Etykiety

piątek, 27 maja 2011

*** rozdział trzeci + bonus

3.      A gdyby jednak?

            Wkrótce nadeszła niedziela. Spotkanie nieubłaganie zbliżało się wielkimi krokami. Adam bał się. Zdawał sobie sprawę, że ten strach jest kompletnie irracjonalny – w końcu to tylko rozmowa, lecz mimo to czuł pewną obawę. Nie wiedział jak się do tego przygotować, czy jest gotów usłyszeć pewne rzeczy, czy w ogóle chce je słyszeć. Czemu ma to robić? Przecież nie wierzył przez te czternaście lat, to i teraz nie zacznie. Nie zmieni się z dnia na dzień, pomimo starań. Nie chciał, nie umiał – na jedno wychodzi. Nikt tego nie zmieni. Lecz co ma powiedzieć dziewczynie? Stop. Najpierw musi ją wysłuchać. W końcu powinien zacząć słuchać.
            Zbliżała się piętnasta, godzina do spotkania. Do głowy chłopca przyszła szalona myśl. Poszedł do salonu, gdzie ojciec siedział rozwalony w fotelu, z mętnym wzrokiem zwróconym w stronę telewizora, popijając bezmyślnie piwo. Starał się zebrać myśli, wytężył swój mózg do granic możliwości. To nie będzie łatwe, o nie. Musi być przygotowany na wszystko. Jednak czuł, że to dobry moment. Czuł głód wiedzy. Pewne rzeczy muszą zostać wytłumaczone. Stanął pomiędzy tatą a telewizorem.
            - Musimy porozmawiać. – powiedział zimnym, pozbawionym uczuć głosem, zaskakując samego siebie. Nie dał tego jednak po sobie poznać, żadnego wahania. Zdezorientowany ojciec wciąż siedział rozwalony z rozdziawioną buzią, jakby doznał szoku, że jego syn w ogóle żyje. W chłopcu wzbierała się wściekłość. – MUSIMY POROZMAWIAĆ! – krzyknął, tym razem z efektem. Mężczyzna popatrzył na niego uważniej. Przełknął głośno ślinę, jakby spodziewając się, co go czeka.
            - Dobrze. Porozmawiamy, jeśli przestaniesz krzyczeć. – Na jego twarzy znów zagościł wyuczony uśmiech, taki sam jaki przyjmował w rozmowie ze swoimi klientami. – O czym chcesz porozmawiać, Adamie? Ostatnio nie byłeś skory do żadnej konwersacji… - zauważył.
            - O nas. O mnie, o tobie, o mamie. O wszystkim. Musisz mi chyba coś wytłumaczyć. – odpowiedział, nie zważając na kąśliwą uwagę ojca. – Muszę wiedzieć…
            Mężczyzna trawił chwilę słowa syna, a sztuczny uśmiech znikał z jego twarzy, ustępując smutkowi i zadumie.
            - Dobrze. Masz rację, powinieneś wiedzieć. Przejdźmy może do kuchni. Ja… muszę zapalić. – wahał się. – To co chcesz wiedzieć dokładnie? – spytał po odpaleniu papierosa.
            To było dobre pytanie. Czego chciał. „Wszystko” nie wystarczy, ojciec lubi konkrety. Chłopiec musiał się skupić, jak powinien zacząć tę rozmowę.
            - Czy… ty wierzysz w boga? – To pytanie wydawało się najbardziej neutralne. Mężczyzna popatrzył na chłopca zaskoczony, a jego twarz mówiła: „to wszystko?!”
            - Nie, nie sądzę.
            - Dlaczego? – nie dawał za wygraną Adam.
            - A dlaczego mam wierzyć w coś, co nie istnieje? – Uśmiechnął się chytrze, chłopiec był jednak przygotowany na taką odpowiedź.
            - Grawitacji też nie widzisz, prawda? A jednak nie zaprzeczysz, że istnieje coś takiego.
            - Tak samo jak nie mogę zaprzeczyć, że w tym pomieszczeniu fruwa niewidzialny czajnik z siedzącym w środku goblinem. Nie udowodnisz mi, że tak nie jest. – Zaczął wydawać się rozbawiony całą sytuacją. – Wiesz, był kiedyś taki żart. Wierzący mówi ateiście, że ten nie może zobaczyć powietrza, a w nie wierzy. Wiesz co usłyszał w odpowiedzi? Że w Katowicach może. – zaśmiał się. – To wszystko o co chciałeś spytać?
            - Nie. – Nie ustępował chłopak – Są naoczni świadkowie cudów Jezusa. Powiesz, że kłamią?
            - Wiesz… są też naoczni świadkowie istnienia Yeti i porwań ludzi przez kosmitów. – Znowu się śmiał. Chłopiec znowu zaczął się denerwować. Czemu on nie traktuje tego poważnie?!
            - Przestań! Czy tak traktujesz wierzących?
            - Nie, nie gardzę ludźmi. Gardzę ich głupotą. – rzucił już bez śmiechu – Zrozum, nie ma powodu by wierzyć w to wszystko. Nie wiem, co cię skłoniło do tych rozmyślań, ale zapomnij. Zapomnij zanim się rozczarujesz. – Przerwał, żeby pociągnąć dopalającego się już papierosa. – Wierzyłeś kiedyś w Mikołaja, prawda? Pamiętasz jak bardzo byłeś zawiedziony, gdy którejś nocy odkryłeś, że prezenty przynosił nie kto inny jak facet stojący przed tobą? Tak samo jest z Bogiem, to inna wersja tej samej bajki. Nawet motywacje podobne. Mamy wierzyć, że coś przyjdzie znikąd. Nie rozumiem, jak ludzie mogą w to wierzyć. To nie moja sprawa, ale spróbuj zrozumieć od czego chcę cię uchronić. Nie chcę żebyś się zawiódł tak jak ja. Jeszcze kilka lat temu również wierzyłem, ale z każdym dniem rozumiałem, że ten cały bóg nie pomoże. Choćbyś nie wiem, jak cholernie tego pragnął.
            Chłopiec kiwnął tylko głową, wiedział, że nie warto dalej ciągnąć tego tematu. Drodzy czytelnicy, myślę, że pewnych rzeczy z tej rozmowy nie powinniśmy znać. Nie wszystkie dotyczą tej historii, o niektórych rzeczach jeszcze usłyszymy. Myślę, że powinniśmy teraz przejść do upragnionej rozmowy z Darią. Więc uniknijmy zbędnych słów, bo czas liczymy w złocie. Takie czasy panie i panowie. Uwaga… światło!

            Bez słów usiedli obok siebie na trawie. Nawet nie spojrzeli w swoje oczy. Wiedzieli, jak trudna rozmowa ich czeka. Delektowali się magiczną ciszą i sobą nawzajem. Czekali, sami nie wiedząc na co. Czuli jedynie, że zbliża się moment, w którym ktoś musi zacząć mówić. Niczym cisza przed burzą – kompletna pustka i strach przed następstwem. Obydwoje wiedzieli, że teraz nie mogą się ot tak wycofać. Ta rozmowa miała znaczenie. Była absurdalnie wręcz ważna.
            - Ja… nie wiem co powiedzieć. – przerwał ciszę Adam – Po prostu nie wiem. – Dziewczyna odwróciła się do niego i popatrzyła prosto w niebieskie oczy.
            - Może ja powinnam to wiedzieć, ale… chyba nie. – wymamrotała skołowana Daria. Ta cisza stawała się niezręczna i obydwoje zdawali sobie sprawę, że to nie tak powinno wyglądać. – Więc… myślałeś coś o swojej wierze?
            - Tak… tak mi się wydaję…
            - I? Potrafisz powiedzieć: „Wierzę w ciebie, boże”?
            - Nie, nie potrafię. Ja po prostu nie wierzę. Nie wierzę w nic. – Przez ułamek sekundy dziewczyna mogła ujrzeć jak jego oczy zaszkliły się w łzach, by już chwilę później chłopak wbił wzrok w ziemię.
            - Dlaczego? Boisz się? Nie obawiaj się - bóg kocha nas wszystkich. Bez względu na nasze błędy… - Starała się domyślać Daria.
            - Nie o to chodzi! – krzyknął wściekły – Nie wierzę w boga, bo nie mogę. Nie mogę wierzyć w coś, co nie istnieje!
            - Czemu to mówisz? – szepnęła wystraszona nagłą zmianą zachowania kolegi.
            - Nic nie rozumiesz! – nie przestawał krzyczeć czarnowłosy nastolatek.
            - Więc uświadom mnie. Pozwól mi zrozumieć. – Położyła na jego ramieniu rękę, którą on szybko strącił.
            - Mówisz, że bóg kocha wszystkich tak? Kłamstwo! Kłamstwo jak każde inne! – cedził słowa przez zęby – Wiesz… dowiedziałem się dzisiaj ważnej rzeczy. Nie opowiadałem ci jeszcze o mojej mamie, prawda?
            - No, nie… chyba nie, nie przypominam sobie. Czy to dobry moment na…
            - Tak! To idealny moment! – krzyknął znowu - Ona nie żyje. Nie żyje od jakiś siedmiu lat. Dzisiaj się dowiedziałem, że zmarła po latach ciężkiej choroby. – przerwał – Wiesz… ona też była wierząca. Kochała boga, kochała kościół. Modliła się do niego każdego wieczora. Czy to jej pomogło? Niekoniecznie. – popatrzył na nią uważnie – Choroba pochłaniała ją z każdym dniem. Z każdym dniem stawała się coraz słabsza. Nie rozumiałem tego, bo byłem za młody. Ale pomimo tego też zacząłem się modlić, żeby „mama się w końcu wykurowała”. Byłem małym, nic niewiedzącym brzdącem. I wierzyłem, że kiedy zwrócę się do kogoś tak wielkiego jak sam Pan, to wszystko będzie okej. Więc… powiedz mi teraz – Gniew znowu zaczynał w nim narastać. - gdzie był ten cały bóg, gdy go potrzebowałem?! Gdy ONA go potrzebowała?! Gdy UMIERAŁA?! Był przy niej? Może oglądał jej cierpienia… ale to by nie pasowało do waszego wyobrażenia, prawda?
            - Przestań! – krzyknęła i zaniosła się płaczem. Pełen negatywnych emocji chłopak nawet nie zwrócił na to uwagi.
            - Przestać? Ona nie przestała cierpieć, jak i ja nie przestanę teraz!
            - PRZESTAŃ! – krzyknęła znowu i wymierzyła mu siarczystego policzka. – Posłuchaj mnie… - Wyrwała go z transu. Popatrzył na nią trzeźwo, pocierając uderzone miejsce. – Mogę teraz ja ci coś opowiedzieć? Podejrzewam, że nie chcesz już słuchać o bogu. Ani o tym, że nie może pomóc każdemu…
            - Podobno jest wszechmogący. – przerwał jej.
            - No właśnie… opowiem ci więc o człowieku. Człowieku, którego ty sam pewnie znasz. – kiwnął głową, a ona kontynuowała – Kojarzysz może nazwisko Wojtyła?
            - Obiło mi się o uszy… - przyznał.
            - A kojarzysz personę taką jak Jan Paweł II?
            - Kto go nie zna? To jeden z największych i najwybitniejszych ludzi XXI wieku i jest zarazem – nie jestem pewny czy to odpowiednie określenie – waszym wysłannikiem, prawda?
            - Coś w ten deseń. – przytaknęła z uśmiechem – Więc, jak może już zrozumiałeś, Karol Wojtyła to imię i nazwisko papieża przed przyjęciem imion Jan Paweł.
            - Czemu mi to mówisz? – przerwał.
            - Jak pewnie wiesz w Rosji papież nie jest uznawany. – Nie zwróciła uwagi na pytanie chłopca – Mój tata za młodu często słyszał o jakimś młodym, inteligentnym i dobrze zapowiadającym się biskupie. Zainteresował się nim do tego stopnia, że pewnego dnia postanowił przyjechać do Polski na spotkanie z nim. Pomimo niesmaku rodziców wobec jego dziwnego pomysłu, zrobił to. Przyjechał do Krakowa, gdzie Karol w tym czasie urzędował.
            - I co? Nagle się nawrócił? Oświeciło go? – Złośliwe uwagi same wydobywały się z ust chłopca wciąż targanego przez kotłujące się w nim emocje.
            - Kiedy opowiadał mi o ich spotkaniu, mówił, jak wielkim człowiekiem był ten Wojtyła. Wychwalał go pod niebiosa… i słusznie, jak sam pewnie przyznasz. – Ręką podniosła jego głowę, by popatrzeć mu w oczy. – Wiesz co jeszcze wydarzyło się tam, w Krakowie? Karol zapoznał mojego ojca z moją przyszłą matką. Wtedy się poznali i gdyby nie ten człowiek, to prawdopodobnie teraz nie byłoby mnie tutaj.
             - Czemu mi to mówisz? – powtórzył, tym razem spokojniej ze ciekawością w głosie.
            - Chcę ci pokazać, że nawet wielcy wierzą w Boga, że nie umniejsza im to. A także chcę byś dostrzegł jak wielki wpływ mogą mieć nawet takie drobne spotkania. Choćby takie jak to. – przerwała – Kto wie, co się wydarzy po tym spotkaniu? W każdym razie – nieważne co się potem stanie - dziękuję ci, że mnie wysłuchałeś. Chociaż wiem jak ciężkie to mogło być. Nie powiem ci już nic więcej – reszta zależy już tylko i wyłącznie od ciebie samego. - Wstała.

            – Zostawię cię teraz. Mam nadzieję, że przemyślisz sobie to wszystko. Na spokojnie. Żegnaj. – Pochyliła się by pocałować go w policzek i odeszła, zostawiając chłopca samego na wzgórzu.
            Wraz z ciszą pełną sprzeczności.

 Bonus:

Istny majstersztyk. Muah.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz