Etykiety

czwartek, 21 kwietnia 2011

Refleksje i przemyślenia po "Sali Samobójców"

No offence, praca ze szkoły. Polecam pisanie o filmie, który oglądało się miesiąc temu - taktak. Pomijając idiotyczność całego zadania, jestem dosyć zadowolony z tej pracy. Myślałem, że będzie o wiele, wiele gorzej.

Poza tym przyznaję, że przed pisaniem musiałem odświeżyć sobie pamięć recenzjami i opisami tegoż filmu. Teraz chyba możemy zaczynać.


EDIT: Hohoho, w mniej więcej połowie listopada postanowiłem odświeżyć sobie pamięć na temat tego, co kiedyś pisałem. Akurat nie tak dawno oglądałem ponownie "SS" i stwierdzam, że... mój zachwyt był niekoniecznie uzasadniony. Owszem, przyznaję: film poruszał pewne ważne kwestie, a przy tym był podany w przystępnej formie. I taki obraz widzimy, myśląc o ogóle, ale czy diabeł nie tkwi w szczegółach? A kiedy takiemu obrazowi jak film Jana Komasy przypatrzymy się uważniej, widzimy błędy, niedoróbki, niedomówienia czasem nawet irracjonalność. Polscy aktorzy jak to Polscy aktorzy: raz lepiej, raz gorzej. Więc ostateczny werdykt jest taki, że może film nie był rewelacyjny, ale mimo wszystko wart obejrzenia. Takie luźne 4/6.

Refleksje i przemyślenia po seansie „Sali Samobójców”

