Etykiety

niedziela, 7 kwietnia 2013

złap mnie, jeśli potrafisz



                „Złap mnie jeśli potrafisz!” – jego ostatnie słowa. Niepozorna zachęta do zabawy miała iście makabryczne przesłanie. Makabryczne do tego stopnia, że stały się moim przekleństwem. To właśnie je krzyczę, obudzony przez kolejny koszmar. Zdaję sobie sprawę, że nic nigdy nie będzie takie samo. Przyrzekam. Nic.
                Krzyknąwszy, zaczął biec przed siebie. Nigdy nie był dobry w biegach, zawsze poniżej przeciętnej. Tusza? Fałsz. Zwykłe lenistwo. Przyszła mi do głowy pewna groteskowa myśl. Gdyby teraz na tym dachu znalazł się jakiś wuefista, Dawid pobiłby swoje życiowe rekordy. Zwyczajnie nie zdążyłem zareagować. Zrobił to nagle. Niespodziewanie. Chciałem coś powiedzieć. Cokolwiek. Stałem tam z otwartą buzią i chaosem w głowie. Nic więcej się teraz nie liczyło, wszystko ucichło, straciło barwę i jednocześnie jakikolwiek sens. Nie wyobrażacie sobie, ile człowiek informacji potrafi przetworzyć w chwilach takich jak ta. Jest takie powiedzenie: „życie przelatuje mi przed oczami”. To było chyba to, co odczuwałem, patrząc na swojego przyjaciela nieprzerwanie biegnącego w kierunku krawędzi wieżowca. Chciałem go uratować, pomóc mu. Uwierzyłem w jego niewinne zachcianki i spowodowałem jego śmierć. Czarno na białym. Byłem mordercą. Byłem sprawcą śmierci przyjaciela. Już wtedy to wiedziałem.
                Jest na krawędzi. Odwraca się. Sekundy nigdy nie trwały dłużej. Widzę jego twarz. Widziałem ją prawie codziennie, ale wiecie co? Nigdy nie był tak uśmiechnięty i spokojny. Jakby chciał powiedzieć, żebym się nie martwił, że wszystko będzie dobrze, że tego właśnie chciał. Był wdzięczny? Wdzięczny że pomogłem spełnić mu jego szaleństwo? Czy można być w ogóle wdzięcznym za własną śmierć? Co to w ogóle znaczy?
                Skacze. Wyrywa się ku górze, ku niebu niczym ptak. „You were only waiting for this moment to be free” – piosenka Beatlsów również zalicza się do moich koszmarów. Podnosi złamane skrzydła I leci. Piosenka nie mówi o upadku. Jednak on spada. To nie muzyka, to życie. Znika za krawędzią. Koniec. Tak zwyczajnie wszystko się kończy. Dosłownie. Dawid skacze, ja tracę przytomność. Budzę się w szpitalu.


miniaturka sprzed paru tygodni - kolejna rzecz, której nigdy nie dokończę. choć pomysł na dłuższą fabułę był, well.

chyba nie chcę niczego osobistego pisać. jestem po nieprzespanej nocy i sam nie wiem, czy naprawdę czuję się tak chujowo, czy to już stan normalny. mindfuck razy milion.

jestem gdzieś w połowie "Władcy much". wciąż nie chcę się wypowiadać, wolę poczekać. za to w kolejce czeka wspominany "Rok 1984" i może dla rozluźnienia jakiś kryminał. mhm.

filmy. 'Remember me' - fuck this shit. dalej nie jestem pewny, co się stało. mam na myśli - jestem nienormalny, siła sugestii czy miałem wyjątkowo zły humor. o co chodzi? przepłakałem chyba każdą dramatyczniejszą scenę, a na sam koniec niemal dosłownie umierałem. film był na pewno dobry - brzmi to infantylnie, ale szczerze wierzę, że produkcja obroniłaby się sama. podobało mi się, że w końcu film - w jakimś stopniu nastawiony na kasowy sukces - opowiada historię ludzi z bagażem życiowym. młodych ludzi, którym tym trudniej jest rozwinąć skrzydła, napiętnowanych przez własną przeszłość. w filmie padło sporo ważnych zdań, pojawiły się cudowne sceny. był to też pierwszy film od naprawdę długiego czasu, który mi się nie dłużył. minusy? sam nie wiem. nie było to dzieło doskonałe - nie okłamujmy się. czy warto się tym jednak przejmować? uważam, że nie. wy zrobicie, jak chcecie. kawał, bądź co bądź, zaskakująco dobrego kina. jeśli też nie znacie Pattinsona z jego tumblrowskiego fandomu - tutaj macie okazję na poznanie go od innej strony. swoją drogą przywiązałem się do zagranej przez niego postaci. cóż. 


w nocy obejrzałem 'Howl'. produkcja nadzwyczaj krótka - półtorej godziny. i muszę przyznać, że był to czas doskonały. obawiam się, że dzieło nawet o minutę dłuższe, nie miałoby takiej wartości i nie zrobiłoby takiego wrażenia. to pewna hiperbola, zgadzam się, ale... uważam, że film był świetny w takiej formie, w jakiej został stworzony. czy jestem zachwycony? przesada. ale usatysfakcjonowany jak najbardziej. może opowiem, o czym w ogóle rozmawiamy. 'Howl' jest filmem biograficznym. czyim? Allena Ginsberga. nie martwcie się, jeśli nie kojarzycie. też nie byłem świadom istnienia tego człowieka. konwencja filmu opiera się na przeplataniu ze sobą czytania tytułowego wiersza, rozmowy z autorem (mamy rok 1957) oraz odegraniu znanego procesu. procesu o co? o zakaz rozpowszechniania tytułowego wiersza. zastanawiacie się, dlaczego chcieli go zakazać. Allen Ginsberg był swego rodzaju renegatem. prekursorem. pisał odważnie i wulgarnie, opowiadając o swoim życiu. pisał również o swoim homoseksualizmie. koniec lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku... cóż. powiedzmy dyplomatycznie, że czasy były mniej liberalne niż teraz, tak? historia tego autora mówi o przełamywaniu barier. jak zdążyłem przeczytać poeta był żydem, gejem, buddystą i aktywistą politycznym. znał wiele ówczesnych osobistości. nie powiecie, że to samo w sobie nie stwarza idealnego materiału na scenariusz filmowy, huh. pozostaje mi tylko polecać, zachęcać i rekomendować. a ja sam dzisiaj zaznajomię się chyba z twórczością Allena. :)


'Come on, I'll be a no one
For you
Got you wrong, it's not your fault'
'For once, for once, for once,
I get the feeling that im right where I belong
Why am I the one always packing all my stuff?
I think I kinda like it but I might of had too much'

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz