz

ileż ja się w życiu natworzyłem. siebie, światów, słów, tekstów, zachowań, metod, życia, historii i emocji. osiągnąłem naprawdę wiele i ta myśl dziś mi przyświeca. mam dzień refleksji nad każdą ze stworzonych rzeczy. jestem dumnym ojcem historii, które kiedyś będą miały znaczenie. tymczasem każdy produkt mojego myślenia muszę unicestwiać. rozproszyć. rozkruszyć przed tworzeniem nowego. mam wrażenie, że szukam podświadomie doskonałości w tym wszystkim. tego czegoś, co będzie pasować do modelu mojej głowy. staram się walczyć ze swoimi słabościami, ale emocje dalej trzymają w mocnym uścisku najważniejsze chwile. nie umiem się wyswobodzić z ciasnej klatki własnej osobowości, tej realnej, tej pierwszej. to niczym skorupa, którą kiedyś trzeba rozbić. kokon, z którego trzeba się wygrzebać po przemianie.


nie jestem pewny, co się dzieje. przerwałem swoje studiowanie, twierdząc, że to nie jest to - mimo że interesuje mnie to jak diabli. zabawne. zmieniam pracę. nie chcę stać w miejscu, chcę czuć jak najwięcej, poznać, stworzyć. nie potrafię ustać w jednym miejscu. (a może wręcz przeciwnie? wszystko zależy od naszej głowy). znowu otwieram się na ludzi a co za tym idzie staram się wrócić do przyjemniejszej części siebie. nawet nie muszę się starać. jakoś tak... zaczęło mi zależeć na wielu rzeczach. ale dosyć biadolenia. bardziej, więcej, mocniej.



czytam. sporo czytam. kończę drugi raz zaliczony "portret doriana graya" oscara wilde'a - moja biblia. każdy, kto czytał, wie chyba, o czym mówię. książka doskonała. książka, która wpływa na całe życie. przejmuje je, otwiera oczy, po prostu jest... czymś! więcej rekomendacji mam nadzieję, że nikomu nie trzeba. nie czytam byle czego - a już na pewno niewiele rzeczy, cholera, wyznaję w jakimś sensie. chapeau bas!
przeczytałem tomik wierszy stachury. mimo że sporej części nie mogłem zrozumieć ze względu na groteskowy język, jestem zadowolony. parę ciekawych rzeczy znalazłem.
kontynuowałem 'w drodze' kerouaca, ale - jak kocham pokolenie bitników - tak jakoś ciężko mi się wczuć w tę książkę. nie wiem, z czym to jest związane. może dalej będę w stanie się lepiej zapaść w podróż.
kolejną pozycją będzie gombrowicz. pożeram te książki jak szalony.



filmy? 'totalne zaćmienie' o życiu poety arthura rimbaulda. arthur mógłby być moim kolejnym alter ego. o ile sama historia nie każdego porwie (a mnie poruszyła na osobistych poziomach), tak postać poety jak i filozofia prezentowana są po prostu fenomenalne i inspirujące. poza tym młody leonardo dicaprio... no wiecie. :)
'the riot club'. film całkiem nowiusieńki, który obejrzałem z polecenia. opowiada o stworzonym - na podstawie rzeczywiście istniejącego - klubie dla wyjątkowych chłopaków z oxfordu. wyjątkowych znaczy tyle co obrzydliwie bogatych i z ciągotkami do dobrej zabawy. film miał typowo moralizatorski wydźwięk aczkolwiek warta uwagi jest końcówka filmu, która daje do myślenia. w sumie to nie spoiler, więc powiem wam, że zacząłem się zastanawiać ile z dzisiejszych dostojnych panów na wysokich stanowiskach  ma jakieś poważne zbrodnie na sumieniu a wystarczyło mu pochodzenie z bogatej rodziny, by wszystko ucichło. no i nie zaprzeczę jednemu - fascynująca wizja bycia jednym z tym chłopaków. pieniądze i piękno są władzą absolutną.
'naked lunch' na podstawie książki williama burroughsa (również bitnika). tego nie da się opisać słowami. to jest długa, bardzo kręta, szalona przejażdżka po meandrach ludzkiego umysłu. nawet nie wiem, czy to komukolwiek polecam. mózg wypłynął mi uchem, zaczął pełznąć w kierunku wyjścia, ale ostatecznie przechwycił go wielki robak, który był maszyną do pisania. tak. naprawdę tak było.










skończył się kolejny sezon american horror story. ostatni odcinek był żartem, którego nawet nie będę komentować. cały sezon miał spory potencjał i został zrównany z ziemią. po prostu. czuję second hand embarrassment w stosunku do twórców.
za to nowy sezon sherlocka zachwyca. czekam na więcej.






chyba kończę pisać. widzę, że mimo ogromnej ilości pochłanianych przeze mnie kulturalności oraz miliona myśli, które przeobraziłem w jakieś instynkty, nie umiem wyrazić siebie. poukładam to, naprawię. i wrócę tu znów.

poza tym tęskno mi. ale to chyba jasne.


wtorek, 5 stycznia 2016

snów kilka

opowiem wam moje dzisiejsze sny, dobra? poczynajac od torturowania mnie przez współpracowników poprzez wycinanie kawalkow skory. (dodam, że było to grzebanie w mojej stopie - mój strach przed tą częścią ciała rośnie z każdym dniem). potem ze próbuje sie zabic strzelajac sobie w leb z pistoletu a kula nie tyle omija wszystkie wazne czesci mózgu, co stworzone uszkodzenia rodzą we mnie jakiegoś psychopatę, ktory potem ulozyl plan morderstwa polowy rodziny w jakims domku na wyjeździe w gorach. tak poza tym kula przebijając mój łeb, zabija kogoś z tyłu. nie pamiętam kogo. a może pamiętam. śmiesznie. wracając do planu! bylem w szoku z jaka precyzja byl ułożony a potem jak cudownie proste było tlumaczenie się policji i tworzenie swojej wersji wydarzeń. potem bylem w jakimś lesie i musialem spierdalac tradycyjnie juz przed jakimś dzikim stworzeniem. wilkiem, niedźwiedziem, chuj wie. a na sam koniec snila mi sie rozmowa z rodzicami o mojej przyszlosci - byla turbo-chujowa i mało sprzyjająca, bo gdy kładłem się spać w śnie, znowu chciałem zabijać.

mam wrażenie, że jestem jakiś agresywny generalnie.

czwartek, 10 grudnia 2015

myśli dziwaczne

"brudnoczarny bezsens w  mojej głowie się tworzy. ta obślizgła klucha miesza się tutaj i wije, i spowija bogu winne dziecko rozsądku, bezbronny sens. macki tej kreatury pełzną wszędzie - zasłaniają oczy, usta. już dawno położyły łapę na pałacu motywacji. w moim łbie pozostają tylko jakieś marne nie-do-słowia."

trochę rozwinięta treść mojej wymiany wiadomości, bo jakoś podoba mi się ten styl pisania. 

jakoś ciemniej i chłodniej tutaj - typowa zima u mnie mógłbym rzec. choć tak typowa nie jest. pierwszy raz naprawdę (tak z głębi serca!) staram się ja przetrwać i przeżyć. w sensie... nie chcę popaść w tak straszne rzeczy, jak co roku się zdarzało. a wierzcie mi, oddech starych przyjaciół czuję na karku nieprzerwanie. zostawiłem ich w głodzie i niedosycie wrażeń. są żądni mojej krwi, cierpienia i wyrzeczeń. trzęsą mi się ręce jak nigdy w życiu. poza tym troszkę chudnę, bo nie mam czasu ani ochoty jeść... ale walczę. to już piąty rok walki z być może moją niegdysiejszą najlepszą przyjaciółką a z pewnością muzą mego życia. nazwę ją Panią Lodu. od dzisiaj tylko tak będę o tym pisać. wydaje się być całkiem pieszczotliwym ujęciem.