            Jakiś czas temu byłem z klasą w kinie na niesamowitym (o tak, używanie tego typu określeń w stosunku do "SS" nie jest przesadą) filmie reżyserii Jana Komasy – jednego
z najzdolniejszych reżyserów młodego pokolenia.  „Sala samobójców” to film fantastyczny,
ot tak po prostu. Pomimo paru wad i niedoróbek (włącznie z nieco sztywną grą postaci drugoplanowych) spodobał mi się. Chociaż nie wiem czy „spodobał” to dobre słowo w stosunku do filmu opowiadającego o tragicznej historii chłopca, który zmagał się z okropną wręcz samotnością. Od kolegów z klasy słyszałem, że ten film był „głupi i nieprawdopodobny”. Czy tak jest naprawdę? Czy aż tak nieprawdopodobne jest to, że człowiek nie mogący znaleźć pocieszenia w nikim w swoim otoczeniu, nie potrafiąc zwrócić uwagi rodziców, uzależniający się od Internetu, zostaje w końcu doprowadzony na skraj emocjonalnej wytrzymałości? Takie historie zdarzają się na co dzień. Widzę je każdego dnia. A oni dalej nie mogą zrozumieć, że historia podobna do tej może dziać się tuż obok nich. U kolegi z klasy, szkoły, podwórka.
            Nie potrafimy być sami. Ten film w pewien sposób nam to udowodnił. Ci którzy  opanowali sztukę samotności, siedzą teraz prawdopodobnie w buddyjskich klasztorach lub spełniają się jako klerykałowie. A tutaj mamy ciekawy, a przy tym tak normalny, przypadek chłopca, Dominika, który ma wszystko. Jest bogaty, ma wykształconą matkę – właścicielkę agencji reklamowej, ojca – stonowanego mężczyznę robiącego karierę w polityce, osobistego szofera, który odwozi i przywozi go co dzień z liceum, gosposię, powodzenie wśród kobiet, popularność. Ma wszystko o czym mógłby zamarzyć każdy normalny osiemnastolatek. Jednej rzeczy brakowało w tym jego idealnym świecie. Miłości i zainteresowania rodziców. Ich wsparcia. Zrozumienia jego inności, wrażliwości czy potrzeby miłości. Dla niektórych to może brzmieć błaho – bo cóż to. Dominik ma pod nosem wszystko, a jeszcze ma czelność narzekać („w dupie mu się poprzewracało” – powtarzali ojciec i matka chłopca). Inni mają gorzej, prawda? Ale nie zapominajmy o jednym. Nie jesteśmy maszynami, potrzebujemy czuć. Bez tego nie przeżyjemy. Jest nam to równie potrzebne do życia jak tlen. I to samo czuł czarnowłosy osiemnastolatek. Był zdolny zrobić wszystko by tylko ktoś się nim zainteresował. Kochał kobietę, mężczyznę, wdał się w bójkę, zamknął się w swoim małym świecie. Był zdolny nawet do samobójstwa, żeby tylko go zauważyli. Zobaczyli, że on CZUŁ, POTRZEBOWAŁ i KOCHAŁ…
            Główny bohater jako istota myśląca różnił się od reszty ludzi. Być może brzmi to banalnie, ale jak często my sami zmagamy się z podobnymi dylematami? Relacje międzyludzkie traktujemy jak rzeczy – gdy się zepsują, czas je wyrzucić. I wtedy wchodzimy w świat Internetu. Czujemy, że to właśni tutaj spotkamy osobę, która myśli podobnie do nas. Ten wirtualny świat daje nam poczucie wspólnoty, wspólnego bólu istnienia. Daje złudzenie, że możemy się skontaktować z 6 miliardami osób, aż w końcu znajdziemy przyjaciela do rozmowy. Nie jest tak? Och, oczywiście, że jest. Niesłychane, by jedna rzecz  przerażała równie mocno co fascynowała. W końcu to było całkiem logiczne, że Internet stanie się ewenementem na skalę światową… ale czy jego twórcy zdawali sobie z tego sprawę? Czy byli świadom przyszłości ich dzieła? Do jakich rzeczy i sytuacji może doprowadzić? A jeśli wiedzieliby, to czy zdecydowaliby się na uruchomienie tej piekielnej machinerii?
            Ludzie potrafią być okrutni, przede wszystkim dla samych siebie. Nic nie jest w stanie tak zranić człowieka, jak drugi człowiek. Podejrzewam, że każdy weteran wojenny spytany co bolało bardziej: stracić nogę czy ukochanego człowieka, wybrałby drugą opcję. Więc jak to jest możliwe, że świadom tego bólu, zadajemy go innym bez końca. Kochamy i ranimy tworząc błędne koło. W końcu sami nie wiemy w co wierzyć, co ze sobą zrobić. Czy to naprawdę jest „normalne”? „Normalne”, ponieważ? Tak robią wszyscy, więc i ja? To głupota, a nie normalność…
            Dominik w filmie poznał Sylwię. To ona przewróciła całe jego życie do góry nogami. Pokazała, że również i on może być kochany i ważny. Chciałbym poznać właśnie taką osobę. Taką, która wejdzie w moje życie i rozwali wszystko w drobne kawałeczki, choćby po to by to później naprawić. Teraz jak nigdy tego potrzebuję. Jestem wewnętrznie rozerwany między „być a nie być”. Jestem ostrożny i zapobiegawczy, inaczej patrzę na świat. Kiedy w zeszłym roku starałem się otworzyć, nie wyszedłem na tym dobrze więc…? Stałem się innym człowiekiem, lecz nie wiem czy wyszło mi na to na dobre. Pełno we mnie sprzeczności, niepewności. To chyba dlatego potrzebuję takiej osoby. Osoby, która zburzyłaby ten mur, który buduję przed każdym nowo poznanym człowiekiem. Wskazała mi drogę. Może nie tak drastyczną jaką chcieli wybrać Dominik i Sylwia, ale jakąkolwiek. I jestem pewny, że każdy z nas czuje taką potrzebę. To dlatego szukamy „tej jedynej, tego jedynego”.
            Innymi moimi przemyśleniami było choćby pytanie: hej! Czy to naprawdę był POLSKI film?! Nic, kompletnie nic na to nie wskazywało. Raczony przez reżyserów z kraju nad Wisłą głupimi komedyjkami, czy „poważniejszymi projektami”, które… i tak są gniotami, ten film był powiewem świeżości. Ekipa „SS” pokazała, że da się zrobić dobry film, który zmusza do refleksji również tutaj – w Polsce, co jest swoistym osiągnięciem, z którego powinni być dumni.
            Nie jestem w stanie pisać o wszystkich moich refleksjach po obejrzeniu „Sali…”, myśli było o wiele za dużo. Nie będę się też rozwodził nad tym kto lepiej zrozumiał film – ja czy moi znajomi. Być może to oni mają rację, może to „zwykła porażka” nie mająca do przekazania praktycznie nic? Może. Ja wiem jedno - to może się przytrafić każdemu z nas. Tu i teraz. I dlatego chyba to było tak niesamowite. Z powodu swojej realności i możliwości poczucia więzi z bohaterem. Film zdecydowanie poruszył mnie. Uświadomił w temacie kilku spraw. Przestałem czuć się samotny. To dziwne, ale to właśnie poczułem. Czy słusznie? Nie wiem. Do dzisiaj nie do końca ogarnąłem to, co widziałem. Najchętniej poszedłbym obejrzeć „Salę Samobójców” jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze. Może wtedy lepiej bym zrozumiał to wszystko. A co teraz? Teraz jedynie mogę polecić ten film każdemu powyżej 14-15 lat. Wykroczyłem poza swój własny wiek. Niestety ludzie uświadomili mi, że mój rocznik nie dojrzał do takich filmów. Nawet ja sam nie jestem pewny siebie samego. O tak, niepewność. Niepewność to dobra refleksja.

Potrzebuję więcej uskrzydlonych przyjaciół.
Wszystkie znane mi anioły
wlewają beton w moje żyły.
Zawsze wracałem do domu sam,
więc stałem się bez życia -
tak samo jak mój telefon.
Luźny przekład tekstu piosenki „Nothing to Lose” autorstwa zespołu Billy Talent, można było ją usłyszeć w filmie. Reżyser w wywiadach podkreślał, że ta piosenka była pewną inspiracją do stworzenia „Sali Samobójców”.

4 komentarze:

  1. Dziękuję, że zamieściłeś tu swoje przemyślenia. Dzięki twojej wypowiedzi nie straciłam wiary ludzką wiarygodność i intencje.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie, to nie była ironia, po protu trochę dziwnie to napisałam.(tak niestylistycznie)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zajebiście piszesz, mam takie głupie pytanie, ile Ty masz lat ? xd

    OdpowiedzUsuń