Etykiety

poniedziałek, 9 września 2013

over fucking everything



Witajcie po wakacjach - wy, którzy z powątpiewaniem spojrzą na nowy post dodany po trzymiesięcznej przerwie - miło was widzieć chociaż w ten wirtualny sposób. Śmiem wątpić, żeby nastąpiło w mojej głowie jakieś cudowne oświecenie, więc nie spodziewajcie się głębokich przemyśleń. Wręcz obawiam się o całkiem odwrotny skutek minionych miesięcy. Sam nie wiem, od czego zacząć... ani tym bardziej nie mam pojęcia, na czym powinienem skończyć. Stali czytelnicy na pewno zauważyli jedno: wracam na bloga tylko wtedy, gdy tracę kontakt z rzeczywistością. Pisanie pozwala mi wyzwolić myśli, poukładać sobie wszystko w obolałych odmętach ciemności mojej głowy. Moja nadzieja zapaliła się równie szybko, co zgasła. Nagle i niespodziewanie. Jeśli powiem, że jestem w dupie, byłoby tak zwaną litotą, niedomówieniem. Dlatego piszę. Piszę, więc jestem. Jestem, póki piszę.

Wypadałoby zacząć od początku. Postaram się utrzymać formę poprzednich postów, tę samą chronologię. Cóż... czyli szkoła. Początek drugiego tygodnia. Co mogę powiedzieć? Czuję się, jakbym w ogóle jej nie opuścił. Nawet na chwilę. Muszę mimo wszystko przyznać, że istnieją niezaprzeczalne zalety bycia w drugiej klasie liceum. Wybrałem cudowne rozszerzenia, z których jestem niesamowicie zadowolony: chemia i matematyka. Plus oczywisty na profilu dwujęzycznym angielski. Grupy niewielkie - bodajże dziewięcio- i dwunasto- osobowe - stwarzają idealne warunki do nauki. Co więcej rozpocząłem ten rok z ogromnym zapałem do mojej edukacji, co może być zaskakujące względem poprzedniego roku. Jak dotąd nie mam na co narzekać w związku z przewodnimi przedmiotami. Szkołę też lubię. Sporą część ludzi akceptuję i toleruję, co jest milowym krokiem w moim życiu społecznym. Oczywiście że dalej byłbym w stanie wymienić dziesiątki ludzi, których należy... zutylizować, zabić, zniszczyć, zgnębić, zamknąć, cokolwiek. Ale nie jest to już taka nienawiść, jaką darzyłem ich wcześniej. Może jeszcze nikt mi nie podpadł? Kurczę. Bądź co bądź, ponarzekać też muszę. Mamy zastępstwo z języka polskiego na czas nieokreślony z kobietą, która dzisiaj pokrótce stwierdziła, że cokolwiek nie zrobimy ze swoją przyszłością, to i tak popełnimy błąd. Okej, żadna zbrodnia. Czas pokaże, kto lepiej skończy. Bardziej zirytowany byłem - po pierwszej lekcji, a to pewien "sukces" - jej staraniami wpojenia nam, że niewierzący są ograniczeni. Zwykła głupota, którą nie warto się przejmować, tak? Nie przeczę. Tylko osobiście nie wydaje mi się, że nauczyciel powinien narzucać nam swoje przekonania. Wręcz przeciwnie - powinien być otwarty na nasze przekonania, naszą kreatywność czy potencjał. Cholerka. No nie powinno tak być? Nie możemy być zamknięci w żadnych ramach. Mamy tworzyć coś nowego, lepszego. Jesteśmy, jak to lubią mówić, przyszłością narodu, świata... więc niech nam na to pozwolą. To porusza już nie tylko kwestię tej jednej lekcji, tego jednego problemu. To porusza problem całego systemu. Może nie myślę teraz jasno, piszę na bieżąco to, o czym w danym momencie myślę, ale... uch. Na tym lepiej skończę temat szkoły. Jeszcze dziesięć miesięcy przede mną. (: O! jeszcze usłyszałem od człowieka, z którym rozmawiałem dwa-trzy razy w życiu, że jestem najbardziej ekscentryczną osobą w klasie. Okej. Przyjmuję każdy punkt widzenia.




Pisałem te parę miesięcy temu, że nie panuję nad swoją głową. O jakże głupi byłem! Chciałbym, móc się kontrolować tak, jak wtedy to robiłem. Chciałbym umieć panować nad tym, co czuję. Nie chcę płakać z byle powodu. Chciałbym nie stwarzać nowych blizn na ciele. Chciałbym nie czuć do siebie takiej odrazy, takiej nienawiści. Chciałbym się nie obwiniać o wszystko, co kiedykolwiek się wydarzyło. Chciałbym po prostu wziąć życie w swoje ręce. Ale wiecie co? Nie potrafię. Nigdy nie potrafiłem i teraz tym bardziej mi to nie wychodzi. Siedzę teraz w nie najgorszym humorze. Zgaduję, że to pozytywny efekt pisania. Jednak co z tego, jeśli wiem, że jeszcze tego wieczoru dopadną mnie wszystkie demony, przed którymi tak strasznie staram się uciec. Co z tego jeśli nie pamiętam już w pełni przespanej nocy? Co z tego jeśli na wspomnienie tego, co było, głos odpowiada mi że to wyłącznie moja wina, że wszystko się spieprzyło. Tak, wiem. Każdy jest smutny, każdy ma swoje problemy. Mimo to dochodzę coraz częściej do wniosku, że nie chcę tego ciągnąć. Nie chcę przeżywać tego wszystkiego po raz kolejny. Nie zniosę kolejnych miesięcy... tego. Ile to już trwa? Dwa-trzy lata? Ile można znosić własną beznadziejność, niedoskonałość? Ile czasu można czuć, że nie spełniam własnych - a co dopiero innych - wymagań? Jestem nikim. Bo kimże jestem? Nie znam chyba nikogo, kto bierze mnie na poważnie. Nie znam chyba nikogo, komu by zależało. Nie oczekuję, że ktoś mnie uratuje, sprawi mi lepsze życie. Wcześniej oczekiwałem wsparcia, ale i to okazało się zbyt wygórowanymi oczekiwaniami. Ostatni raz wyznaczyłem sobie jakąkolwiek datę w zeszłe wakacje. Desperacja sięgnęła wtedy zenitu. I, nie zgadniecie, znowu tu jestem. Tik-tak. Być albo nie być. O to zawsze chodziło. O doświadczenie życia.

Ostatnio pisałem nawet o nałogach. Temat rzeka! W te wakacje wpadłem w nurt niemalże wszystkich ogólnodostępnych używek. Czemu by o tym nie pisać?! Jedziemy po bandzie, tak? Moje wcześniej zakorzenione przekonanie, że tylko po spożyciu pewnej ilości alkoholu nadaję się do interakcji z ludźmi pogłębiło się. Już nawet nie chodziło o to. Piję, palę, biorę, "szaleję" żeby zapomnieć o tym całym gównie. Żeby poczuć się lepiej. Raz działa, raz daje odwrotny skutek. Spirala ściorania. Mam tę straszną cechę, która zmusza mnie do analizowania wszystkiego z każdej możliwej perspektywy. Wiecie, te zamierzchłe plany związane z psychologią bądź psychiatrią. Staram się myśleć empatycznie. W stosunku do siebie również. Brzmi idiotycznie, nie? Ale staram się na samego siebie patrzeć z zewnątrz. Do czego zmierzam? Że to wszystko było prawdopodobnie zwyczajnym wołaniem o... nie wiem, pomoc? Chciałem chyba, żeby w końcu ktoś powiedział: stop. Czy bym posłuchał? Kto wie. Wiem, że tego nie usłyszałem. Nie mam do nikogo pretensji, to w końcu moje życie i powinienem być w stanie o siebie zadbać. Poza tym... samodestrukcja zwyczajnie mnie kręci. Ryzyko. Zostałem nazwany dekadentem. Upadek moralności. Jeśli ktokolwiek tak to właśnie widzi, proszę bardzo. Dodaj do Wertera XXI wieku i otrzymujemy mnie. Cudownie? Tak. A do sławnego wzoru nieszczęśliwego romantyka bliżej mi teraz niż kiedykolwiek.



Potem nadchodził czas na Ciebie. Mogę mówić wszystkim, co chcę. Mogę sam sobie wmawiać wszystko. Zwyczajnie sam nie mam już pojęcia, co czuję. Czuję się jak gówno, to z pewnością jest prawda. Bo tak byłem i jestem dalej traktowany. Czy pisząc o tym, cokolwiek zmienię? Wątpię. Moje słowa nie są warte więcej niż Twoje. Zwykłe pierdolenie nie mające przełożenia na rzeczywistość. Mógłbym pisać godzinami, jak bardzo jestem rozgoryczony Tobą, jak bardzo obwiniam siebie, jak to wszystko zniszczyło mnie od środka. Jednak doskonale wiem, że zdajesz sobie z tego sprawę i to jest chyba w tym najgorsze. A jeśli na koniec mogę sobie pozwolić na delikatne złośliwości, to co tam było Twoimi planami na przyszłość? Czyżby psychologia...? Chyba nic nie muszę dodawać. :))

Myślę jeszcze o naszym ostatnim spotkaniu i czy zachowałem się w porządku. Dochodzę do wniosku, że tak. Gdybyś chciał, to byś zrobił cokolwiek jak dorosły człowiek. Tyle rzeczy do powiedzenia, cóż.




