Etykiety

poniedziałek, 25 lutego 2013

Jesteśmy tylko smutnymi maszynami

Powrót? Nie sądzę. Prawdziwego powrotu nie będzie już nigdy. Drobna - nazwijmy - miniatura, bo ostatnio tylko na pisanie czegoś takiego mam ochotę. A to i tak uważam jakiś sukces po paru miesiącach twórczej posuchy. Nie jestem pewny, kto mnie tu jeszcze pamięta. Wątpię, by kogoś interesowało, co tam teraz u mnie, ale... oto jestem, więc w skrócie mogę coś niecoś powiedzieć. Liceum? Do liceum mam dość ambiwalentny stosunek. W pewnym sensie sprowadziło mnie na ziemię. Zmiana towarzystwa, inne wymagania ze strony szkoły - trzeba było przystosować się do nowości. Poczułem się jeszcze bardziej zwyczajnym, szarym człowiekiem. Życie. Z drugiej strony wydarzyło się coś wręcz skrajnie odwrotnego. Co jest prawdą i rzeczywistością? No cóż, sam tego nie wiem. Szkołę jako szkołę polubiłem, a ludzi już nie muszę. I na tym lepiej skończę. :)

Miniaturka ze swoistym porte-parole. Pozostawiona bez puenty, bo tak jest wygodniej. Bawcie się dobrze. :)

"Jesteśmy tylko smutnymi maszynami"



            - Jesteśmy tylko smutnymi maszynami. – szepnął. – Zaprogramowanymi do bezcelowej prokreacji, szukania niepotrzebnej miłości i rozwijania tego upadającego z każdym dniem świata. Dekadencja. Upadek ludzki. Czy potwierdzisz, że jako ludzie dalej się rozwijamy? Nie mówię o całym postępie technologicznym, bo nie mogę zaprzeczyć, że dalej idziemy do przodu pod tym względem. Choć… nie zauważasz, że i to jakby zwolniło? Ale popatrz na nas. Na całą naszą cywilizację. Co mamy do zaoferowania? W którą stronę mielibyśmy się rozwinąć? Co dalej miałoby się z nami stać? – zasypywał mnie gradem pytań, na które i tak nie umiałbym odpowiedzieć. - Myślisz, że jest w tym coś więcej?
            Popatrzyłem na niego uważnie. Jego oczy błyszczały blaskiem pewnej chorobliwej ekscytacji. Trzęsły mu się ręce. Próbował to chyba zatuszować zabawą guzikami od jego cienkiego czarnego swetra. Przez cały czas się uśmiechał się. Wąskie usta przybrały kształt tajemniczego grymasu. Zacząłem się zastanawiać, co stanie się potem. Cała sytuacja była nienaturalna. Nie spodziewałem się takiego rozwoju wydarzeń. Jak w ogóle do tego doszło?
            - To pytanie jest kluczowe. – kontynuował, nie otrzymując ode mnie odpowiedzi. – Od tego miejsca zaczyna się nasza gra. Niczym Szekspirowskie „być albo nie być”. – Przerwał, jakby dla podkreślenia własnych słów. Podziwiałem jego umiejętności oratorskie. Tylko czemu to wszystko mówi mnie? Kim niby jestem?
            Jestem… nikim. Śmieciem. Zerem. Tego zdążyłem się nauczyć po kilkunastu latach życia. Jestem kompletnie bezużyteczny. Nie mam nic do zaoferowania światu. Ze swoimi idiotycznymi problemami, idiotycznymi zainteresowaniami, idiotycznym życiem. Czym to jest w obliczu całego istnienia? Żyję, niedługo po tym umrę – zapomniany, nieznany. W pewien sposób pogodziłem się z nonsensem życia. Dalej chodzę do szkoły. Kontynuuję swoją edukację. Prowadzę jakieś życie towarzyskie. Po co? Nieważne. Ktoś kiedyś powiedział, że w życiu trzeba nauczyć się stosowania zasady: „no i co z tego”. Dostałem kolejną jedynkę? No i co z tego. Pokłóciłem się znowu z matką? No i co z tego. Nic nie miało prawdziwego znaczenia. Rzeczy się zdarzają, a ty musisz im ulegać. Nie masz wyjścia. Jesteś zamknięty w tym osobliwym labiryncie życia.
            Zwróciłem wzrok ku mojemu rozmówcy. Zniknął. Gdzie on poszedł? Jak…?
            - Tutaj. – Usłyszałem za sobą.
            - Jak ty…?
            Siedział teraz naprzeciw mnie ze skrzyżowanymi nogami. Uśmiechnął się szeroko, a w jego twarzy było coś znajomego. Nie mogłem jej do nikogo dopasować, a jednocześnie czułem, że wcześniej ją widziałem.
            - Jak wspomniałem jesteśmy tylko maszynami. – Zignorował moje pytanie. – Nieplanowanymi stworzeniami. Życie bez celu. Ciągnące się w nieskończoność krążenie po świecie. Z czym ci się to kojarzy?
            - Czyściec. W mitologii też pojawił się taki motyw, prawda? – Próbowałem.
            - Dokładnie. Nie wydaje ci się to pewną ironią? Nasz wspaniały świat, który może się okazać tylko piekłem. Umrzemy, by obudzić się w nowym lepszym miejscu. Co dalej? Nie nurtuje cię to? – Znowu zamilkł. – Przepraszam. To ja chciałem mówić, nie mogę cię przecież do niczego zmusić. Ale nie chcę dotykać spraw… nieziemskich. Co z naszym życiem robotów? Nasze uczucia – zaprogramowane i przewidywalne. Nic się w tej kwestii nie zmieniło od zarania dziejów. Nie przestaliśmy odczuwać. Nie zmieniły się nasze metody okazywania emocji. Dlaczego? Czy teoria ewolucji nie mówi o dążeniu do perfekcyjnego stworzenia? Po co ludziom emocje? Wszystko tylko utrudniają. Bylibyśmy maszynami spełnionymi. Bez niebezpieczeństw życia. Ile straciliśmy wspaniałych ludzi tylko dlatego, że emocje, które ich trawiły, przerastały ich samych? - Zaczął grzebać w kieszeni, by po chwili wyciągnąć paczkę papierosów. – Co jeśli do tego właśnie dążymy? To jest przyszłość ludzi? Wszechobecny chłód?
            Wyciągnął paczkę w moim kierunku. Podziękowałem. Nie paliłem od roku. Sam wyciągnął jedną, odpalił i zaciągnął się głęboko. Wypuszczony dym wzmógł tylko dziwną atmosferę.
            - Nie palisz, chociaż wcześniej to robiłeś, prawda? – Kiwnąłem głową. – Dlaczego? Nie ekscytuje cię zabawą ze śmiercią? Mówi się, że każdy papieros to kilka minut życia mniej. Myślisz, że będę tego żałował? Żałował życia w tym chorym świecie? Nie sądzę. Tym bardziej uwielbiam swój nałóg. Jestem w nim bezgranicznie zakochany. Niczym samobójstwo na oczach świata. A samobójstwo? Czym ono właściwie jest? Przeczysz własnemu istnieniu, własnemu… oprogramowaniu. Ludzie mogą się kłócić, czy ten krok jest tchórzostwem czy odwagą. Nie mają pojęcia, co ta osoba czuje i przeżywa. Umrzeć. Zabić się. Nie brzmi to cudownie? Ilu umarło z miłości, ze strachu, z bólu istnienia. Czym tak naprawdę jest ten ostateczny akt przeciwstawienia się wszelkim zasadom?
            Wstał i ruszył przed siebie, więc poszedłem za nim. Przeszliśmy przez park. Było pusto, cicho. Jakby całe miasto umarło. Zaczęliśmy iść pod górę, a kiedy dotarliśmy na szczyt, przed nami ukazała się panorama miasta. Liczne neony, blask reflektorów aut, reklamy wiszące w każdym możliwym miejscu.
            - To nazywasz tym swoim życiem? To żałosne miasteczko? – Rzucił na ziemię końcówkę papierosa. – Co warci są ci ludzie? Każdy prowadzi swoje jakże niesamowite i wyjątkowe życie. Myślisz, że ilu z nich zdaje sobie sprawę z głupoty tego, co robią? Niedostrzeganie nonsensu jest według mnie największym błędem ludzi. Ogłupieni przez media, jesteśmy w stanie przyjąć wszystko. Nie jest tak? Zresztą nie o tym mowa. Każdy z tych ludzi ma swoje ambicje, własne pasje. Cele, aspiracje do których będą dążyć całe swoje życie. Odpowiada ci to? Życie w biegu, ku spełnieniu nierealnych marzeń? Nawet gdy w końcu osiągniesz jakiś punkt życia, z którego będziesz zadowolony – nie martw się. Życie skonstruowane jest tak, abyś żałował swego szczęścia. Abyś tęsknie go wyglądał. Ale czym ono jest, jak nie zwykłym złudzeniem. Iluzją. „Będę szczęśliwa, gdy zrzucę pięć kilo” – mówi sobie niejedna nastolatka. Zrzuca pięć kilo i co? Myślisz, że jest szczęśliwa? Nie. Wtedy mówi sobie: „kolejne pięć kilo i mogę być z siebie dumna”. Ludzie mówią, że są szczęśliwi, bo mają rodzinę, ułożone życie, dach nad głową. Kłamstwo. Nigdy nie próbuj w to uwierzyć. Nie wiesz, co czują, gdy są samotni. Niezależnie jaką maskę założą, w głębi serca wiedzą, że zawsze znajdzie się coś, co uczyniłoby ich lepszymi, szczęśliwszymi, doskonalszymi.
            - Skoro życie jest takie beznadziejne, jak mówisz, to dlaczego jeszcze tutaj jesteś? – spytałem w końcu.
            Roześmiał się, złapał mnie za ramiona i przysunął do siebie. Staliśmy teraz, opierając się o siebie czołami.
            - A kto powiedział, że tutaj jestem? Że żyję? Udowodnisz mi to? – niemalże wykrzyczał – Udowodnisz mi, że TY żyjesz?! No dalej!
            I zniknął. A ja zostałem sam. Istniejący lub nie. Żyjący lub wiecznie potępiony. Nic nie miało znaczenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz