Etykiety

piątek, 1 kwietnia 2011

I wanna be plastic like you

Popijając trzecią już zieloną herbatę, biorąc dziesiąta tabletkę, smarkając w setną chusteczkę, kaszląc po raz tysięczny zasiadam tutaj, przy tym prostym edytorze tekstów, chcąc napisać coś po raz pierwszy od dawna. Od bardzo, bardzo, bardzo dawna. Czas ostatnio jakby płynie szybciej, skrzętniej zbiera się z zakrętów życia, nie przejmuje się przeszkodami w żadnej postaci. A może to tylko ja przestałem go zauważać? Tak zajęty sobą, swoim własnym jestestwem, narcystycznie żyjąc od weekendu do weekendu, oczekując usranych wakacji? Nie wiem. A raczej wiem, że nic nie wiem, ale do filozofii jeszcze kiedyś wrócę. Na razie żyję strachem i radością (o, ironio) przed zbliżającym się końcem roku szkolnego, kolejnymi wakacjami, długimi dniami i krótkimi nocami. Przed tym wszystkim czego mi tak teraz brakuje, a na co pewnie będę w przyszłości narzekał. O tak, myślę, że to lekko melancholijna notka. Napisana dla odmiany, popychana chęcią ucieczki przed kolejnymi pustymi słowami.

Wiecie... nie tak dawno temu, w chwili przebłysku od tego chorego życia w nieżyciu (a może na odwrót?), uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nie robię NIC. Nie robię nic, co kiedyś mnie bawiło, dawało szczęście. Więcej, nie robię nawet tego co muszę, bo nawet nie pamiętam kiedy ostatnio przygotowałem się do szkoły. I tak na przykład zawsze w pewien sposób odprężało mnie pisanie, a teraz nie umiem sklecić choćby jednej porządnej strony maszynopisu. Fotografia? Kompletna pustka w głowie, zero pomysłów czy chęci. Czytanie. Nie skomentuje nawet tendencji spadkowej mojego czytania w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Filmy? Nuda, parę nielicznych wyjątków, które zmusiły mnie do ruszenia szarych komórek. Jedyne rzeczy, które w stanie byłem robić to "żreć, spać, śmiać", no i posiedzieć tu, przy komputerze. Rutyna, rutyna, rutyna. Więc ok, wróćmy do początku. Doszedłem do wniosku, że coś z tym muszę zrobić. Lecz wnet padło pytanie: co takiego mogę zrobić, żeby... żeby wrócić do normalności? Powiedzmy. To było nie lada pytanie, a gdy odpowiedź przyszła sama, nie lada wyczynem było podołanie wyzwaniu. Cóż mogłem takiego zrobić? Otóż... zacząłem robić wieeele rzeczy na przekór sobie. Naprawdę wiele rzeczy, o których nigdy bym siebie nawet nie posądził. I wiecie co? To działa. Pomimo dziwnego uczucia towarzyszącego mi dwadzieścia cztery godziny na dobę, muszę powiedzieć, że polecam takie eksperymenty każdemu. Kiedy robię coś skrajnie "innego" czuję się lepiej, inaczej, ciekawiej. Czuję się... wolny? Wolny, bo wiem, że mogę zrobić praktycznie wszystko? Że podołam w każdej cholernej roli? O tak, niesamowite.

Nie wiem kiedy będzie następna notka, nie wiem czy warto pisać coś na wzór tego postu, nie wiem kiedy przejdzie mi "zapalenie tchawicy" (które dla mnie i tak jest przeziębieniem, nie wierzę pani doktor), nie wiem nawet co teraz czuję. Taka pustka. Ale w pewnym sensie pustka też jest fajna. W każdej chwili mogę ją wypełnić czym tylko sobie zamarzę. Wierzę, że wszystko przede mną.

zdjęcie znalezione na flickr.com

2 komentarze:

  1. jakiś miesiąc temu, kiedy rozmawiałam z nowo poznaną dziewczyną, doszłam do tych samych wniosków. spytała się mnie, co robię na co dzień. nie umiałam odpowiedzieć. uświadomiłam sobie, że nie robię NIC. nie uczę się, zawalam szkołę. kiedyś przynajmniej imprezowałam, spotykałam się ze znajomymi. ostatni taki mój wypad był pół roku temu. pół roku nie robiłam NIC, totalnie nic. hibernacja, nie wiem co się ze mną działo. powoli się zbieram, robię rzeczy, na które często nie mam ochoty, ale to faktycznie działa. bo nawet, jeśli nie mam na to coś ochoty, to najważniejsze, że robię cokolwiek, a to już mnie przywraca do życia..
    ~van

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak naprawdę życie składa się z połowy wymysłow naszego mózgu, fantazji o ideałach które nie istniały.Siedząc na łózku i nic nie robiąc przypominają mi się chwilę moich najszczęśliwszych dni w tym roku i godziny,sekundy mojego nudnego życia

    :):)

    OdpowiedzUsuń