mam dziś gorszy dzień psychicznie. w sensie ostatnio nie było jakiegoś czaderskiego okresu, ale dzień jest poniżej przeciętnej chujowości. idąc tym tropem, jest źle. za to wspaniale kreatywnie pracuje mój mózg. trochę szprycuję się lekami z powodu choroby - mam wrażenie, że to ma wpływ na moją głowę. jestem wyznawcą placebo, przysięgam. najwierniejszym kapłanem. żałość pewną czuję. no nic. tej nocy znowu walczę ze swoimi myślami. mam nadzieję, że tej nocy poskładam się do końca. stosuję stare dobre porady od psychologów urozmaicone o względną medytację - powoli uciszam hałas w mojej głowie. jeszcze tylko znowu muszę ustalić swoją wartość i przemyśleć, co jest dla mnie ważne. i co jestem w stanie poświęcić, czego w ogóle chcę. układam i rozsypuję się.

dziwne myśli mnie nachodzą ostatnio. na przykład: nigdy nie powiedziałem do rodziców po imieniu... praktycznie nie znam osoby, która by nie robiła tego cały czas. dziwne że jeszcze pamiętam, jak się nazywają. no nic. to pikuś.

a co powiecie na to, że nasz umysł to bóg którego od zarania dziejów poszukujemy? HA! tu was mam. każdy wie, że ludzie jako istoty mają trzy główne potrzeby czy cele - biologiczne, społeczne i religijne właśnie. w ostatnim punkcie mamy transcedencję, masę bożków a nawet ateizm (bo toż to wiara... cóż że w naukę)! ani umysłu ani boga nie poznaliśmy. przypadek???? wchodzę na żartobliwy ton, ale przynajmniej w mojej głowie, tworzy to pewną całość. czym byśmy byli znając dokładne działanie umysłu? czy dalej byśmy byli ludźmi? czy sami nie bylibyśmy bogami? w końcu wiedząc to, jesteśmy o krok przed stworzeniem nowego-własnego. miliony ważnych pytań możemy zadać podmieniając podmiot bóg/umysł! wiedza całkowita to nic więcej jak poznanie. to kres. kres i początek.


już od dawna tłumaczy się, że na tym obrazie bóg poznaje adama, mając w tle prawą półkulę mózgu. wiem, że brzmię, jak w młodzieńczych latach pisząc o iluminatach (teraz wierzę wyłącznie w reptilian), ale jestem zafascynowany możliwością jakiegoś połączenia. magią tego stwierdzenia: umysł to bóg. postaram się to rozwinąć w najbliższym czasie.

inna sprawa! na ostatnich zajęciach dowiedziałem się, że moja teoria różnorodności mózgu jest jak najbardziej prawdziwa. każdy mózg jest tak samo indywidualny jak nasze linie papilarne. nie ma dwóch tak samo pracujących mózgów. można tworzyć dane statystyczne, biorąc pod uwagę ludzi o podobnych predyspozycjach, ale nigdy nie będziemy mogli być pewni. ogrom tych myśli mnie przytłacza. zależnie od biologii, procesu socjalizacji, psychologii w relacjach interpersonalnych, boże!, wszystkiego - od wszystkiego zależy w jaki sposób rozwinie się mózg. tak samo zniekształci jego działanie zbyt mocne uderzenie w głowę jak i traumatyczne wydarzenie. nie wiem, czy tylko mnie to zaskakujące informację, bo tak się czuję. kurczę! 

inną fascynującą myślą był geniusz Freuda związany z (wyśmianą swoją drogą) teorią mówiącą, że w życiu każdego człowieka są dwa wyznaczniki - Eros i Tanatos. czyli libido (popęd seksualny) i popęd do śmierci. może mało wiem, ale będąc tego świadomym, pragnę stwierdzić geniusz tej myśli. to mogłoby być podstawą dosłownie wszystkiego. większość zdrowych ludzi kierowana jest libido, spora liczba ludzi żyje z depresją, nienawiścią do samego siebie, tudzież myślą samobójczą. dopiero odsetki mają zaburzenia emocjonalne na poziomie obojętności w jedną i drugą stronę. dopiero po tym generalnym podziale można stosować dalszy podział na jakieś zaburzenia osobowości, inny problemy. (w tym miejscu patrzyłem w ścianę przez pięć minut). nie, dobra. jednak to chyba było bezsensu. brzmi fantastycznie.

studiów chyba nie przejdę z powodu nieobecności - nie zaliczę informatyki. trochę mnie to skołowało. za rok psychologia, to pewne, ale co do tego czasu?

polecam serial 'scream queens'. tak dla rozluźnienia.

środa, 9 grudnia 2015

senniczek

mam jakieś chore sny od paru dni. (pewnie przez dawkę paracetamolu i kodeiny, którą zażywam).


dziś najważniejszy sen: stałem przed lustrem i zauważyłem, że popękała mi twarz. tak jak płaty skóry po nadmiernym opalaniu, czaicie? no i niewiele myśląc zerwałem tę warstwę. i moja twarz przypominała kogoś kiedyś bliskiego. nawet w śnie porownywałem ją ze zdjęciem. ale twarz znowu pękła. i znowu ją zerwałem. i znowu przypominałem kogoś innego. i tak kilka razy. za każdym zerwaniem płatów byli przy mnie jacyś ludzie. w którymś momencie nie było co zrywać. nie było też ludzi. nie pamiętam tej twarzy. w tym momencie wchodzi matka i patrzy na mnie z przerażeniem. nie ma słów. obrzydzenie wymieszane z przerażeniem. wychodzi i trzaska drzwiami a ja się budzę.


shit just got real

poniedziałek, 30 listopada 2015

prośba do siebie

zacząłem pisać sobie - sobie piszę dla siebie. 
mało mnie, mało dla mnie choćby, 
więc i z wami się mną nie podzielę.
dni coraz krótsze i uboższe
o jakieś chwile i uśmiechy.
wraz z nimi zacząć znikać.
tak znikać pomalutku dla świata,
(tego dużego własnego 
i małego zewnętrznego)
tak siedzieć cichutko 
i pisać.

to moja ostatnia prośba do siebie.

niedziela, 29 listopada 2015

napiszę

jeśli chcę pisać, to jest coś na rzeczy. niestety nie mam siły pisać. a wierzę, że jeśli to tu zostawię, to mnie zmobilizuje choćby jutro.

dzieje się mnóstwo i nic, ale jest mi smutno. a to znaczy, że czuję. i jestem jakiś taki... dotknięty tym faktem. prosty smutek. ale o tym oby jutro.


