Etykiety

niedziela, 21 czerwca 2015

urywki rozmów

rozmowa z można powiedzieć dosyć "randomowym" osobnikiem, dała mi sporo do myślenia.

"przede wszystkim jestem pewny siebie, tego co chcę oraz tego kim jestem. i nie żałuję niczego, bo wszystko - każda relacja, w której byłem - nauczyła mnie bardzo ważnych lekcji dotyczących życia i funkcjonowania w owych relacjach. wyszedłem o wiele lepszym człowiekiem a nieuchronnie pojawiające się "a gdyby", po chwili namysłu znika, gdy patrzę na to, gdzie jestem teraz. jestem dumny z tego, kim jestem."

i to jest podsumowaniem moich ostatnich dni. czuję zaskoczenie a przede wszystkim dumę. wrócę chyba do pisania a to jest tego zapowiedź. wiem, że moje słowa mają znaczenie. są duże, krzyczą, wirują - i żądają należnej im uwagi.



są ludzie, do których muszę się odezwać. znowu żyję. muszę znaleźć pracę.

 konkurs trwa kto dłużej z nas wytrzyma tango
który z nas i która z was upadnie nagle
każdy chce partnera mieć i każdy kłamie
nie ma par do tańca nikt nie prosi ładnie
nie strzelajcie do orkiestry
jeśli oni zginą - przyjdą lepsi, przyjdą lepsi

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

(wyznaczyć) granicę


nie było mnie tutaj prawie półtorej roku, więc jeśli ktoś tu zajrzy, to zrobi to tylko przez przypadek. może go zaskoczę, może go zasmucę a nawet może się uśmiechnie i ucieszy. przestałem pisać na cały ten czas, więc wybaczcie wystąpienie niepokojącego analfabetyzmu. żeby wyłącznie ta jedną umiejętność zanikła, to nie byłoby znowu tak źle. w końcu jakoś udało wam się przeżyć półtorej roku bez mojego pierdolenia. wydaje mi się, co ważniejsze, że przez ten czas zniknąłem ja sam - jako jednostka, indywiduum, człowiek. byłem duchem, cieniem bez znaczenia, wartości, podążający ślepo i nie mający głosu. od miesiąca miałem wrażenie powrotu do siebie (jak się nazywają te zaburzenia od pór roku??) i gdzieś tutaj się zgubiłem. niepewność w pewności. to jakby grupa budowniczych budowała dom, ale gdzieś w połowie prac wchodzi szef i mówi: "nie, koniec - ten dom stać tu nie może. jest chujowy, nikomu się nie podoba a do tego psuje krajobraz. do rozbiórki"! kim jest ten szef? tego nie wiem, ale z pewnością go nie lubię, bo to bez wątpienia niekompetentny gość. może to tylko etap naprawy? nie umiem niczego sobie ułożyć w głowie. czuję rozchwianie wynikające z położenia ani po tej ani po tamtej stronie. jestem nigdzie - a dokładniej albo maksymalnie po jednej lub drugiej stronie. po raz kolejny chciałbym umieć sobie wszystko ułożyć. wymóg jeden: nikt nie może mieć na mnie wpływu, mimo że tego wpływu tak pragnę. wiara w pozytywny wpływ jednak zanika. nie ma chyba nikogo, kto by podał mi rękę, gdy ja to wszystko sobie ładnie sklejam. pozbyć się potrzeby czy powodu? czy to jednak znaczy, że nikt nie chciał dobrze? tylko paranoja i wypisywanie każdej myśli.




ja a nawet my. (a coraz częściej myślę o sobie w liczbie mnogiej). wchodzę w stan psychozy. co mam na myśli? nie odróżniam mojej rzeczywistości od prawdy. mojej wersji od tego co jest. tworzę już wszystko mimowolnie. maluję obraz jaki mi się podoba. kiedy widzę sytuację, układam do niej scenariusz, w którym poczuję się najlepiej. ci co mnie znają, zauważyli pewnie, że zmieniam opis pewnych zdarzeń, moich pobudek. i co z tym? nic. śmieszne? niekoniecznie bo każda wersja może być prawdziwa i nawet ja sam
 nie wiem, co było ostatecznie prawdą - w danej chwili wszystko może nią być. hasło: kreacja świata. czy komuś szkodzę? nie sądzę. zupełnie inny jest obszar mojego umysłu, w który zapełzłem w tym momencie. to takie katakumby czy ruiny - pozostałości tego czasu, kiedy mnie tu nie było. symbol zaniku wartości, poczucia bycia nikim. wierzę, że wszystko dookoła złego dzieje się z mojego powodu. ten "ja" żąda od każdego uznania, robi z siebie ofiarę, szuka i woła o pomoc. dysonans? wyobraźcie sobie osobę która w przeciągu kilka minut może przejść od twierdzenia "mogę wszystko, jestem ponad" do tej miernoty i sieroty. ktoś, kto przed chwilą powiedział, że masz się liczyć z jego zdaniem, zaraz błaga o wsparcie. a na domiar, nieustannie nękany jestem świadomością, że prawda jest tylko jedna. coś co zauważyli wszyscy psychologowie, u których byłem, to fakt przeglądania się w oczach innych. układa mi się wśród bliskich, poczuję się ważny - jest okej. a najmniejsze drobnostki z kolei mogą być odebrane jako koniec świata i siebie samego. z czego nie potrafię wyjść przez długie dni. to tłumaczy końcowy wniosek tej notki. rozrysowuję wam tutaj portret psychologiczny. kiedy myślę, nie myślę tylko ja - jakkolwiek to brzmi. stery przejmuje kilka wersji mnie. każda jest kierowana inną ideą, mająca z reguły odmienne zdanie, może nawet osobowość. chcę odzyskać nad tym kontrolę. to dawało mi możliwości a teraz wyłącznie mnie niszczy i pochłania całą moją uwagę.

koniec szkoły. koniec kolejnego etapu edukacji. matura za miesiąc i tu nawet nie będę się starał o kwieciste słownictwo czy jakiekolwiek refleksje - spierdoliłem na całej linii i modlę się tylko o cud.


otoczenie. pozwalając sobie zacytować: już brak mi kurwa słów. i to nie tak że ktoś mi nadepnął na odcisk. po prostu nie mam siły na utrzymywanie kontaktu z kimkolwiek. ostatki chęci do tego krążą między dwoma-trzema osobami, które nawet nie są świadome tego, jak bardzo są ważne, że w tej chwili swojego życia, dalej się staram. czy chcę przez to powiedzieć, że mają się czuć jakoś wyróżnione? nie. co najwyżej mógłbym prosić o wyrozumiałość. wydaje mi się, że jestem typem człowieka, który łatwo zdobywa sympatię - ale nigdy nie jest nikogo "ulubionym". a ja za bardzo się przywiązuję, potrzebuję równowagi czyli wzajemności i to stworzyło niewiarygodne ilości problemów w ostatnim czasie. albo druga skrajność - gubię się i nie potrafię o kogoś zawalczyć. w każdym razie skłoniło mnie do pewnej postępującej izolacji.
kiedyś naszła mnie myśl - spadła jak grom z jasnego nieba - jacy wszyscy stali się nudni, łącznie ze mną. każdy zamknięty w schemacie kilku zachowań i sytuacji z których nie potrafią wyjść.- kręcą się w kółko niczym rybka w kuli. nieznośna beznadziejność, nuda, brak zmian. nikogo wyraźnego. nikogo, kto by teraz podjął moją uwagę. powtarzalność. poczułem się, jakbym przejrzał na oczy pierwszy raz od lat. i zostałem przygnieciony beznadziejnością. osoby, które fascynowały mnie każdym aspektem siebie, okazały się tak... zwyczajne. rozczarowanie.
do tego dużo osób odeszło, dużo wróciło. na wnioski się nie odważę. odpycham możliwość ingerencji, zamykam ich w osobnym pokoju mojej głowy.



nałogi.
tak to tutaj zostawię.


nie odważyłbym się teraz na pisanie o nikim szczególnym. dopóki sam nie wiem, czy "osoba szczególna" w moim słowniku teraz występuje. są pewne rzeczy o których nie mówię, ale zdradzę, że czasem przedstawiane przeze mnie wątpliwości nie dotyczą innych tylko mnie samego. i nie jestem pewny czy istnieje we mnie pewność na temat kogokolwiek. czy wynikło to ze mnie samego, czy to inni pozwolili na moje oddalenie się - nie ma znaczenia. pustka tam w środku. pustka lub przepełnienie. to zależy, jak już wiecie. opinia każdej osoby ma na mnie wpływ. nie ma tak, że niektórzy mają pierwszeństwo w dotknięciu mnie. jednak niewiele jest ludzi którzy krytykują kogoś wprost, wiecie?  no i myśl tygodnia: jedyne czego się nauczyć, to nie dawać z siebie wszystkiego bez choćby cienia potwierdzenia angażu drugiej osoby. to może wydawać się śmieszne, ale na chwilę obecną, nie wyobrażam sobie wejścia ponownie z kimkolwiek w bliską relację. lekcje od początku bloga odrobione. wszystko brzmi bojowo. ale chyba to rzeczywiście jest tym, co myślę. pewne historie żądają zakończenia. każda kopalnia kiedyś się wyczerpie. brak czyichkolwiek chęci, brak zmian, brak.

trochę sobie czytam i oglądam, ale nie czuję się na siłach na opisywanie jakiegokolwiek tytułu. coś wybiorę do następnej notki.


czuję, że najbliższy czas niczego nie zmieni. czeka mnie chyba izolacja kompletna. nie odnajdę siebie, jeśli dalej będę gonić za czymś, czego nie ma. potrzebuję chyba samotności jak kiedyś. potrzebuję posłuchać siebie. muszę przemyśleć, czy moje racje mają w ogóle miejsce bytu - absurd, nie? właśnie o tym mówiłem. zmiany, o których mówiłem wielokrotnie od jakichś dwóch miesięcy, wymagają radykalnego kroku. tik tok. mogę kontynuować to gówno lub je przerwać i zobaczyć co dalej. jeśli ja nic nie zmienię, to chyba nikt inny tego nie zrobi. dosyć czasu. czuję się jak podnóżek. wygoda dla szanownego klienta, proszę bardzo. należy się, proszę poczekać, już mówię... tylko odrobina refleksji! daję sobie tydzień na podjęcie decyzji. wyrywa się optymizm, mówiący że coś się ruszy - zaraz zgnieciony przez doświadczenie i powtarzalność. obraz nie jest już rozmazany, fakty są suche. jednak nigdy nie ma tak łatwo, co?

wtorek, 31 grudnia 2013

2014 be good to me



chciałem napisać jakieś cholerne podsumowanie tego roku, ale sam nie wiem, od czego powinienem zacząć. pod wieloma względami był to najbardziej: chory, beznadziejny, wykańczający emocjonalnie rok w moim życiu. wiele rzeczy nie powinno było się wydarzyć. mówi się, że pewne rzeczy dzieją się po to, abyśmy wyciągnęli z nich wnioski. mój błąd polega na tym, że żadnych nauk z własnych błędów nie wyciągam, ot co. najchętniej wypisałbym tutaj najważniejsze punkty tego roku, jednak nie chcę pozwalać sobie na wypisywanie konkretnych nazwisk i imion. nie przystoi, prawda? niesamowicie cieszę się, że poznałem moje stado. moją paczkę przyjaciół. w końcu znalazłem ludzi, których naprawdę rozumiem, którzy rozumieją mnie, których uwielbiam, mogę na nich polegać z wzajemnością zresztą - po prostu taka, na wyrost nazwijmy, rodzina. to był największy sukces tego roku - zaraz po fakcie mojego istnienia ciągu dalszego. tak. wielu ludzi odeszło ode mnie, bądź przynajmniej się oddaliło. za niektórymi przeokropnie tęsknię, niektórych się boję - jednak wiem, że większość zrobiła to świadomie i wiem, że nie miałem na to wpływu. ludzie odchodzą bez względu na to, jak my się na ową sytuację zapatrujemy. dziękuję i przepraszam wszystkich. mam nadzieję, że teraz wszystko będzie szło w dobrym kierunku.

Lepiej nigdy nikomu nic nie opowiadajcie. Bo jak opowiecie – zaczniecie tęsknić. 

tego muszę zacząć się trzymać.
postanowienia? są. wiele rzeczy się zmieni, ja muszę się zmienić. wierzę, że może mi się udać. obawiam się, że skrzywdzę przy tym parę osób, ale wierzę, że mój egoizm na dłuższą metę się opłaci. nie mogę pozostać w tym samym miejscu. cóż... do zobaczenia!

piątek, 6 grudnia 2013

miasto zimniejsze od serca

burza chyba już za mną. to miasto jest zimne, wiecie? nie mówię o grudniowym chłodzie, minusowych temperaturach, wichurach czy śniegu. mówię o zimnie, którego nie da się opisać słowami. czuliście kiedyś, że nie należycie do jakiegoś miejsca? na pewno. to uczucie towarzyszy mi od dłuższego czasu. jestem tą osobą, co wiecznie stoi nie tam, gdzie trzeba. piątym kołem u wozu. mówi mi to głos. jestem nienormalny? nie wiem. nazwałem głosem to, co siedzi w mojej głowie w najgorszych emocjonalnie momentach. nieważne. czuję chłód w mojej głowie. ciemność i pustkę. nic. możecie spytać czy to jest lepsze od tego całego zamieszania, które nękało mnie przez ostatni tydzień-dwa. jednoznaczna odpowiedź jest trudna do udzielenia. uśmiecham się. sam już nie wiem, czy to wszystko się układa czy tylko odkładam nieuniknione w czasie. nie chcę zajmować tym teraz myśli. jeśli nie jestem szczęśliwy, będę grał. przedstawienie. to pewna puenta życia, tak myślę. żeby dobrze zagrać i otrzymać owacje na stojąco, gdy będziesz leżeć w drewnianym łożu trzy metry pod ziemią.

zrobiłem wiele głupich rzeczy a chciałem zrobić coś jeszcze głupszego. coś się zmienia. nadchodzi coś większego, czuję to. coś każe mi się szykować. tyle rozumiem.

nic więcej chyba nie chcę powiedzieć. słowa już nie wystarczają.

jedyne co teraz czuję to pewna samotność. cisza. melancholia. chłód.
że nikogo to nie obchodzi. bo tak jest.
i może tym razem wyjdzie mi to na dobre.

niedziela, 3 listopada 2013

co dalej?



przestałem pisać. nie umarłem niestety. dalej żyję a pytanie czy mam się dobrze, jest w chwili obecnej zbyt trudne. dlaczego tu jestem? ano prozaiczna przyczyna - potrzebuję jak zazwyczaj poukładać sobie w głowie. a mam za sobą cały miesiąc dziwnych zdarzeń i podejmowania nie najlepszych decyzji. wszystko zaczyna się robić wyjątkowo męczące, nieznośnie męczące. monotonia i skłonności samodestrukcyjne. tak mogę podsumować połowę swojego życia. coś mi nie daje spokoju. czuję, że coś jest nie tak. coś jest nie na swoim miejscu. nie wiem czy to cokolwiek zewnętrznego, czy moja głowa przestaje funkcjonować, jak trzeba. co za różnica.



szkoła. wszystko sprowadza się do tego, że przestało mnie cokolwiek obchodzić. czuję, że to wszystko nie ma znaczenia. nie potrafię się zatrzymać. nie potrafię się przystosować. siedząc tam, czuję się nie na miejscu. nie potrafię przeżyć narzuconych mi zasad. narzuconego stylu życia. nie mogę tego pojąć. powiedzcie, że szukam usprawiedliwienia na własne lenistwo. nie dbam o to. nie potrafię zrozumieć, dlaczego wszyscy zgadzają się żyć tak, jak każą im inni. coraz częściej to widzę. ślepo dążymy wyznaczonymi szlakami, bo nie da się inaczej. bo wszystko jest ustalone. mamy wyznaczone granice i normy, których nie wolno nam przekroczyć. irytuje mnie to. w tym miesiącu byłem może na połowie lekcji. jestem zdenerwowany wszystkim: począwszy od wszechobecnego bezsensu, kończąc na braku zainteresowania powszechnymi rozmowami z ludźmi. jestem wściekły na nastawienie ludzi wobec mnie - chociaż wszystko jest wyłącznie moją winą. nie wiem, co powinienem zrobić. na pewno muszę zmierzyć się z konsekwencjami i pójść do szkoły. mam mnóstwo rzeczy do nadrobienia - boję się każdego dnia. chociaż co mi grozi? jedynka? jedna, druga? nikt nie może mi zaszkodzić bardziej niż ja sam. co poza tym? korepetycje których udzielam. dwa razy w tygodniu, trzy dyszki za półtorej godziny. potrzebuję pieniędzy. potrzebuję mnóstwa pieniędzy. po prostu.



generalnie ludzie? ludzie, jak pisałem, irytują mnie. ograniczyłem się do kilku wspaniałych osób, z którymi mam ochotę teraz utrzymywać kontakt. nie potrafię wam pokazać tego, jak bardzo się cieszę, że was mam. to takie idiotyczne. mieć takich cudownych ludzi i nie umieć pokazać, jak się ich docenia. generalnie mam ochotę zamknąć się na tydzień. na wszystkich i na wszystko - a z drugiej strony wiem, że nie potrafię. samo wyjście z kimś na fajkę stało się naturalną częścią dnia. coś z tym muszę zrobić. coraz bardziej akceptuję każdą część mnie, całego siebie. wiem, że nie jestem w stanie zmienić wielu rzeczy - ba, nie chcę tego robić. kiedyś musiał nadejść ten dzień. chociaż tutaj też występuje ogromna, nazwijmy, ambiwalencja. z jednej strony akceptuję, że taki jestem. przyjmuję to do wiadomości, nie walczę z tym. z drugiej nienawidzę każdego elementu składającego się na to wielkie "ja".
 


nałogi? już przestają mi wystarczać dotychczasowe sposoby na niszczenie organizmu. cotygodniowe alkoholowe spotkania, paczka na dzień/dwa. w końcu musiało dojść do czegoś innego. bawię się. dxm, kodeina. szukam dojścia do czegoś innego, chcę coś poczuć. wszystkiego trzeba w życiu spróbować, prawda? nie wiem, jak daleko na tym zajadę, ale coraz bardziej dochodzę do wniosku, że wiem, jak skończę.



obiecywałem, że nigdy więcej o tobie nie napiszę. kłamałem. próbowałem zapomnieć, próbowałem wyprzeć te parę miesięcy życia, obwinić cię za wszystko a na końcu znienawidzić i stwierdzić że nigdy więcej nie chcę cię widzieć, nie chcę cię w swoim życiu. to było dziecinne i kłóci się ze wszystkim, co wcześniej twierdziłem. a do tego siedziało cały czas w mojej głowie. już nie wiem, co jest dobre a co złe. pewne ostatnie rozmowy i nawiązane znajomości uświadomiły mi wiele rzeczy. nie dziwię się już niczemu, co się stało - wręcz podziwiam, że trwało to tak długo. potrafię być cholernie wyczerpującym i po prostu złym człowiekiem. wyciągnę z tego wnioski. co miał na celu ten paragraf? nie jestem pewny. jeśli to będziesz czytać, może się uśmiechniesz. oboje popełniliśmy błędy, oboje zawiedliśmy. i to tak bardzo jak tylko się dało. jednak przed oczami mam nasze najlepsze momenty i to mnie trzyma na duchu.



