Etykiety

wtorek, 1 lutego 2011

Małpka 7070 znaków


„Małpka”

            Stałem pośrodku rozentuzjazmowanego tłumu, niczym się nie wyróżniając spośród tej bandy oszołomów. Nikt nie zwrócił najmniejszej uwagi ani na mnie, ani na pluszową małpkę, którą posadziłem na ramieniu. W końcu to koncert kapeli rockowej. Ludzie wokół mnie skakali, tańczyli i machali rękami w rytm muzyki, która dla mnie była jedynie marnym i  nic nie wartym jazgotem. Mam jeden cel, nic poza tym. Nie mogłem zawrócić, a tym bardziej nikt nie mógł mnie zatrzymać. Stanąłem na palcach, aby ocenić moje położenie względem sceny. Pozostało mi jeszcze z kilkanaście metrów i pełno ludzi ściśniętych obok siebie. „Będzie ciężko.” – pomyślałem i zacząłem zastanawiać się, czy warto. Czemu nie mogę popełnić samobójstwa jak wszyscy? Samotnie, w domowym zaciszu, wśród swoich własnych czterech ścian. Wiem, nie pozwalała mi na to moja duma. Cały świat uzna mnie za psychola. Będą skandować moje imię, a rodzina będzie miała przesrane, ale… wtedy to już nie będzie miało dla mnie żadnej wartości, bo jakby nie patrzeć będę przecież martwy. Nie mogę się wycofać, gdy zaszedłem tak daleko. Zapłaciłem ochroniarzowi sporą sumkę, aby mnie wpuścił. Nie spodziewał się niczego nadzwyczajnego, ot zabrakło biletu.
            Zostawiłem rodzicom list tłumacząc, co chcę zrobić i dlaczego. Moje życie było jednym wielkim gównem, więc czemu mam go gównem nie zakończyć? To, co z tego miejsca zostanie nie można nazwać inaczej niż wstrętnymi ekskrementami. Mogę to obiecać.  Rodzicom tak naprawdę nie musiałem niczego tłumaczyć, od zawsze uważali mnie za ułomnego i zdolnego do wszystkiego. Nie oszczędzali mnie nawet w obliczu reszty rodziny, aż w końcu i brat utracił do mnie szacunek. Żyłem dalej, zdawałem szkoły ze średnimi wynikami, znalazłem dobrą pracę, uniezależniłem się od rodziców i wreszcie ożeniłem się. Wszystko się zawaliło przez ten jeden, malutki incydent. Przez tę kobietę, moją żonę. Już ją zabiłem i wciąż mam przed oczami obraz noża wystającego z jej piersi. Niech gnije w ogródku. O nie. Teraz nie ma odwrotu. Muszę iść dalej.
            Tej małpki nie wziąłem przez przypadek. To moja ulubiona zabawka z dzieciństwa. Gdy byłem mały dodawała mi otuchy i pomagała przeżyć ciężkie chwile. Wsadziłem rękę w tył pluszaka wyciągając długi sztylet. Scena ponownie przypomniała mi dzieciństwo. Bajkę o dwóch marionetkach: Bertcie i Ernim, którzy poruszali się dzięki rękom wsadzonym w tyłki. Wyczyściłem ostrze z resztek krwi swojej żony. Nóż zabłysł w ciemności odbitym światłem ze sceny. Użyje go, gdy tylko zajdzie taka potrzeba.
***
            - Ten koncert jest fenomenalny! – wydarłam do swojej przyjaciółki Beth, skacząc w miejscu podobnie do wielu uczestników imprezy. W ostatniej chwili udało mi się zakupić bilet po horrendalnej cenie. Musiałam wydać całe swoje oszczędności, jednak nie uważam, żebym te pieniądze wydała w zły sposób. Bawiłam się, jak nigdy dotąd.
            - O tak! – odkrzyknęła Beth. – Wiesz, co? Zaczynam się czuć trochę zmęczona. Może… - przerwała - Może wypróbujemy te tabletki, co dał nam tamten facet? – przestałyśmy tańczyć i popatrzyłyśmy sobie w oczy. Podszedł do nas wcześniej koleś, miał może z dwadzieścia parę lat. Zaproponował nam jakieś dziwne tabletki, twierdząc, że dadzą nam niezłego kopa.
- Emm… - Nie wiedziałam, co jej odpowiedzieć. Bałam się. Przecież to były normalne narkotyki!
- Chodź! Spróbujemy, przecież nic nam się nie stanie. – zachęcała i wzięła swoją tabletkę do ust, a drugą podała mi. Chwilę myślałam. Co jeśli to zwykły środek odurzający?
- No dalej! – nagliła.
Wzięłam tabletkę do ust i popiłam ją piwem. Natychmiastowo zakręciło mi się w głowie. Spojrzałam niepewnie na Beth, która zaczynała rozmawiać z jakimś chłopakiem. Zakołysałam się i upadłam na kogoś za mną. W ciemności ujrzałam jedynie pluszową małpkę, małą niewinną zabawkę…
***
Wciąż przepychałem się w kierunku sceny, gdy nagle ktoś na mnie upadł. W ciemnościach nie mogłem dostrzec kto to. Spanikowałem, sięgnąłem po małpkę i pchnąłem dziewczynę dwa razy nożem. Odrzuciłem z odrazą ciało i rozejrzałem się. Ludzie łapali dziewczynę i nieśli ją na fali jak gdyby po prostu się wywróciła. Westchnąłem i niestrudzony szedłem dalej naprzeciw przeznaczeniu.
W Boga też nie wierzyłem. Gdyby Bóg był taki wszechwiedzący i wszechmocny, jak opisują go wszystkie religie świata, to nie pozwalałby na to wszystko, co się dzieje. Uwielbiałem o tym rozmawiać z katechetami w moich szkołach, uwielbiałem ten ich zacięty wyraz twarzy przy rozmowie ze mną, jak i uwielbiałem ich niemoc, gdy wysuwałem mój ulubiony, choć być może łatwy do obalenia argument. Jaki? Skoro Bóg jest wszechwiedzący, zna przeszłość, przyszłość i teraźniejszość, to stworzył człowieka wiedząc z góry, co się stanie. Stworzył raj, wiedząc, że człowiek zgrzeszy. Więc albo jest Bóg, który się nami bawi, albo go nie ma. Osobiście wolę przyjąć tą drugą wersję.
Usłyszałem dwa strzały, muzycy przestali grać. Chwilę po tym głos z megafonu oznajmił:
- Proszę o spokój. – dało się wyczuć mieszankę rozkazującego tonu przyprawionego strachem – Może ta informacja zabrzmi strasznie, ale między wami jest psychopata. Dosyć niebezpieczny psychopata, który… - nie dokończył, bo sam nie wiedział czego mogę dokonać. Wszystko idzie po mojej myśli, a rodzice jak widać przeczytali list.
Po chwili okazało się, że ten człowiek w zły sposób podawał ludziom informację. Kilka osób zaczęło się drzeć wprowadzając zamęt i panikę. Muzycy pospiesznie zeszli ze sceny nie zabierając nawet własnych instrumentów.
- Proszę o spokój! – krzyczał głos. – Musicie zachować spokój. Nikt ma się nie ruszać! Policja będzie sprawdzać każdego z was po kolei.
Zauważyłem nadchodzące z daleka czapki policji górujące nad głowami ludzi. Wszyscy byli zdezorientowani sytuacją. To moja szansa. Ruszyłem biegiem pod scenę, przepychając się i raniąc po drodze parę osób nożem. Nie szło za szybko. Jednak w tej chwili wszystko mi jedno i tak już wygrałem.
            - Mówiłem, żeby nikt się nie… - przerwał. – Łapać go! Jest pod zachodnią częścią sceny!
Jacy oni byli nieudolni. Nierozgarnięci. Rzucają się na człowieka, nawet nie znając jego możliwości… Byłem już pod sceną i mogłem zaczynać swój show. Radość. Poczułem wszechogarniającą mnie radość i zacząłem się śmiać. O tak! Jestem psycholem. Policjanci powoli przeciskali się przez spanikowany tłum w moim kierunku. Co mogli mi zrobić? Co MI mogli zrobić?!
- Jesteś otoczony. – poinformował mnie oficjalnym tonem policjant -  Rzuć broń. Nie masz najmniejszych szans na ucieczkę.
- Na pewno mam ją rzucić? – spytałem niewinnie. W końcu byłem tylko wariatem…
- Tak, do cholery. – odpowiedział nieco zdezorientowany policjant.
- Ale nie zastrzelicie mnie? – pytałem dalej. Chciałem zbić ich z tropu. Niech poczują chociaż odrobinę mojego szaleństwa.
- Nie. Raczej nie. – Koleś chyba rzadko miał styczność z wariatami. – Rzuć ją i przestań gadać! Nie rozumiesz, że jesteś zatrzymany?
- No to niech nikt się nie rusza! – zaśmiałem się i rzuciłem sztyletem prosto w gardło policjanta. Ogarnęła mnie fala śmiechu gdy krew trysnęła z jego gardzieli niczym z małej fontanny. Miałem wręcz ochotę potarzać się po ziemi. Ich wyraz twarzy, ten zabity policjant, gdzieniegdzie krzyki tłumu… to było tak cholernie śmieszne!
Policjanci patrzyli zdezorientowani, nie wiedząc do końca, co przed chwila się stało i co mają dalej robić. Jeden z policjantów ku mojemu zaskoczeniu wymierzył we mnie pistoletem. Chuderlawy gostek koło dwudziestki. Kolejny śmieć na mojej drodze.
- Nawet nie próbuj. – pogroziłem mu palcem, zbliżyłem się do niego o krok i wskazałem na małpkę. Pora skończyć grę.
- Zamknij się frajerze! – krzyknął inny. – Co możesz nam zrobić tą głupią małpką?
- Nie wnikając w szczegóły to rozwalić was wszystkich. – powiedziałem z uśmiechem na ustach i czekałem na jakąkolwiek reakcje z ich strony. Nic się nie działo, więc zrozumiałem, że muszę tym idiotom wszystko wytłumaczyć. – Popatrzcie na to. – Wziąłem małpkę do ręki i rozprułem ją, ukazując gliniarzom całość mojego planu.
- O kur… - rozległy się szepty.
- To mała bombka. Wystarczy na zniszczenie całego tego terenu. Działa na wstrząsy, więc starczy jedno mocniejsze uderzenie i… bum! Jesteśmy kupką kurzu. – Miałem ich w garści. – Więc jak? Strzelisz? – podszedłem do chudego. Patrzył na mnie przerażony trzymając broń na wysokości mojej piersi.
- Jesteś potworem… - zdążył wyszeptać, gdy gdzieś z boku rozległ się dźwięk strzału. Byłem pod wrażeniem odwagi lub głupoty tego, kto to zrobił. Strzelił prosto w bombkę, w pozostałości mojej małej, słodkiej małpki…

2 komentarze:

  1. Miałam zamiar wybrać się na koncert pod koniec lutego... ale chyba sobie odpuszcze ;D
    ~Anonim

    OdpowiedzUsuń
  2. To opowiadanie też mi się podoba. Też ciekawa tematyka. Też ciekawie opisane. I podoba mi się to, że zawarłeś w nim trochę swoich poglądów (chociażby na temat Boga).

    OdpowiedzUsuń