czwartek, 29 października 2015

move me please

miotam się między personaliami, którymi gdzieś w międzyczasie się stałem. widzę to coraz wyraźniej. wchodzę w stan Rozumienia. ten chyba lubię najbardziej. kiedy - przynajmniej w moim mniemaniu a co i tak zapewnia mi niesamowity spokój - rozumiem siebie, rozumiem wszystko dookoła a przede wszystkim: myślę uważniej i z mniejszym natężeniem potencjału emocjonalnego. co za tym niestety idzie, nudzę się. to jest ten moment, kiedy nic nie potrafi mnie zaskoczyć, rozmowy są błahe i nie potrafię się na nich skupić. każdy człowiek jak na dłoni okazuje, czego chce i czym jest. widzę na przestrzał każdą sytuację i przede wszystkim swoje własne cele, potrzeby, motywy. nie ma miejsca na niekontrolowane sytuacje. wcześniej wspomniana nuda i w sumie poczucie stagnacji sprowadza mnie do myślenia o starej dobrej autodestrukcji. no bo po co mam żyć w ten sposób? świadomość mechanizmów, choćby w jakimkolwiek stopniu, psuje obłęd życia. może za którymś razem oszaleję i rozwalę się na tyle kawałków, że już nie uda się tego złożyć do kupy? chcę poznać granicę, do której mogę się zbliżyć. a potem udowodnić sobie, że nie jest żadnym końcem. zabawa w kotkę i myszkę z własnymi myślami. jedne uciekają przed drugimi, chowają się, dają mylne sygnały. gdzieś może na górze jest ego, ale nie ma najmniejszego zamiaru panować nad całą strukturą super ego i id. a jednocześnie przewodzi wszystkim w oddali i każe mi myśleć ponad to. mętlik wiedzy. kiedy pojmę wszystko, to będzie dzień, gdy umrę.



ostatnio wracając z korepetycji autobusem, natknąłem się na sytuację, którą mną wstrząsnęła. od trzech dób nieustannie o niej myślę i rozważam pod wieloma względami. jest kluczowe dla wielu idei ostatnich dni. otóż do pojazdu wsiadły dwie kobiety i na oko pięcioletnia dziewczynka. stanęły koło mnie, więc mogłem stwierdzić że może są z dwa lata starsze ode mnie. ledwo podeszły, poczułem otumaniający zapach białych narkotyków. uwierzcie, że po wszystkim, co przeżyłem, nie jest to przyjemny smrodek - wręcz zebrało mi się na wymioty. obie panie były pobudzone, rozprawiały właśnie na temat zajebistości tego, co przyjęły. w którymś momencie dziewczynka łapie jedną za rękaw i mówi, że jest senna. i tu zaczyna się, za przeproszeniem, chujnia sytuacji. blondynka z kolczykiem w nosie, będąca jak widać matką, zaczyna krzyczeć i szarpać dzieckiem. wykrzykuje, że ma się uspokoić, bo nie po to ją zabierała do "cioci", żeby teraz musieć znosić jej "pierdolenie". sama sytuacja była przykra, ale to jak zareagowało dziecko wprawiło mnie w pełną przemyśleń trwogę. dziecko nie zaczęło płakać, nie zmieniło wyrazu twarzy, nie zareagowało tak jak każde inne dziecko by zrobiło na jego miejscu. dziewczynka beznamiętnym głosem po prostu rzuciła sepleniące przeprosiny, odeszła i usiadła na takiej plastikowej części autobusu między siedzeniem a przejściem. zwyczajnie położyła się tam spać. zero reakcji. zero emocji. nic. pustka. nicość. nasuwające się myśli są zwyczajnie potworne, rozumiecie? a wyobraźcie sobie, że takie zachowania są normalne. ile dzieci żyje w czymś takim, będzie uważało to za normalne, będzie dorastało w takim schemacie. oczywiście o takich drobnostkach, jak wyszarpywanie dziecka z tamtego miejsca mimo oporu podczas chęci wysiadki czy grożenie "tatusiem, który spuści ci wpierdol" nie mówię. pomijam brak reakcji mojej czy czyjejkolwiek innej. patrzę tylko na ten przytłaczający tragizm. to dziecko nie ma wyboru. to dziecko wyrośnie na potworka naszego społeczeństwa, z góry skazanego na klęskę. może jestem zbyt emocjonalny jeśli chodzi o dzieci, ale myśląc szerzej, to poważny problem każdego społeczeństwa. i jak tu działać? jak może pomóc resocjalizacja? jak to wszystko ogarnąć? dzieci urodzone w takich warunkach zawsze będą nosić znamię przeszłości. początek i koniec ich żywota to dzień narodzin. dojrzałem na tyle by docenić w jakiś sposób realia, w jakich ja się urodziłem. nie każda jednostka zwana rodziną jest idealna, to utopia socjalizacji i wyobrażeń socjologicznych. w porządku. jednak jestem wdzięczny, że mogłem względnie normalnie się uformować, móc myśleć, trafić tu gdzie trafiłem.

zastanawiam się coraz częściej, jak działa mózg człowieka w zależności od przeszłości, warunków w dzieciństwie, silnych emocji w trakcie życia. może psychoanaliza polegająca na wracaniu do tego, co było nie jest taka głupia, ale powinna być poparta również badaniami na samym narządzie. mogę się założyć, że gdyby wziąć typową patolnię i prawilną rodzinkę, mózgi tych osób są w niczym nie podobne. ponieważ nie chodzi o samo myślenie czy psychikę. punktem odniesienia jest biologia. to jak to wygląda. czy łączy się tak samo, czy te same substancje są produkowane, cokolwiek. czy człowiek to nadal ten sam człowiek co my. (nabywam chyba skrzywienia zawodowego a wystarczyłoby zrobić pewnie mały research).


no i tak mi mijają dni. studia, korki, od poniedziałku dochodzi praca. czasem coś obejrzę. czytam tylko artykuły i książki związane ze studiami. nie dziwcie się, że jestem znudzony. po życiu pełnym wrażeń i ciągłych bodźców, taki spokój jest zwyczajnie dziwny. chciałbym rzucić to wszystko w cholerę, upić się i wyszaleć. wpaść w ciąg przynajmniej alkoholowy, ale chyba to już nie moja bajka.

prawda jest taka, że i tak nie wytrwam długo znudzony. coś się musi stać. i jestem ciekawy, kim wtedy będę.



co do ludzi - mimo chwilowego załamania związanego z poprzednim stanem - dalej uważam, że niczego się nie wymusi. doceniam te osoby, z którymi utrzymuję dobry kontakt, na których wiem że mogę polegać ze wzajemnością. nigdy nie myślałem, że to jest takie proste. cóż. całe życie próbowałem utrudnić sobie każdy element żywota. jeśli masz osoby, które się tobą interesują, martwią - trzymaj je blisko. żadne inne nie są nic warte. to tymczasowi przechodnie. niektórzy lubią tylko na chwilę wracać i o tym też warto pamiętać.

do tego wszystkiego tyję na potęgę i muszę coś z tym zrobić. tęsknię za kostkami. perfekcja musi być.

czwartek, 15 października 2015

brak celu w motywacji równa się załamaniu

żyję sobie. żyję sobie pomalutku i niby do przodu, ale jednocześnie jakoś tak nieskładnie i niekompletnie. coś jak przy wychodzeniu z domu, gdy nie jesteśmy pewni, czy zamknęliśmy drzwi. świadomość niepełności w tym, co robię, ciąży mi bez ustanku w tej małej głowie. chciałem sobie być, chciałem sobie tworzyć, chciałem iść jak najdalej. może tak jakby uciec w lepszego siebie... i teraz szukam pomocy w wyciąganiu mnie ze zgliszczy tej wieży, latarni morskiej która spłonęła. nie wiem, na czym to polega i przyznaję się do tej niewiedzy bez bicia. nie próbuję wmawiać nikomu (a tym bardziej samemu sobie), że ogarniam wszystkie reakcje. może to są rzeczywiście moje okresy manii i depresji, może po prostu potrzebuję zajęcia non-stop, a może po prostu szybko się nudzę i generalnie jestem beznadziejny? uwaga na to co teraz powiem. duże słowa: przez chwilę byłem nad-sobą. przekroczyłem swoje wszelakie bariery. poznałem mnóstwo ludzi, dałem się poznać jako ktoś zupełnie inny, sam ogarnąłem więcej z samym sobą niż kiedykolwiek. i teraz się wstydzę a jednocześnie tęsknymi myślami sięgam do tamtego czasu. "tamtego czasu", cholera. to było jakiś tydzień-półtorej tygodnia temu. nie rozumiem tego, jak działam. widzę jednak wyraźnie, że zaniedbałem swój rozwój wewnętrzny. udało mi się po okresie z różnymi używkami na moment odzyskać wyraźną mowę, co teraz znowu zanika mimo nie-powrotu. moje myślenie jest ograniczone. widzę to na swoich zajęciach, bo ci ludzie zdają się mieć świeżę, otwarte umysły - podczas gdy ja czuję się jak powolna mucha, która opiła się kroplami piwa ze stołu. błądzę. błądzę między sobą, między sobą którego chciałem pokazać oraz między sobą którego inni postrzegają. nie potrafię żyć jednorako. tłumaczę sobie, że to po prostu zbyt nudne, ale prawda jest taka, że nie jestem w stanie połączyć tych postaci w jedno. wszystko jest rozmazane. granic brak. teraz albo znajdę jakiś cel - kolejną rzecz, która pozytywnie mnie zmotywuje - albo znów będę na swojej autostradzie do piekła prowadzoną przez ciągłą autodestrukcję.



wracam do wszystkich swoich problemów. i pomijam tutaj ciągłe rozpatrywanie przeszłości - to tylko dowód na nieumiejętność pogodzenia się z nią przed samym sobą. ale moje ciało cierpi, moja głowa boli, nie sypiam, a jak już sypiam, to budzę się o randomowych godzinach święcie przekonany, że sen był rzeczywistością. problemy w interakcjach z ludźmi. wszystko jak zawsze. wszystko wróciło. i to jawi się przede mną niczym powroty Harry'ego Pottera do "domu" Dursleyów.

powiedziałbym: zabijcie mnie. ale obecnie każda interakcja z osobna zabija mnie po trochu. najchętniej zamknąłbym się gdzieś. pomyślał, poczytał i postarał się ułożyć na nowo ego.


co poza tym? ciekawe studia na kierunku kognitywistyki. jak słucham wykładów, wszystko jest fascynujące. szkoda, że nie umiem się potem zmusić do zainteresowania sam na sam tematem. staram się jakieś muzea odwiedzać, w jakiś wykładach pozauniwersyteckich brać udział, koncerty przeżywać. planuję teatr i kino. czytam po angielsku 'catcher in the rye' dla przypomnienia sobie języka. czeka mnie 'sto dni samotności'. a poza tym milion książek na przedmioty. seriale i filmy jakoś tam jeszcze sobie radzą - odsyłam do filmweba.

chyba tyle. idę podpisać umowę o pracę. może to mnie zmusi do działania. nie chcę tu chyba już być. to się nie kończy a ten blog tego potwierdzeniem.

niedziela, 6 września 2015

im with you tokyo blue

wraca mi wena na pisanie. nie takie blogowe a to ważniejsze i przyjemniejsze pisanie. patrzę przez okno i widzę szarpane wiatrem gałęzie rosnących w pobliżu bloku drzew. otworzyłem okno i sam czuję ten chłód. cała atmosfera jest ulubionym czasem - teraz odnajduję się, łączę, buduję więź ze światem. w końcu czuję się bezpiecznie. tak sobie myślę i myślę i myślę i nie umiem złapać myśli wiodącej, czegoś o czym mógłbym powiedzieć. to jak znalezienie się na wielkiej makiecie miasta, które raz w życiu się odwiedziło. niby widzisz gdzie jesteś (znaczek 'you're here' ci to podpowiada), ale widzisz tylko dachy budynków. niby pamiętasz co jaki miało kształt, ale tak myśląc głębiej, nie jesteś pewny, czy tak było naprawdę. niby pamiętasz całą drogę, ale wiesz, że zgubisz się po drodze z dziesięć razy. wszystko w końcu wydaje się męczące i niepotrzebne. miasto trzeba częściej odwiedzać. nie bać się pytać ludzi i przechodniów, zagadywać, poznawać. zawsze trafimy na kogoś ciekawego i, nawet jeśli więcej go nie zobaczymy, możemy być dumni. może potem miniemy go, wracając? czasem samotny spacer też jest ważny. koniec końców, bo przerosła mnie własna metafora, trzeba wiedzieć, co jest warte odwiedzenia. które punkty na mapie są ważne.


w życiu niczego nie wymusisz. nic, co nie jest ci pisane, nie przyjdzie do ciebie i nieważne jak bardzo będziesz naciskać. ludzie? ludzie działają tak samo. to jest coś czego się nauczyłem. nie ma ciśnienia na żadną interakcję. nie ma potrzeby ani sensu tworzenia czegoś między ludźmi. coś jest albo tego nie ma. proste myśli, które po latach cierpień związanych z niepotrzebnym i ślepym parciem na swoje dyrdymały, w końcu przyswoiłem. ludzie generalnie są żałośnie prości. rzygam psychicznie każdą interakcją. żeby siedzieć z nimi w ciągu dalszym muszę spożywać nad wyraz duże ilości alkoholu. na trzeźwo tej głupoty nie da się przyjąć. szkoda tylko że wtedy reaguję zbyt emocjonalnie, bo kiedyś w końcu wyrządzę komuś krzywdę. na razie obserwacja i kontrola rozmów jest realizowanym przeze mnie celem.



jestem chory, boli mnie gardło i mam katar. nie czytałem niczego od tak dawna, że mój mózg wysycha z braku potoku słów. generalnie umarłem kulturalnie. (chyba że chodzi o koncerty bo tu staram się jak mogę)! nudzi mnie to wszystko. moje własne słowa również. idę. żegnam. bez nutki, bo zapraszam po nutki na last.fm.

piątek, 31 lipca 2015

wciąż się coś czeka

nienawidzę tego stanu. nienawidzę tego stanu. nienawidzę tego stanu. po stokroć nie trzykroć.



nie wiem. całe dwa-trzy tygodnie wyjścia z poprzedniego gówna, dały mi niesamowitą energię, wiarę, nadzieję. niczym świeżo odpalona rakieta - z największa siłą wybita. wszystko wydawało się nowe - a do tego bez problemu wyznaczałem od nowa granice, co też było fascynujące na swój sposób. poznawanie innych, siebie, świata od nowa. no i wiecie: trwa to sobie, trwa i mnie zadowala. ale zawsze w którymś momencie musi opaść. zapasy energii muszą się skończyć. nie może coś cały czas rosnąć i niech nawet dnia poprzedniego cieszy mnie milion rzeczy - w tym momencie nawet najmniejsza drobnostka sprawia mi psychiczny (a niemalże i fizyczny ból) z którym uporać się nie potrafię. nie potrafię być sam. muszę mieć kogokolwiek obok. nie chodzi nawet o więź. to jakaś potrzeba rozmowy, interakcji. jeśli tego nie zrobię, jak teraz, nie mogę się oderwać od myśli. cały dzień z nimi mnie przytłacza. wszystko musi dekoncentrować mnie z poprzedniego toru myślowego. chyba od ludzi lepszym oparciem będą rzeczy. i teraz chyba skupię się na pracy. zwłaszcza że otworzyły się przede mną niesamowite wręcz możliwości. gdybym pozbył się stresu i pokazał tam siebie, jakim jestem, zajdę wysoko. i chcę by słowo “gdyby” zniknęło z mojego słownika.

nie czuję się już samotny. wiem, że mam do czego wracać. do kogo. to mnie pociesza. nie mam gdzie szukać dziury w całym. tu jest tak, jak ma być. prawda? nie spodziewam się ciebie tutaj, ale kto wie? może poczujesz się jak te kilka lat temu i znowu tu zajrzysz? warto czy nie to są słowa. wracam trochę do tego co było, ale bardziej świadomie. wiem, co robię i dlaczego. i umiem się uczyć na błędach. obiecuję. no i niech trzeźwe słowa pozostaną świętością jakkolwiek zabawnie by nie było.



znalezienie sobie kogoś? jednak się poddałem. nie potrzebuję romantycznej relacji. wszystko samo się toczy. po czasie widzę, że chciałem uciec i tylko pewna osoba by na tym ucierpiała. nie chcę już nikogo wykorzystywać. w relacjach równowaga musi być zachowana. z każdej strony. po co miałbym udawać, wpadać w wir, który byłby tak samo sztuczny jak zeszłoroczny. nieśmiale powiem, że dojrzałem pod tym względem. wiem, że druga osoba nie może być lekarstwem - ze względu na obie strony.


i tak z rozpoczętej tak bardzo negatywnie notki, przeszedłem do pewności siebie. musiałem rozpisać. udowodnić sobie pewne rzeczy poprzez napisanie ich. poza tym rozwijam się kulturalnie, jak mogę, i to też mnie umacnia. podoba mi się wracający do normy zasób słownictwa, umiejętności. czuję poruszenie intelektualne. i dni takie jak ten nie mogą mnie z tego wybić. mój cel teraz to dać z siebie jak najwięcej - ale nic własnym kosztem. rozmowy potrzebuję jak diabli. albo tak mi się wydaję, bo kiedy ową sobie wyobrażam, to mam pustkę w głowie. nie mam o czym mówić. mało skromnie, może trochę jak próżniak, ale potrzebuję zainteresowania. nie takiego, że ktoś spyta co jest. ktoś kto wie, widzi, rozumie. może lepiej ode mnie. tego potrzebuję. kopa w dupę też potrzebuję. ale powiem wam... jest w porządku. nie było lepiej od dawna.


O! ograniczyłem alkohol, więc też sukces. tylko fajki na tony mi schodzą...

Rolling eyes, forced to dream. You go.
All I want to know is how to start over again. You want it?
All I need to know is how to gain control.
The shape is old.
Oh, you sit amongst yourselves.

niedziela, 5 lipca 2015

recovery vs. relapse



niestety wszystko wróciło do swojego należytego i przypominającego huśtawkę stanu. znowu jestem rozchwiany emocjonalnie, znów czuję zbyt dosadnie, znów robię a potem myślę. czy to źle? nie wiem. na początku uważałem to za powrót do zwykłego człowieczeństwa i bardzo to doceniałem. cieszyłem się z plusów i minusów, bo było to coś, czego nie czułem od dawna. życie i jego kwestie zachwycające i przerażające robiły na mnie wrażenie porównywalne do nauki głupiego pływania czy jazdy na rowerze. teraz wiem, że to zwykły nawrót choroby w wielkim, dumnym stylu. to wydaje się śmieszne, ale chyba te pseudo-narkotyki, z którymi niegdyś miałem do czynienia, działały (mimo zabicia persony, którą byłem) trochę jak psychotropy. dawały mi pewność i stabilność. a może to nie one a ówczesna sytuacja, niezachwiana wiara - a wręcz oddawanie nabożnej czci pewnej osobie - dała mi cel i dlatego nie miałem czasu na te egzystencjalne łamigłówki? trudno stwierdzić. badam to pod każdym kątem - moja drobna specjalność.




jednak prawdą jest, że straciłem kontrolę. z jednej rzeczy w drugą. alkohol znów stał się czymś, co pomaga mi przetrwać. nie potrafię zwyczajnie doświadczać życia. potrzebuję się hajcować. potrzebuję kreować się w tym stanie. nic mi nie daje takich doświadczeń, bo tylko kiedy nie jestem sobą - wtedy mogę doświadczać. tak to widzę. a to że widzę, sprawia mi sporą zagwozdkę. to jak kontrolowany chaos. to jak coś co istnieć nie powinno. komukolwiek może się wydawać, że to proste zmienić swoje życie, nastawienie. zwłaszcza, jeśli zauważam, że nie jest to dla mnie zdrowe. niestety chyba nie. czuję się obserwatorem w tym ciele. to coś innego mną kieruje. od zawsze tak było. zbliżyłem się do swoich demonów i podałem im dłoń. nie wiedziałem, że będą chciały mnie ze sobą na zawsze.





prawda jest taka, że przestraszyłem się ostatnio siebie. mam dosyć i tego czym jestem tak samo jak innych. w porywie chwili - dnia wczorajszego - chciałem znów zrobić coś wielkiego. nie zrobiłem, dając sobie czas na myślenie. stwierdziłem, że kiedy pojawia się ta myśl po raz kolejny, muszę ją pogłaskać jak odnalezionego psa. zobaczyć, jak zmieniły go doświadczenia. czy dalej widzę w nim kompana. kilka dni bez kontaktu z nikim dobrze mi zrobi. posiedzę i pomyślę. nie ruszam fejsa, nie włączam telefonu. po prostu znikam a moje myśli może znajdą tutaj dla siebie miejsce. nie wiem, kto tu jeszcze wchodzi. nic ani nikt mnie teraz nie ruszy.


życie próbuje mnie chyba nauczyć samotności. nikt za tym wszystkim nie nadążą, nie akceptuje i nie toleruje. będę sam dla siebie. może zaraz światło wróci do mojego wnętrza. szkoda tylko że światło nie zajmuje pustej przestrzeni, która tam powstała.



I'll forget what I've done
I will be redefined
It's shaking the sky
and I'm following lightning
I'll recover if you keep me alive
don't leave me behind
can you see me I'm shining

niedziela, 21 czerwca 2015

urywki rozmów

rozmowa z można powiedzieć dosyć "randomowym" osobnikiem, dała mi sporo do myślenia.

"przede wszystkim jestem pewny siebie, tego co chcę oraz tego kim jestem. i nie żałuję niczego, bo wszystko - każda relacja, w której byłem - nauczyła mnie bardzo ważnych lekcji dotyczących życia i funkcjonowania w owych relacjach. wyszedłem o wiele lepszym człowiekiem a nieuchronnie pojawiające się "a gdyby", po chwili namysłu znika, gdy patrzę na to, gdzie jestem teraz. jestem dumny z tego, kim jestem."

i to jest podsumowaniem moich ostatnich dni. czuję zaskoczenie a przede wszystkim dumę. wrócę chyba do pisania a to jest tego zapowiedź. wiem, że moje słowa mają znaczenie. są duże, krzyczą, wirują - i żądają należnej im uwagi.



są ludzie, do których muszę się odezwać. znowu żyję. muszę znaleźć pracę.

 konkurs trwa kto dłużej z nas wytrzyma tango
który z nas i która z was upadnie nagle
każdy chce partnera mieć i każdy kłamie
nie ma par do tańca nikt nie prosi ładnie
nie strzelajcie do orkiestry
jeśli oni zginą - przyjdą lepsi, przyjdą lepsi

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

(wyznaczyć) granicę


nie było mnie tutaj prawie półtorej roku, więc jeśli ktoś tu zajrzy, to zrobi to tylko przez przypadek. może go zaskoczę, może go zasmucę a nawet może się uśmiechnie i ucieszy. przestałem pisać na cały ten czas, więc wybaczcie wystąpienie niepokojącego analfabetyzmu. żeby wyłącznie ta jedną umiejętność zanikła, to nie byłoby znowu tak źle. w końcu jakoś udało wam się przeżyć półtorej roku bez mojego pierdolenia. wydaje mi się, co ważniejsze, że przez ten czas zniknąłem ja sam - jako jednostka, indywiduum, człowiek. byłem duchem, cieniem bez znaczenia, wartości, podążający ślepo i nie mający głosu. od miesiąca miałem wrażenie powrotu do siebie (jak się nazywają te zaburzenia od pór roku??) i gdzieś tutaj się zgubiłem. niepewność w pewności. to jakby grupa budowniczych budowała dom, ale gdzieś w połowie prac wchodzi szef i mówi: "nie, koniec - ten dom stać tu nie może. jest chujowy, nikomu się nie podoba a do tego psuje krajobraz. do rozbiórki"! kim jest ten szef? tego nie wiem, ale z pewnością go nie lubię, bo to bez wątpienia niekompetentny gość. może to tylko etap naprawy? nie umiem niczego sobie ułożyć w głowie. czuję rozchwianie wynikające z położenia ani po tej ani po tamtej stronie. jestem nigdzie - a dokładniej albo maksymalnie po jednej lub drugiej stronie. po raz kolejny chciałbym umieć sobie wszystko ułożyć. wymóg jeden: nikt nie może mieć na mnie wpływu, mimo że tego wpływu tak pragnę. wiara w pozytywny wpływ jednak zanika. nie ma chyba nikogo, kto by podał mi rękę, gdy ja to wszystko sobie ładnie sklejam. pozbyć się potrzeby czy powodu? czy to jednak znaczy, że nikt nie chciał dobrze? tylko paranoja i wypisywanie każdej myśli.




ja a nawet my. (a coraz częściej myślę o sobie w liczbie mnogiej). wchodzę w stan psychozy. co mam na myśli? nie odróżniam mojej rzeczywistości od prawdy. mojej wersji od tego co jest. tworzę już wszystko mimowolnie. maluję obraz jaki mi się podoba. kiedy widzę sytuację, układam do niej scenariusz, w którym poczuję się najlepiej. ci co mnie znają, zauważyli pewnie, że zmieniam opis pewnych zdarzeń, moich pobudek. i co z tym? nic. śmieszne? niekoniecznie bo każda wersja może być prawdziwa i nawet ja sam
 nie wiem, co było ostatecznie prawdą - w danej chwili wszystko może nią być. hasło: kreacja świata. czy komuś szkodzę? nie sądzę. zupełnie inny jest obszar mojego umysłu, w który zapełzłem w tym momencie. to takie katakumby czy ruiny - pozostałości tego czasu, kiedy mnie tu nie było. symbol zaniku wartości, poczucia bycia nikim. wierzę, że wszystko dookoła złego dzieje się z mojego powodu. ten "ja" żąda od każdego uznania, robi z siebie ofiarę, szuka i woła o pomoc. dysonans? wyobraźcie sobie osobę która w przeciągu kilka minut może przejść od twierdzenia "mogę wszystko, jestem ponad" do tej miernoty i sieroty. ktoś, kto przed chwilą powiedział, że masz się liczyć z jego zdaniem, zaraz błaga o wsparcie. a na domiar, nieustannie nękany jestem świadomością, że prawda jest tylko jedna. coś co zauważyli wszyscy psychologowie, u których byłem, to fakt przeglądania się w oczach innych. układa mi się wśród bliskich, poczuję się ważny - jest okej. a najmniejsze drobnostki z kolei mogą być odebrane jako koniec świata i siebie samego. z czego nie potrafię wyjść przez długie dni. to tłumaczy końcowy wniosek tej notki. rozrysowuję wam tutaj portret psychologiczny. kiedy myślę, nie myślę tylko ja - jakkolwiek to brzmi. stery przejmuje kilka wersji mnie. każda jest kierowana inną ideą, mająca z reguły odmienne zdanie, może nawet osobowość. chcę odzyskać nad tym kontrolę. to dawało mi możliwości a teraz wyłącznie mnie niszczy i pochłania całą moją uwagę.

koniec szkoły. koniec kolejnego etapu edukacji. matura za miesiąc i tu nawet nie będę się starał o kwieciste słownictwo czy jakiekolwiek refleksje - spierdoliłem na całej linii i modlę się tylko o cud.


otoczenie. pozwalając sobie zacytować: już brak mi kurwa słów. i to nie tak że ktoś mi nadepnął na odcisk. po prostu nie mam siły na utrzymywanie kontaktu z kimkolwiek. ostatki chęci do tego krążą między dwoma-trzema osobami, które nawet nie są świadome tego, jak bardzo są ważne, że w tej chwili swojego życia, dalej się staram. czy chcę przez to powiedzieć, że mają się czuć jakoś wyróżnione? nie. co najwyżej mógłbym prosić o wyrozumiałość. wydaje mi się, że jestem typem człowieka, który łatwo zdobywa sympatię - ale nigdy nie jest nikogo "ulubionym". a ja za bardzo się przywiązuję, potrzebuję równowagi czyli wzajemności i to stworzyło niewiarygodne ilości problemów w ostatnim czasie. albo druga skrajność - gubię się i nie potrafię o kogoś zawalczyć. w każdym razie skłoniło mnie do pewnej postępującej izolacji.
kiedyś naszła mnie myśl - spadła jak grom z jasnego nieba - jacy wszyscy stali się nudni, łącznie ze mną. każdy zamknięty w schemacie kilku zachowań i sytuacji z których nie potrafią wyjść.- kręcą się w kółko niczym rybka w kuli. nieznośna beznadziejność, nuda, brak zmian. nikogo wyraźnego. nikogo, kto by teraz podjął moją uwagę. powtarzalność. poczułem się, jakbym przejrzał na oczy pierwszy raz od lat. i zostałem przygnieciony beznadziejnością. osoby, które fascynowały mnie każdym aspektem siebie, okazały się tak... zwyczajne. rozczarowanie.
do tego dużo osób odeszło, dużo wróciło. na wnioski się nie odważę. odpycham możliwość ingerencji, zamykam ich w osobnym pokoju mojej głowy.



nałogi.
tak to tutaj zostawię.


nie odważyłbym się teraz na pisanie o nikim szczególnym. dopóki sam nie wiem, czy "osoba szczególna" w moim słowniku teraz występuje. są pewne rzeczy o których nie mówię, ale zdradzę, że czasem przedstawiane przeze mnie wątpliwości nie dotyczą innych tylko mnie samego. i nie jestem pewny czy istnieje we mnie pewność na temat kogokolwiek. czy wynikło to ze mnie samego, czy to inni pozwolili na moje oddalenie się - nie ma znaczenia. pustka tam w środku. pustka lub przepełnienie. to zależy, jak już wiecie. opinia każdej osoby ma na mnie wpływ. nie ma tak, że niektórzy mają pierwszeństwo w dotknięciu mnie. jednak niewiele jest ludzi którzy krytykują kogoś wprost, wiecie?  no i myśl tygodnia: jedyne czego się nauczyć, to nie dawać z siebie wszystkiego bez choćby cienia potwierdzenia angażu drugiej osoby. to może wydawać się śmieszne, ale na chwilę obecną, nie wyobrażam sobie wejścia ponownie z kimkolwiek w bliską relację. lekcje od początku bloga odrobione. wszystko brzmi bojowo. ale chyba to rzeczywiście jest tym, co myślę. pewne historie żądają zakończenia. każda kopalnia kiedyś się wyczerpie. brak czyichkolwiek chęci, brak zmian, brak.

trochę sobie czytam i oglądam, ale nie czuję się na siłach na opisywanie jakiegokolwiek tytułu. coś wybiorę do następnej notki.


