Etykiety

niedziela, 14 kwietnia 2013

głód zrozumienia

Mam dzisiaj obsesję na punkcie Katarzyny Nosowskiej i nie czuję potrzeby tłumaczenia tego zjawiska. Głos owej pani, teksty wszystkich piosenek, melodia tworząca wyjątkowy nastrój - wszystko mówi samo za siebie. Czasem tak jest, że potrzebujemy posłuchać głosu - nie wiem, czy to dobre określenie - pokolenia. Kogoś, kto używając swoich słów, opowie nam naszą własną historię. Chcemy czuć, że nie jesteśmy sami, jednocześnie będąc najbardziej samotnymi stworzeniami na Ziemi. Ktoś mi ostatnio zasugerował, że nie powinienem przejmować się takimi drobnostkami. Świat ma większe problemy. Inni mają gorzej. Znacie to? Powtarzane jak jakaś szaleńcza mantra - jakby mówiący sami siebie próbowali przekonać do tej racji. Wiecie co? Uważam, że nikt nie powinien dawać sobie wmówić, że jego problemy są nieważne. Wszystko ma znaczenie. Popatrzmy na przykład jeden z wielu. Zmagasz się z zaburzeniami odżywiania? Pewnie zdarzyło ci się już usłyszeć: "a dzieci w Afryce..." Stop! Istnienie głodujących ludzi, nie rozwiązuje niczego. Nie sprawi, że ktokolwiek poczuje się lepiej. Czujesz się beznadziejny? Myślisz, że nigdy do niczego nie dojdziesz w życiu? Z pewnością rozwiązaniem twoich problemów będzie usłyszenie o niepełnosprawności i problemach ludzi przez nią dotkniętych. Cudowne lekarstwo, prawda? Może wybrałem nieco infantylne przykłady, ale chcę przez to pokazać znieczulicę, jaką w sobie wyrobiliśmy. Każdy z nas czasem potrzebuje pomocy i żaden problem nie jest błahy, tak? Tak. Piękne pierdolenie na początek posta.

Jestem chory, żyję na antybiotyku i masie innych leków - co bynajmniej nie zniechęca moich rodziców do wysłania mnie do szkoły. Shit happens. Test z chemii, na który muszę być przygotowany, czeka i już słyszę złowrogie warczenie książki od tegoż przedmiotu. Ale a propos! Udało się! Cudowna szkoła wynegocjowała rozszerzenie chemii po angielsku. Chwała i cześć, cholerka. Teraz tylko zabrać się za naukę, bo cały semestr jak na razie poświęciłem prokrastynacji i życiu osobistemu. Będzie ciężko zebrać tyłek, oj będzie.


Życie osobiste? Wydaje mi się, że powoli - po tych pierdolonych dwóch latach - zaczynam je naprawiać, ogarniać i rozumieć. Zaczynam poznawać i szanować siebie. Dążę do swojej własnej wolności. Jednego nieciekawego emocjonalnie wieczoru miałem przemyślenie na temat wolności. Bo czymże ona jest? Każdy to słowo rozumie trochę inaczej. Doszedłem do może mylnego wniosku, że każdy tworzy jego własną definicję. Teraz czas na moją. I przede wszystkim chcę być szczery wobec siebie i swojego życia. Postanowienie numer jeden. Uznaję ten moment za pewien przełom w swoim życiu. Górnolotne słowa? Może. Nie dbam o to. Cieszę się, że po raz pierwszy od dawna naprawdę wierzę, że mogę coś zrobić - że jestem w stanie cokolwiek zrobić. Mam ochotę podziękować pewnej nieświadomej osobie za to, jaki wpływ na mnie wywiera, ale nie będę sobie odbierał przyjemności zrobienia tego w cztery oczy. Czuję się niezręcznie, kiedy wiem, że możesz to czytać. Uch. Znowu obawiam się, że to zbyt duże słowa. Boję się, że postawię cię w niezręcznej sytuacji, ale... cóż. Naprawdę nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek wcześniej miał na mnie tak pozytywny wpływ. Koniec słodzenia. Wiecie, czego się teraz naprawdę i jedynie obawiam? Że to się skończy. Skończy tak, jak ma w zwyczaju. Wiem, że tym razem wyląduję niżej niż kiedykolwiek. Stąpam po cienkiej linie i każdy ruch może zaważyć o moim być albo nie być. Muszę być ostrożniejszy niż kiedykolwiek.


To wszystko brzmi tak strasznie optymistycznie w mojej głowie. Czy to oznacza, że wszystko jest naprawdę w porządku? Że pozbyłem się... tego wszystkiego? Jak pewnie zgadujecie, nic nie jest tak proste. Podejrzewam, że na wszystko potrzeba czasu. Wiele rzeczy się w ogóle nie zmieniło. Drobne rzeczy wytrącają mnie z równowagi. Dalej wpadam w te stany. Nie robię sobie już nic złego. Wiem, że nie mogę. W głowie zapala się czerwona lampka. Powraca jednak pytanie: na jak długo?

Koniec życia osobistego. Pierdolenie gorsze niż zwykle. A co z książkami? Skończyłem niedawno "Władcę much". Drodzy czytelnicy, nawet nie wyobrażacie sobie, jak trudno mi cokolwiek na temat tego tytułu napisać. Najchętniej zostawiłbym krótkie: "przeczytajcie sami", bo moja opinia i tak niczego nie wniesie. Jeśli ktoś nie jest wtajemniczony, książka opowiada o grupie młodych chłopców, którzy w pierwszych latach zimnej wojny zostają wysłani samolotem z Anglii, a po drodze rozbijają się i trafiają na bezludną wyspę. Grupa dzieciaków bez opieki dorosłych. I co? Myślicie, że czeka was przyjemna książka przygodowa? Nic z tych rzeczy. Jest to opowieść o moralności ludzkiej, o naszej złudnej pierwotnej dobroci. Chłopcy, którzy z początku próbują łączyć siły, by stworzyć pewną kolebkę cywilizacyjną i znaleźć ratunek z wyspy, w dalszej części popadają w szaleństwo. Do zmysłów dochodzi pierwotny instynkt. Zamiast porządnych dzieciaków z brytyjskich szkół widzimy grupę barbarzyńców. Wszystko dąży do upadku. Brzmi ciekawie? Popatrzmy zatem jeszcze na aspekt alegoryczny. Nie brzmi to znajomo? Dążenie do jedności, demokracji i cywilizacji naprzeciw czemuś na wzór ustroju totalitarnego - nie znoszącemu sprzeciwu, żądnemu władzy absolutnej. Książka powstała prawie dziesięć lat po zakończeniu drugiej wojny światowej i w obliczu nowego zagrożenia. Rozumiecie? Głupie pytanie. Poza tym podobał mi się socjologiczny aspekt tej książki. Poza wspomnianymi dylematami moralności autor ukazał również, jak działa wśród nas grupowe myślenie. Wpływ grupy na pojedyncze jednostki. Czytałem z zapartym tchem i mam nadzieję, że wrócę do niej jeszcze nie raz. (: A co teraz? Chwilowy zastój. Oby tylko chwilowy.

Filmy? Niestety, mimo posiadania ogromnych chęci, nie udało mi się obejrzeć kompletnie nic. Czeka na mnie "Rzeź", "Lot nad kukułczym gniazdem" i "Człowiek, który śpi". W tym tygodniu muszę - powtarzam: muszę! - je obejrzeć. Pieprzyć szkołę i oceny. Trzeba mieć priorytety, heh.


Książka od chemii zaczęła spoglądać na mnie z pewną pogardą. Czas najwyższy się z nią przeprosić.

+SÓLEY W KATOWICACH HSFHDHDFGHFD JADĘ. UMRĘ, SŁUCHAJĄC CZEGOŚ CUDOWNEGO - PERFEKCJA.

'Have no fear for giving in
Have no fear for giving over
You better know that in the end
It’s better to say too much
Than never to say what you need to say again
'
'chciałabym przez judasze oczu
twoich łagodnych
spojrzeć
kto tam? kto jest w środku?'

1 komentarz:

  1. Też jestem chora, tyle, że ja siedzę w domu, ponieważ sprzeciwiłam się rodzicom i sama zadecydowałam o tym czy iść do szkoły czy nie, bo nie wyobrażałam sobie dnia tam spędzonego z bolącą każdą częścią ciała - dla mnie to nie miało sensu i tak nie potrafiłabym się skupić. Cieszę się bardzo, że zaczyna Ci się układać, wiem że każdy ma taki czas w swoim życiu, że wszystko się wali, ale później jest lepiej, u mnie na szczęście ten okres już minął. Co do książki, jest cały czas na mojej liście 'do przeczytania', ale na niej jest tak wiele pozycji, że najprędzej sięgnę po nią w wakacje - ale przeczytam na pewno. : )

    OdpowiedzUsuń