Etykiety

niedziela, 3 lipca 2011

Non parlo italiano. Part one.

Opowiadanie o tym, jak tam było zajebiście, przekroczyłoby próg możliwości waszej wyobraźni. Daruję sobie tego typu opowieści. Uważam, że to wszystko powinno tam zostać. Więcej - ja powinienem tam zostać. Nic więcej nie mam do powiedzenia.

Dodaję dzisiaj część foci, a później idę kontynuować przeżywanie mojego szoku termicznego. :)

Edit: notatki jako przewodnik po zdjęciach.

Wiedeń. Nic dodać, nic ująć. Niesamowite, bogate i tak znacznie odbiegające od Polskich realiów miasto, o które zahaczyliśmy w drodze do upragnionego Rimini. Żałuję, że dali nam jedynie marną godzinę (może dwie, żadna różnica) na zwiedzanie. Na sam Wiedeń powinni przeznaczyć dodatkowy dzień. 
Z tego miejsca pragnę również pozdrowić miłego pana roznoszącego ulotki, który spytany przeze mnie po angielsku, upierał się na rozmowę "in dojcz". :)
Morka pragnie również pozdrowić pana z toalety (Polaka zresztą), który podejrzewam, że nielegalnie wyciągał kasę od kobiet, nie chcąc ich za darmo wpuścić do środka.

Zimna. Ciekawe czy tu zajrzysz. :3 Swoją drogą zdjęcie z Padwy, gdzie zostaliśmy w trójkę zgubieni przez opiekunów. "Taka tam" przygoda...




San Marino. Nie dodaję żadnego zdjęcia zamku, na którym byliśmy, ani widoku z niego, a już w ogóle przemilczę, że nie zrobiłem zdjęć sklepów. Dlaczego miałbym robić zdjęcia sklepów? Otóż była z nimi ciekawa sprawa. Pomijając, że praktycznie w każdym z nich mówiono po polsku, to w sklepach z alkoholem - wyjątkowo dla Polaków - odbywała się darmowa degustacja. Tak, tak. Witajcie w kraju alkoholików.
Morka proponuje również dopisanie o "winie słodkim jak sprzedawca" (i że to wino nie było pyszne, tylko po polsku "zajebiste"). Moim skromnym zdaniem ten pan nie zasługuje nawet na linijkę tekstu na tym blogu, ale to już moja własna uraza. No bo... jak można nie poczęstować mnie winem? :c
Jak dieta, to dieta, kurde. :3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz