Etykiety

czwartek, 29 października 2015

move me please

miotam się między personaliami, którymi gdzieś w międzyczasie się stałem. widzę to coraz wyraźniej. wchodzę w stan Rozumienia. ten chyba lubię najbardziej. kiedy - przynajmniej w moim mniemaniu a co i tak zapewnia mi niesamowity spokój - rozumiem siebie, rozumiem wszystko dookoła a przede wszystkim: myślę uważniej i z mniejszym natężeniem potencjału emocjonalnego. co za tym niestety idzie, nudzę się. to jest ten moment, kiedy nic nie potrafi mnie zaskoczyć, rozmowy są błahe i nie potrafię się na nich skupić. każdy człowiek jak na dłoni okazuje, czego chce i czym jest. widzę na przestrzał każdą sytuację i przede wszystkim swoje własne cele, potrzeby, motywy. nie ma miejsca na niekontrolowane sytuacje. wcześniej wspomniana nuda i w sumie poczucie stagnacji sprowadza mnie do myślenia o starej dobrej autodestrukcji. no bo po co mam żyć w ten sposób? świadomość mechanizmów, choćby w jakimkolwiek stopniu, psuje obłęd życia. może za którymś razem oszaleję i rozwalę się na tyle kawałków, że już nie uda się tego złożyć do kupy? chcę poznać granicę, do której mogę się zbliżyć. a potem udowodnić sobie, że nie jest żadnym końcem. zabawa w kotkę i myszkę z własnymi myślami. jedne uciekają przed drugimi, chowają się, dają mylne sygnały. gdzieś może na górze jest ego, ale nie ma najmniejszego zamiaru panować nad całą strukturą super ego i id. a jednocześnie przewodzi wszystkim w oddali i każe mi myśleć ponad to. mętlik wiedzy. kiedy pojmę wszystko, to będzie dzień, gdy umrę.



ostatnio wracając z korepetycji autobusem, natknąłem się na sytuację, którą mną wstrząsnęła. od trzech dób nieustannie o niej myślę i rozważam pod wieloma względami. jest kluczowe dla wielu idei ostatnich dni. otóż do pojazdu wsiadły dwie kobiety i na oko pięcioletnia dziewczynka. stanęły koło mnie, więc mogłem stwierdzić że może są z dwa lata starsze ode mnie. ledwo podeszły, poczułem otumaniający zapach białych narkotyków. uwierzcie, że po wszystkim, co przeżyłem, nie jest to przyjemny smrodek - wręcz zebrało mi się na wymioty. obie panie były pobudzone, rozprawiały właśnie na temat zajebistości tego, co przyjęły. w którymś momencie dziewczynka łapie jedną za rękaw i mówi, że jest senna. i tu zaczyna się, za przeproszeniem, chujnia sytuacji. blondynka z kolczykiem w nosie, będąca jak widać matką, zaczyna krzyczeć i szarpać dzieckiem. wykrzykuje, że ma się uspokoić, bo nie po to ją zabierała do "cioci", żeby teraz musieć znosić jej "pierdolenie". sama sytuacja była przykra, ale to jak zareagowało dziecko wprawiło mnie w pełną przemyśleń trwogę. dziecko nie zaczęło płakać, nie zmieniło wyrazu twarzy, nie zareagowało tak jak każde inne dziecko by zrobiło na jego miejscu. dziewczynka beznamiętnym głosem po prostu rzuciła sepleniące przeprosiny, odeszła i usiadła na takiej plastikowej części autobusu między siedzeniem a przejściem. zwyczajnie położyła się tam spać. zero reakcji. zero emocji. nic. pustka. nicość. nasuwające się myśli są zwyczajnie potworne, rozumiecie? a wyobraźcie sobie, że takie zachowania są normalne. ile dzieci żyje w czymś takim, będzie uważało to za normalne, będzie dorastało w takim schemacie. oczywiście o takich drobnostkach, jak wyszarpywanie dziecka z tamtego miejsca mimo oporu podczas chęci wysiadki czy grożenie "tatusiem, który spuści ci wpierdol" nie mówię. pomijam brak reakcji mojej czy czyjejkolwiek innej. patrzę tylko na ten przytłaczający tragizm. to dziecko nie ma wyboru. to dziecko wyrośnie na potworka naszego społeczeństwa, z góry skazanego na klęskę. może jestem zbyt emocjonalny jeśli chodzi o dzieci, ale myśląc szerzej, to poważny problem każdego społeczeństwa. i jak tu działać? jak może pomóc resocjalizacja? jak to wszystko ogarnąć? dzieci urodzone w takich warunkach zawsze będą nosić znamię przeszłości. początek i koniec ich żywota to dzień narodzin. dojrzałem na tyle by docenić w jakiś sposób realia, w jakich ja się urodziłem. nie każda jednostka zwana rodziną jest idealna, to utopia socjalizacji i wyobrażeń socjologicznych. w porządku. jednak jestem wdzięczny, że mogłem względnie normalnie się uformować, móc myśleć, trafić tu gdzie trafiłem.

zastanawiam się coraz częściej, jak działa mózg człowieka w zależności od przeszłości, warunków w dzieciństwie, silnych emocji w trakcie życia. może psychoanaliza polegająca na wracaniu do tego, co było nie jest taka głupia, ale powinna być poparta również badaniami na samym narządzie. mogę się założyć, że gdyby wziąć typową patolnię i prawilną rodzinkę, mózgi tych osób są w niczym nie podobne. ponieważ nie chodzi o samo myślenie czy psychikę. punktem odniesienia jest biologia. to jak to wygląda. czy łączy się tak samo, czy te same substancje są produkowane, cokolwiek. czy człowiek to nadal ten sam człowiek co my. (nabywam chyba skrzywienia zawodowego a wystarczyłoby zrobić pewnie mały research).


no i tak mi mijają dni. studia, korki, od poniedziałku dochodzi praca. czasem coś obejrzę. czytam tylko artykuły i książki związane ze studiami. nie dziwcie się, że jestem znudzony. po życiu pełnym wrażeń i ciągłych bodźców, taki spokój jest zwyczajnie dziwny. chciałbym rzucić to wszystko w cholerę, upić się i wyszaleć. wpaść w ciąg przynajmniej alkoholowy, ale chyba to już nie moja bajka.

prawda jest taka, że i tak nie wytrwam długo znudzony. coś się musi stać. i jestem ciekawy, kim wtedy będę.



co do ludzi - mimo chwilowego załamania związanego z poprzednim stanem - dalej uważam, że niczego się nie wymusi. doceniam te osoby, z którymi utrzymuję dobry kontakt, na których wiem że mogę polegać ze wzajemnością. nigdy nie myślałem, że to jest takie proste. cóż. całe życie próbowałem utrudnić sobie każdy element żywota. jeśli masz osoby, które się tobą interesują, martwią - trzymaj je blisko. żadne inne nie są nic warte. to tymczasowi przechodnie. niektórzy lubią tylko na chwilę wracać i o tym też warto pamiętać.

do tego wszystkiego tyję na potęgę i muszę coś z tym zrobić. tęsknię za kostkami. perfekcja musi być.

1 komentarz:

  1. warto doceniać bliskich. Twoje kostki często były bardzo niezdrowe. uważaj z tą perfekcją.

    OdpowiedzUsuń