jest teraz też ktoś inny, kto też to będzie czytać. ktoś, kto nawet nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo mi pomaga i jak bardzo się dzięki tej osobie zmieniłem w ostatnim czasie, zdaje się, na lepsze jako osoba. wiesz, że to o tobie, prawda? też widzę czasem twój uśmiech, gdy z tobą piszę. martwię się jednak. martwię o wszystko. zły początek. wygórowane wyobrażenia, które trzymały mnie w dobrym stanie przez jakieś dwa tygodnie. i ta cholerna, zdradliwa nadzieja. nigdy nie mogę być usatysfakcjonowany tym, czym mam. zależy mi. zależy mi za bardzo. i boję się, że znowu bez wzajemności, że nie podołasz moim oczekiwaniom - nie dasz rady dać tego, czego chcę i potrzebuję. o tym próbuję z tobą rozmawiać a ty zręcznie tego unikasz. więc napiszę tutaj. o co mi chodzi? że jestem okropnym człowiekiem. zaczynam się zastanawiać nad sensem. czy nie dostając, potrafię dawać? uch. na razie cieszę się, że cię mam. tylko nie mogę dopuścić do tego, że znowu zamknę się na wszystkich innych. z tej dziury nie ma ucieczki. poza tym zastanawia mnie jak bardzo podobni momentami jesteśmy. idziesz moimi szlakami, zauważasz? zamiast zdecydowanie odwieść cię od wszystkiego, powiedzieć: popatrz na mnie!, ja jakbym bezmyślnie wpychał cię dalej w to gówno. nie potrafię zrobić nic dobrze.

nie potrafiłem również przez ten miesiąc skupić się na czytaniu. kompletnie. udało mi się za to obejrzeć kilka filmów.



"Shelter". powiem krótko - akceptuję wszystko. całkiem urocza historia miłosna, gatunkowo melodramat, o dwójce młodych mężczyzn i ich miłości w ukryciu. nie potrafię powiedzieć niczego więcej.

"Przerwana lekcja muzyki". niesamowity film. przez cały czas przed oczami miałem "Lot nad kukułczym gniazdem". rola Angeliny Jolie - ekstaza. uwielbiam postacie socjopatów, manipulatorów w filmach. ich siła, magnetyzm, charyzma. idealna aktorka do idealnej roli. sam film? jak najbardziej mi się podobał. dziewczyna trafia do szpitala psychiatrycznego zdiagnozowana z pogranicznym zaburzeniem osobowości. poznaje życie na oddziale, poznaje osoby tam żyjące, stara się przystosować, pogrążając się tylko w otchłani własnej niepoczytalności. jak kończy się ta historia? to już zadanie dla każdego z was.

"500 dni miłości". może to wina wersji z lektorem, ale nie zachwyciłem się. owszem, film wywołał emocje. wiele rzeczy próbowałem przełożyć na własne życie i przygnębiło mnie to. film ogólnie zdawał się mieć, mimo komediowej oprawy, dość ponury przekaz. aktorów występujących uwielbiam. co było nie tak? nie umiem wytłumaczyć. podobno w pewnych kręgach ten film to już klasyka. nie ustosunkuję się do tego.



"Wałęsa. Człowiek nadziei". wyjście ze szkoły na film tak się właśnie kończy. nie rozumiem tego filmu. nie rozumiem, co miał pokazać. historię którą wszyscy znamy? pan wajda nie odkrył niczego nowego, nie poruszył pewnych kontrowersyjnych kwestii z życia wałęsy. poza tym konwencja: wywiad i retrospekcje. BŁAGAM, LITOŚCI! ile razy już to widzieliśmy? że wygodne? nic mnie to nie obchodzi. nie mam siły oglądać czegoś takiego. poza tym gatunek - "biograficzny, dramat". dramatem to jest to popularne polskie kino. przez 90% seansu odnosiłem wrażenie, że siedzę na pieprzonej komedii. rozumiem chęci rozluźnienia sytuacji, ale... o ludzie. to wszystko było nie na miejscu. jestem na nie, przykro mi.

"American Horror Story"! TRZECI SEZON WRESZCIE SIĘ UKAZAŁ. nawet nie wiecie, ile radości mi sprawia ten serial.

i to chyba na tyle. muszę coś ze sobą zrobić, naprawdę boję się jutra. najchętniej położyłbym się spać i spałbym przez cały tydzień. nie wiem, gdzie dążę, ale to znowu staje się silniejsze ode mnie. c'est la vie!

ograniczam jedzenie. w rok przytyłem 13 kilogramów. od trzech dni jem mniej, widzę różnicę. oby tak dalej.


Tremble for yourself, my man,
You know that you have seen this all before
Tremble Little Lion Man,
You'll never settle any of your scores
Your grace is wasted in your face,
Your boldness stands alone among the wreck
Now learn from your mother or else spend your days 
Biting your own neck

What can I do, what can I be,
When I'm with you I want to stay there
If I'm true I'll never leave
And if I do I know the way there

Ooh, then I suddenly see you,
Ooh, did I tell you I need you

Told myself that you were right for me
But felt so lonely in your company
But that was love and it's an ache I still remember
 (...)
But you didn't have to cut me off
Make out like it never happened
And that we were nothing
I don't even need your love
But you treat me like a stranger
And that feels so rough

piątek, 4 października 2013

hollow




Żyję. Nie do końca łapę to wszystko, co się wokół mnie dzieje. Nie do końca rozumiem, co się z samym mną dzieje. Poza momentami, gdy zaczynam mówić jak psychopata albo gdy pozwalam swojej głowie na samowolę, a ona galopuje w otchłań, czuję się w porządku. Próbuję znaleźć sobie jakieś zajęcie. Nie prę na siłę do przodu, nie ma sensu przyspieszać biegu rzeczy. Po prostu posuwam się wolnym krokiem w jakimś bliżej nieokreślonym kierunku. Dzisiaj urodziny. Szalona siedemnastka. Przez ten jeden rok zmieniło się praktycznie wszystko w moim życiu. Na lepsze? Nie oceniam. Cieszę się i nie żałuję chyba niczego. No dobra... jest parę rzeczy. Ale myślę, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Jedynym właściwym, tak?



Pierwsze źródło zarobku. Korepetycje. Dwa półtoragodzinne spotkania po trzy dyszki jedno. Sześć dych na tydzień. Niezła opcja chyba, nie? Do tego dojdą jeszcze moje korki z matmy i tak okazuje się, że mam coraz mniej czasu na zapadanie się w sobie. Jest metoda w tym szaleństwie.



Ludzie. Bez zmian. Chcę odzyskać, co straciłem przez własną głupotę. Chcę mieć dobry kontakt z ludźmi, na których kiedykolwiek mi zależało. Muszę stać się lepszym człowiekiem. Wraca mi mania perfekcji. Cały ten stres kumuluję się w takich moich odchyleniach, potęgując je. Kolejne spostrzeżenie. Martwi mnie, że mam chwilowe załamanie związane ze szkołą. Potrzebuję ogarnąć rozszerzoną matematykę, bo jak tak dalej pójdzie, to zejdę poniżej 50% frekwencji na owych lekcjach. Jestem tępakiem jakich mało.



Cortazar się czyta. 'Shelter' obejrzany. Jutro czas się napić.

 Ta mini-notka miała być dodana wczoraj w nocy. Dzisiaj czas się napić, czekam. Doszły kolejne korki. Godzinka za dwie dyszki w czwartek. Idealnie. Matematyka z dwunastolatką. Życzcie szczęścia. Grafomania. To jednak jest grafomania.

Please won't you push me for the last time,
Let's scream until there's nothing left
So sick of playing, I don't want this anymore.
The thought of you is no fucking fun.
You want a martyr, I'll be one because enough's enough,
We're done.

You told me 'think about it', well I did.
Now I don't wanna feel a thing anymore.
I'm tired of begging for the things that I want,
I'm over sleeping like a dog on the floor.

You make me sick, I make it worse by drinking late.

Imagine living like a king someday.
A single night without a ghost in the walls.



 You will always be the one
To take another piece of me
I will always be the one
To let you break me down