czuję, że najbliższy czas niczego nie zmieni. czeka mnie chyba izolacja kompletna. nie odnajdę siebie, jeśli dalej będę gonić za czymś, czego nie ma. potrzebuję chyba samotności jak kiedyś. potrzebuję posłuchać siebie. muszę przemyśleć, czy moje racje mają w ogóle miejsce bytu - absurd, nie? właśnie o tym mówiłem. zmiany, o których mówiłem wielokrotnie od jakichś dwóch miesięcy, wymagają radykalnego kroku. tik tok. mogę kontynuować to gówno lub je przerwać i zobaczyć co dalej. jeśli ja nic nie zmienię, to chyba nikt inny tego nie zrobi. dosyć czasu. czuję się jak podnóżek. wygoda dla szanownego klienta, proszę bardzo. należy się, proszę poczekać, już mówię... tylko odrobina refleksji! daję sobie tydzień na podjęcie decyzji. wyrywa się optymizm, mówiący że coś się ruszy - zaraz zgnieciony przez doświadczenie i powtarzalność. obraz nie jest już rozmazany, fakty są suche. jednak nigdy nie ma tak łatwo, co?

wtorek, 31 grudnia 2013

2014 be good to me



chciałem napisać jakieś cholerne podsumowanie tego roku, ale sam nie wiem, od czego powinienem zacząć. pod wieloma względami był to najbardziej: chory, beznadziejny, wykańczający emocjonalnie rok w moim życiu. wiele rzeczy nie powinno było się wydarzyć. mówi się, że pewne rzeczy dzieją się po to, abyśmy wyciągnęli z nich wnioski. mój błąd polega na tym, że żadnych nauk z własnych błędów nie wyciągam, ot co. najchętniej wypisałbym tutaj najważniejsze punkty tego roku, jednak nie chcę pozwalać sobie na wypisywanie konkretnych nazwisk i imion. nie przystoi, prawda? niesamowicie cieszę się, że poznałem moje stado. moją paczkę przyjaciół. w końcu znalazłem ludzi, których naprawdę rozumiem, którzy rozumieją mnie, których uwielbiam, mogę na nich polegać z wzajemnością zresztą - po prostu taka, na wyrost nazwijmy, rodzina. to był największy sukces tego roku - zaraz po fakcie mojego istnienia ciągu dalszego. tak. wielu ludzi odeszło ode mnie, bądź przynajmniej się oddaliło. za niektórymi przeokropnie tęsknię, niektórych się boję - jednak wiem, że większość zrobiła to świadomie i wiem, że nie miałem na to wpływu. ludzie odchodzą bez względu na to, jak my się na ową sytuację zapatrujemy. dziękuję i przepraszam wszystkich. mam nadzieję, że teraz wszystko będzie szło w dobrym kierunku.

Lepiej nigdy nikomu nic nie opowiadajcie. Bo jak opowiecie – zaczniecie tęsknić. 

tego muszę zacząć się trzymać.
postanowienia? są. wiele rzeczy się zmieni, ja muszę się zmienić. wierzę, że może mi się udać. obawiam się, że skrzywdzę przy tym parę osób, ale wierzę, że mój egoizm na dłuższą metę się opłaci. nie mogę pozostać w tym samym miejscu. cóż... do zobaczenia!

piątek, 6 grudnia 2013

miasto zimniejsze od serca

burza chyba już za mną. to miasto jest zimne, wiecie? nie mówię o grudniowym chłodzie, minusowych temperaturach, wichurach czy śniegu. mówię o zimnie, którego nie da się opisać słowami. czuliście kiedyś, że nie należycie do jakiegoś miejsca? na pewno. to uczucie towarzyszy mi od dłuższego czasu. jestem tą osobą, co wiecznie stoi nie tam, gdzie trzeba. piątym kołem u wozu. mówi mi to głos. jestem nienormalny? nie wiem. nazwałem głosem to, co siedzi w mojej głowie w najgorszych emocjonalnie momentach. nieważne. czuję chłód w mojej głowie. ciemność i pustkę. nic. możecie spytać czy to jest lepsze od tego całego zamieszania, które nękało mnie przez ostatni tydzień-dwa. jednoznaczna odpowiedź jest trudna do udzielenia. uśmiecham się. sam już nie wiem, czy to wszystko się układa czy tylko odkładam nieuniknione w czasie. nie chcę zajmować tym teraz myśli. jeśli nie jestem szczęśliwy, będę grał. przedstawienie. to pewna puenta życia, tak myślę. żeby dobrze zagrać i otrzymać owacje na stojąco, gdy będziesz leżeć w drewnianym łożu trzy metry pod ziemią.

zrobiłem wiele głupich rzeczy a chciałem zrobić coś jeszcze głupszego. coś się zmienia. nadchodzi coś większego, czuję to. coś każe mi się szykować. tyle rozumiem.

nic więcej chyba nie chcę powiedzieć. słowa już nie wystarczają.

jedyne co teraz czuję to pewna samotność. cisza. melancholia. chłód.
że nikogo to nie obchodzi. bo tak jest.
i może tym razem wyjdzie mi to na dobre.

niedziela, 3 listopada 2013

co dalej?



przestałem pisać. nie umarłem niestety. dalej żyję a pytanie czy mam się dobrze, jest w chwili obecnej zbyt trudne. dlaczego tu jestem? ano prozaiczna przyczyna - potrzebuję jak zazwyczaj poukładać sobie w głowie. a mam za sobą cały miesiąc dziwnych zdarzeń i podejmowania nie najlepszych decyzji. wszystko zaczyna się robić wyjątkowo męczące, nieznośnie męczące. monotonia i skłonności samodestrukcyjne. tak mogę podsumować połowę swojego życia. coś mi nie daje spokoju. czuję, że coś jest nie tak. coś jest nie na swoim miejscu. nie wiem czy to cokolwiek zewnętrznego, czy moja głowa przestaje funkcjonować, jak trzeba. co za różnica.



szkoła. wszystko sprowadza się do tego, że przestało mnie cokolwiek obchodzić. czuję, że to wszystko nie ma znaczenia. nie potrafię się zatrzymać. nie potrafię się przystosować. siedząc tam, czuję się nie na miejscu. nie potrafię przeżyć narzuconych mi zasad. narzuconego stylu życia. nie mogę tego pojąć. powiedzcie, że szukam usprawiedliwienia na własne lenistwo. nie dbam o to. nie potrafię zrozumieć, dlaczego wszyscy zgadzają się żyć tak, jak każą im inni. coraz częściej to widzę. ślepo dążymy wyznaczonymi szlakami, bo nie da się inaczej. bo wszystko jest ustalone. mamy wyznaczone granice i normy, których nie wolno nam przekroczyć. irytuje mnie to. w tym miesiącu byłem może na połowie lekcji. jestem zdenerwowany wszystkim: począwszy od wszechobecnego bezsensu, kończąc na braku zainteresowania powszechnymi rozmowami z ludźmi. jestem wściekły na nastawienie ludzi wobec mnie - chociaż wszystko jest wyłącznie moją winą. nie wiem, co powinienem zrobić. na pewno muszę zmierzyć się z konsekwencjami i pójść do szkoły. mam mnóstwo rzeczy do nadrobienia - boję się każdego dnia. chociaż co mi grozi? jedynka? jedna, druga? nikt nie może mi zaszkodzić bardziej niż ja sam. co poza tym? korepetycje których udzielam. dwa razy w tygodniu, trzy dyszki za półtorej godziny. potrzebuję pieniędzy. potrzebuję mnóstwa pieniędzy. po prostu.



generalnie ludzie? ludzie, jak pisałem, irytują mnie. ograniczyłem się do kilku wspaniałych osób, z którymi mam ochotę teraz utrzymywać kontakt. nie potrafię wam pokazać tego, jak bardzo się cieszę, że was mam. to takie idiotyczne. mieć takich cudownych ludzi i nie umieć pokazać, jak się ich docenia. generalnie mam ochotę zamknąć się na tydzień. na wszystkich i na wszystko - a z drugiej strony wiem, że nie potrafię. samo wyjście z kimś na fajkę stało się naturalną częścią dnia. coś z tym muszę zrobić. coraz bardziej akceptuję każdą część mnie, całego siebie. wiem, że nie jestem w stanie zmienić wielu rzeczy - ba, nie chcę tego robić. kiedyś musiał nadejść ten dzień. chociaż tutaj też występuje ogromna, nazwijmy, ambiwalencja. z jednej strony akceptuję, że taki jestem. przyjmuję to do wiadomości, nie walczę z tym. z drugiej nienawidzę każdego elementu składającego się na to wielkie "ja".
 


nałogi? już przestają mi wystarczać dotychczasowe sposoby na niszczenie organizmu. cotygodniowe alkoholowe spotkania, paczka na dzień/dwa. w końcu musiało dojść do czegoś innego. bawię się. dxm, kodeina. szukam dojścia do czegoś innego, chcę coś poczuć. wszystkiego trzeba w życiu spróbować, prawda? nie wiem, jak daleko na tym zajadę, ale coraz bardziej dochodzę do wniosku, że wiem, jak skończę.



obiecywałem, że nigdy więcej o tobie nie napiszę. kłamałem. próbowałem zapomnieć, próbowałem wyprzeć te parę miesięcy życia, obwinić cię za wszystko a na końcu znienawidzić i stwierdzić że nigdy więcej nie chcę cię widzieć, nie chcę cię w swoim życiu. to było dziecinne i kłóci się ze wszystkim, co wcześniej twierdziłem. a do tego siedziało cały czas w mojej głowie. już nie wiem, co jest dobre a co złe. pewne ostatnie rozmowy i nawiązane znajomości uświadomiły mi wiele rzeczy. nie dziwię się już niczemu, co się stało - wręcz podziwiam, że trwało to tak długo. potrafię być cholernie wyczerpującym i po prostu złym człowiekiem. wyciągnę z tego wnioski. co miał na celu ten paragraf? nie jestem pewny. jeśli to będziesz czytać, może się uśmiechniesz. oboje popełniliśmy błędy, oboje zawiedliśmy. i to tak bardzo jak tylko się dało. jednak przed oczami mam nasze najlepsze momenty i to mnie trzyma na duchu.



jest teraz też ktoś inny, kto też to będzie czytać. ktoś, kto nawet nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo mi pomaga i jak bardzo się dzięki tej osobie zmieniłem w ostatnim czasie, zdaje się, na lepsze jako osoba. wiesz, że to o tobie, prawda? też widzę czasem twój uśmiech, gdy z tobą piszę. martwię się jednak. martwię o wszystko. zły początek. wygórowane wyobrażenia, które trzymały mnie w dobrym stanie przez jakieś dwa tygodnie. i ta cholerna, zdradliwa nadzieja. nigdy nie mogę być usatysfakcjonowany tym, czym mam. zależy mi. zależy mi za bardzo. i boję się, że znowu bez wzajemności, że nie podołasz moim oczekiwaniom - nie dasz rady dać tego, czego chcę i potrzebuję. o tym próbuję z tobą rozmawiać a ty zręcznie tego unikasz. więc napiszę tutaj. o co mi chodzi? że jestem okropnym człowiekiem. zaczynam się zastanawiać nad sensem. czy nie dostając, potrafię dawać? uch. na razie cieszę się, że cię mam. tylko nie mogę dopuścić do tego, że znowu zamknę się na wszystkich innych. z tej dziury nie ma ucieczki. poza tym zastanawia mnie jak bardzo podobni momentami jesteśmy. idziesz moimi szlakami, zauważasz? zamiast zdecydowanie odwieść cię od wszystkiego, powiedzieć: popatrz na mnie!, ja jakbym bezmyślnie wpychał cię dalej w to gówno. nie potrafię zrobić nic dobrze.

nie potrafiłem również przez ten miesiąc skupić się na czytaniu. kompletnie. udało mi się za to obejrzeć kilka filmów.



"Shelter". powiem krótko - akceptuję wszystko. całkiem urocza historia miłosna, gatunkowo melodramat, o dwójce młodych mężczyzn i ich miłości w ukryciu. nie potrafię powiedzieć niczego więcej.

"Przerwana lekcja muzyki". niesamowity film. przez cały czas przed oczami miałem "Lot nad kukułczym gniazdem". rola Angeliny Jolie - ekstaza. uwielbiam postacie socjopatów, manipulatorów w filmach. ich siła, magnetyzm, charyzma. idealna aktorka do idealnej roli. sam film? jak najbardziej mi się podobał. dziewczyna trafia do szpitala psychiatrycznego zdiagnozowana z pogranicznym zaburzeniem osobowości. poznaje życie na oddziale, poznaje osoby tam żyjące, stara się przystosować, pogrążając się tylko w otchłani własnej niepoczytalności. jak kończy się ta historia? to już zadanie dla każdego z was.

"500 dni miłości". może to wina wersji z lektorem, ale nie zachwyciłem się. owszem, film wywołał emocje. wiele rzeczy próbowałem przełożyć na własne życie i przygnębiło mnie to. film ogólnie zdawał się mieć, mimo komediowej oprawy, dość ponury przekaz. aktorów występujących uwielbiam. co było nie tak? nie umiem wytłumaczyć. podobno w pewnych kręgach ten film to już klasyka. nie ustosunkuję się do tego.



"Wałęsa. Człowiek nadziei". wyjście ze szkoły na film tak się właśnie kończy. nie rozumiem tego filmu. nie rozumiem, co miał pokazać. historię którą wszyscy znamy? pan wajda nie odkrył niczego nowego, nie poruszył pewnych kontrowersyjnych kwestii z życia wałęsy. poza tym konwencja: wywiad i retrospekcje. BŁAGAM, LITOŚCI! ile razy już to widzieliśmy? że wygodne? nic mnie to nie obchodzi. nie mam siły oglądać czegoś takiego. poza tym gatunek - "biograficzny, dramat". dramatem to jest to popularne polskie kino. przez 90% seansu odnosiłem wrażenie, że siedzę na pieprzonej komedii. rozumiem chęci rozluźnienia sytuacji, ale... o ludzie. to wszystko było nie na miejscu. jestem na nie, przykro mi.

"American Horror Story"! TRZECI SEZON WRESZCIE SIĘ UKAZAŁ. nawet nie wiecie, ile radości mi sprawia ten serial.

i to chyba na tyle. muszę coś ze sobą zrobić, naprawdę boję się jutra. najchętniej położyłbym się spać i spałbym przez cały tydzień. nie wiem, gdzie dążę, ale to znowu staje się silniejsze ode mnie. c'est la vie!

ograniczam jedzenie. w rok przytyłem 13 kilogramów. od trzech dni jem mniej, widzę różnicę. oby tak dalej.


Tremble for yourself, my man,
You know that you have seen this all before
Tremble Little Lion Man,
You'll never settle any of your scores
Your grace is wasted in your face,
Your boldness stands alone among the wreck
Now learn from your mother or else spend your days 
Biting your own neck

What can I do, what can I be,
When I'm with you I want to stay there
If I'm true I'll never leave
And if I do I know the way there

Ooh, then I suddenly see you,
Ooh, did I tell you I need you

Told myself that you were right for me
But felt so lonely in your company
But that was love and it's an ache I still remember
 (...)
But you didn't have to cut me off
Make out like it never happened
And that we were nothing
I don't even need your love
But you treat me like a stranger
And that feels so rough