Skończyłem czytać "Lot nad kukułczym gniazdem" - ten post może jest po części również efektem tego, heh, zdarzenia. Żałuję. Po tysiąckroć żałuję, że najpierw obejrzałem film i wiedziałem, jak cała akcja się potoczy. Brakowało mi tego napięcia, dreszczyku, zaciekawienia. Mimo to książka ujęła mnie bardziej niż jej ekranizacja. Opowieść pisana z perspektywy jednego z pacjentów oddziału psychiatrycznego była wiarygodna, przejmująca, fascynująca. Sama historia jest wspaniałą opowiastką, z tym chyba niewielu będzie się kłócić. Jednak warto spojrzeć również na tę książkę z szerszej perspektywy - patrząc na dzieje autora i czas wydania. Wszystko można uznać za pewną alegorię, nawiązanie do ówczesnej Ameryki. Nie chcę zdradzać fabuły, więc tak nieskładnie w tym miejscu zakończę. Polecam każdemu. Poza tym w wakacje udało mi się dorwać do książki Johna Greena "Szukając Alaski". Sympatyczne. Nie ujęło mnie jak "Charlie" (choć parę łez pod koniec uroniłem) a jednocześnie nie mogłem się od niej oderwać. Jestem ciekaw reszty dzieł tego autora.

Filmy? Goddammit. Dajcie mi spokój. Zacząłem serial "Hannibal" i oczekuję trzeciego sezonu "American Horror Story". Nic więcej. STOP, PRZEPRASZAM. Zajrzałem na swojego filmweba. Udało mi się obejrzeć "Tajemnicę Brokeback Mountain". I wiecie co? Nienawidzę każdego, kto mi polecił ten film i nie powiedział wcześniej o zakończeniu. Dawno nie byłem tak rozdarty po seansie. Kto nie oglądał, wie, co ma robić.



W piątek może Dni Katowic. Wiecie: Myslovitz, Coma, Mela Koteluk. Sympatycznie. No i nadchodzi koncert Marii Peszek również w Katowicach... jaram się.

TAK A PROPOS TO ZAPOMNIAŁBYM. W wakacje odwiedziłem czeską Ostrawę na czterodniowym festiwalu Colours of Ostrava. I chyba nie muszę mówić, jak cudownie było. Woodkid, Sigur Ros, Damien Rice, The XX, Peszek i wieeele innych. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to za rok w tym samym miejscu spędzam najlepsze chwile swojej młodości. (:

Say something I'm giving up on you
I'll be the one if you want me to
Anywhere I would have followed you
Say something I'm giving up on you

And I am feeling so small
It was over my head
I know nothing at all

And I will stumble and fall
I'm still learning love
Just starting to crawl(...)

And I will swallow my pride
You're the one that I love
And I'm saying goodbye

Say something I'm giving up on you
I'm sorry that I couldn't get to you
Anywhere I would have followed you

Don't let me down
Don't make a sound
Don't throw it all away
Remember me
So tenderly
Don't let it slip away

It's not over, not over, not over, not over yet
You still want me, don't you?

W jedzeniu umiaru brak
Po matce matki ma

No i jeszcze
Samobójcze skłonności
Po dziadku
Dziadków dwóch
Wiec umiera
razy dwa

3 komentarze:

  1. Masz mnie cegielka, remember <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakże identyfikuję się ze słowami w trzecim akapicie!
    "Lot nad kukułczym gniazdem" to wspaniała powieść (no, nie dla mnie recenzji pisanie), ekranizacja także przeze mnie została obejrzana jako pierwsza.
    Kiedyś blog był przeze mnie pisany i towarzyszyły mi uczucia do Twoich podobne. Czasami euforia wręcz, która szybko znikała.
    A Sigur Rós... zazdroszczę niesamowicie! Najlepszy zespół świata, dźwięki, dzięki którym odpływam i które na duchu podnoszą.
    Pozdrawiam, Riceboy Sleeps

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj, dopiero dziś odkryłem Twojego blogspota (a myślałem, że jestem dobrym stalkerem :/)
    Ubogi w czas nie dam rady przeczytać dziś wszystkiego, ale co do tego posta:
    Uważaj na drugą klasę, imo najgorsza (chociaż Wy macie inna podstawę, ale ostrzegam dla samego faktu napisania.
    Kolejna część posta jest chyba najtrudniejszą, kiedyś chciałem być psychologiem, ale w takich sytuacjach gubię myśli i nie wiem co powiedzieć/napisać (upsik). Rozumiem co czujesz, ja z tego nie wyszedłem, ale nauczyłem się unikać problemu/żyć z tym - ignorowanie i uciekanie - gorzej jest jak się potkniesz i wszystko Cię dopada. Używki są jak antydepresanty, zapobiegają, a nie leczą dlatego odradzam(hipokryzja max. Jeśli problem sięga naprawdę głęboko, to może czas na psychologa?
    OGROMNY PLUS ZA LOT I PERKSY!
    Nowy sezon ahs zapowiada się naprawdę dobrze, dont you think?
    Woodkid pewnie jak zawsze zachwycający?

    PS Po przeczytaniu mojego komentarza jedyne co mi przychodzi do głowy to KIM JA JESTEM ŻEBY POUCZAĆ I DAWAĆ RADY. W OGÓLE CO JA PIERDOLE.
    Możesz mieć identyczną myśl, ale komentarz wynika z czystej sympatii, zrozumienia i współczucia.
    PS2 Nie mam czasu na poprawianie błędów, więc przepraszam za błędy i trywialny język.
    ~sik

    OdpowiedzUsuń