Etykiety

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

(wyznaczyć) granicę


nie było mnie tutaj prawie półtorej roku, więc jeśli ktoś tu zajrzy, to zrobi to tylko przez przypadek. może go zaskoczę, może go zasmucę a nawet może się uśmiechnie i ucieszy. przestałem pisać na cały ten czas, więc wybaczcie wystąpienie niepokojącego analfabetyzmu. żeby wyłącznie ta jedną umiejętność zanikła, to nie byłoby znowu tak źle. w końcu jakoś udało wam się przeżyć półtorej roku bez mojego pierdolenia. wydaje mi się, co ważniejsze, że przez ten czas zniknąłem ja sam - jako jednostka, indywiduum, człowiek. byłem duchem, cieniem bez znaczenia, wartości, podążający ślepo i nie mający głosu. od miesiąca miałem wrażenie powrotu do siebie (jak się nazywają te zaburzenia od pór roku??) i gdzieś tutaj się zgubiłem. niepewność w pewności. to jakby grupa budowniczych budowała dom, ale gdzieś w połowie prac wchodzi szef i mówi: "nie, koniec - ten dom stać tu nie może. jest chujowy, nikomu się nie podoba a do tego psuje krajobraz. do rozbiórki"! kim jest ten szef? tego nie wiem, ale z pewnością go nie lubię, bo to bez wątpienia niekompetentny gość. może to tylko etap naprawy? nie umiem niczego sobie ułożyć w głowie. czuję rozchwianie wynikające z położenia ani po tej ani po tamtej stronie. jestem nigdzie - a dokładniej albo maksymalnie po jednej lub drugiej stronie. po raz kolejny chciałbym umieć sobie wszystko ułożyć. wymóg jeden: nikt nie może mieć na mnie wpływu, mimo że tego wpływu tak pragnę. wiara w pozytywny wpływ jednak zanika. nie ma chyba nikogo, kto by podał mi rękę, gdy ja to wszystko sobie ładnie sklejam. pozbyć się potrzeby czy powodu? czy to jednak znaczy, że nikt nie chciał dobrze? tylko paranoja i wypisywanie każdej myśli.




ja a nawet my. (a coraz częściej myślę o sobie w liczbie mnogiej). wchodzę w stan psychozy. co mam na myśli? nie odróżniam mojej rzeczywistości od prawdy. mojej wersji od tego co jest. tworzę już wszystko mimowolnie. maluję obraz jaki mi się podoba. kiedy widzę sytuację, układam do niej scenariusz, w którym poczuję się najlepiej. ci co mnie znają, zauważyli pewnie, że zmieniam opis pewnych zdarzeń, moich pobudek. i co z tym? nic. śmieszne? niekoniecznie bo każda wersja może być prawdziwa i nawet ja sam
 nie wiem, co było ostatecznie prawdą - w danej chwili wszystko może nią być. hasło: kreacja świata. czy komuś szkodzę? nie sądzę. zupełnie inny jest obszar mojego umysłu, w który zapełzłem w tym momencie. to takie katakumby czy ruiny - pozostałości tego czasu, kiedy mnie tu nie było. symbol zaniku wartości, poczucia bycia nikim. wierzę, że wszystko dookoła złego dzieje się z mojego powodu. ten "ja" żąda od każdego uznania, robi z siebie ofiarę, szuka i woła o pomoc. dysonans? wyobraźcie sobie osobę która w przeciągu kilka minut może przejść od twierdzenia "mogę wszystko, jestem ponad" do tej miernoty i sieroty. ktoś, kto przed chwilą powiedział, że masz się liczyć z jego zdaniem, zaraz błaga o wsparcie. a na domiar, nieustannie nękany jestem świadomością, że prawda jest tylko jedna. coś co zauważyli wszyscy psychologowie, u których byłem, to fakt przeglądania się w oczach innych. układa mi się wśród bliskich, poczuję się ważny - jest okej. a najmniejsze drobnostki z kolei mogą być odebrane jako koniec świata i siebie samego. z czego nie potrafię wyjść przez długie dni. to tłumaczy końcowy wniosek tej notki. rozrysowuję wam tutaj portret psychologiczny. kiedy myślę, nie myślę tylko ja - jakkolwiek to brzmi. stery przejmuje kilka wersji mnie. każda jest kierowana inną ideą, mająca z reguły odmienne zdanie, może nawet osobowość. chcę odzyskać nad tym kontrolę. to dawało mi możliwości a teraz wyłącznie mnie niszczy i pochłania całą moją uwagę.

koniec szkoły. koniec kolejnego etapu edukacji. matura za miesiąc i tu nawet nie będę się starał o kwieciste słownictwo czy jakiekolwiek refleksje - spierdoliłem na całej linii i modlę się tylko o cud.


otoczenie. pozwalając sobie zacytować: już brak mi kurwa słów. i to nie tak że ktoś mi nadepnął na odcisk. po prostu nie mam siły na utrzymywanie kontaktu z kimkolwiek. ostatki chęci do tego krążą między dwoma-trzema osobami, które nawet nie są świadome tego, jak bardzo są ważne, że w tej chwili swojego życia, dalej się staram. czy chcę przez to powiedzieć, że mają się czuć jakoś wyróżnione? nie. co najwyżej mógłbym prosić o wyrozumiałość. wydaje mi się, że jestem typem człowieka, który łatwo zdobywa sympatię - ale nigdy nie jest nikogo "ulubionym". a ja za bardzo się przywiązuję, potrzebuję równowagi czyli wzajemności i to stworzyło niewiarygodne ilości problemów w ostatnim czasie. albo druga skrajność - gubię się i nie potrafię o kogoś zawalczyć. w każdym razie skłoniło mnie do pewnej postępującej izolacji.
kiedyś naszła mnie myśl - spadła jak grom z jasnego nieba - jacy wszyscy stali się nudni, łącznie ze mną. każdy zamknięty w schemacie kilku zachowań i sytuacji z których nie potrafią wyjść.- kręcą się w kółko niczym rybka w kuli. nieznośna beznadziejność, nuda, brak zmian. nikogo wyraźnego. nikogo, kto by teraz podjął moją uwagę. powtarzalność. poczułem się, jakbym przejrzał na oczy pierwszy raz od lat. i zostałem przygnieciony beznadziejnością. osoby, które fascynowały mnie każdym aspektem siebie, okazały się tak... zwyczajne. rozczarowanie.
do tego dużo osób odeszło, dużo wróciło. na wnioski się nie odważę. odpycham możliwość ingerencji, zamykam ich w osobnym pokoju mojej głowy.



nałogi.
tak to tutaj zostawię.


nie odważyłbym się teraz na pisanie o nikim szczególnym. dopóki sam nie wiem, czy "osoba szczególna" w moim słowniku teraz występuje. są pewne rzeczy o których nie mówię, ale zdradzę, że czasem przedstawiane przeze mnie wątpliwości nie dotyczą innych tylko mnie samego. i nie jestem pewny czy istnieje we mnie pewność na temat kogokolwiek. czy wynikło to ze mnie samego, czy to inni pozwolili na moje oddalenie się - nie ma znaczenia. pustka tam w środku. pustka lub przepełnienie. to zależy, jak już wiecie. opinia każdej osoby ma na mnie wpływ. nie ma tak, że niektórzy mają pierwszeństwo w dotknięciu mnie. jednak niewiele jest ludzi którzy krytykują kogoś wprost, wiecie?  no i myśl tygodnia: jedyne czego się nauczyć, to nie dawać z siebie wszystkiego bez choćby cienia potwierdzenia angażu drugiej osoby. to może wydawać się śmieszne, ale na chwilę obecną, nie wyobrażam sobie wejścia ponownie z kimkolwiek w bliską relację. lekcje od początku bloga odrobione. wszystko brzmi bojowo. ale chyba to rzeczywiście jest tym, co myślę. pewne historie żądają zakończenia. każda kopalnia kiedyś się wyczerpie. brak czyichkolwiek chęci, brak zmian, brak.

trochę sobie czytam i oglądam, ale nie czuję się na siłach na opisywanie jakiegokolwiek tytułu. coś wybiorę do następnej notki.


czuję, że najbliższy czas niczego nie zmieni. czeka mnie chyba izolacja kompletna. nie odnajdę siebie, jeśli dalej będę gonić za czymś, czego nie ma. potrzebuję chyba samotności jak kiedyś. potrzebuję posłuchać siebie. muszę przemyśleć, czy moje racje mają w ogóle miejsce bytu - absurd, nie? właśnie o tym mówiłem. zmiany, o których mówiłem wielokrotnie od jakichś dwóch miesięcy, wymagają radykalnego kroku. tik tok. mogę kontynuować to gówno lub je przerwać i zobaczyć co dalej. jeśli ja nic nie zmienię, to chyba nikt inny tego nie zrobi. dosyć czasu. czuję się jak podnóżek. wygoda dla szanownego klienta, proszę bardzo. należy się, proszę poczekać, już mówię... tylko odrobina refleksji! daję sobie tydzień na podjęcie decyzji. wyrywa się optymizm, mówiący że coś się ruszy - zaraz zgnieciony przez doświadczenie i powtarzalność. obraz nie jest już rozmazany, fakty są suche. jednak nigdy nie ma tak łatwo, co?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz