Etykiety

czwartek, 2 grudnia 2010

"Świat muzyką i słowem malowany" // 14 534 znaków

Jako, że konkursu nie wygrałem, umieszczam opowiadanie tutaj pod wasze czujne oczy. Liczę na to, że wygarniecie mi choć trochę, znajdziecie jakieś błędy, cokolwiek - tym razem serio mi na tym zależy. Miłego czytania! Klik na: "czytaj więcej".

//poprawka 3.12.10










1.      Czas na zmiany.

            Mam wszystko. Wszystko, czego bym mógł tylko zapragnąć. Wiem to, jestem tego w pełni przekonany. Niczego mi nie brakuje, a sam jestem istotą wręcz idealną – tak przynajmniej mówił list od kolejnej fanki. Dla uściślenia: kolejnej tłustej Amerykanki. Czasami zastanawiam się, czemu ci z góry nie pozamykają wszystkich placówek z fast foodami. Przecież te śmieci są gorsze w skutkach od narkotyków! Wracając do listu to…
czy naprawdę jestem taki, jak mnie opisała ta dziewczyna? Sam nie wiem. Pomimo tego, że dostaję wszystko, czego chcę, nie czuję się spełniony. Wręcz przeciwnie czuję się jak dawniej, gdy byłem jedynie marnym ulicznym grajkiem, a nie światowego formatu „gwiazdą”. Z tą różnicą, że przed laty nie miałem niczego poza wątpliwym talentem i osobowością. Co z tego zostało do dziś? Nie mam pojęcia, jedyne co wiem to, że osobiście czuję się wypalony. Zrobiłem chyba wszystko, co wcześniej zrobić chciałem, a na dodatek mam tyle pieniędzy, że starczyłoby mi ich do końca życia. Mnie, jak mnie, ale być może nawet dla moich dzieci, a przy odrobinie szczęścia i rozumu, również dla moich wnuków.
Co mam zrobić? Kim jestem, nie będąc ani człowiekiem, ani nikim ponad to? Czy straciłem własną osobowość? Czy naprawdę straciłem siebie? Jestem marionetką w rękach świata. Wszystko, co zrobię jest z góry przewidziane czy nawet zaplanowane bez mojej wiedzy. Jestem zamknięty w dawno ustalonych ramach, które zaczynają przytłaczać mnie swym ciężarem.
            Sięgnąłem po kieliszek, wlewając w siebie jego zawartość. Cały zamęt z mojej głowy zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie pozbyłem się go, o nie. On tylko zechciał się uzewnętrznić. Jestem muzykiem. Więcej, geniuszem! – myślałem i nie cackając się już z kieliszkiem, wziąłem butelkę trunku i pochłonąłem łapczywie jego zawartość.
            Zabawę czas zacząć.
***
            Beth siedziała podekscytowana przed komputerem. Kolejny wieczór czekała na odpowiedź jej idola i zaczynała już tracić wszelkie nadzieje. To już piąty dzień! Ile można czekać?! Gdyby miał go przeczytać, zrobiłby to dawno temu! Zaczynała się zastanawiać, co zrobiła źle. Za dużo pochwał czy może za mało? Niepotrzebnie dawała swoje zdjęcie! To na pewno go zniechęciło…
            Siedziała i myślała wsłuchana w piosenkę.

„Pierwszy raz, gdy cię ujrzałem
Miałaś to głęboko w swoich oczach
A niebiańskie oczy świeciły nad Tobą
I w całości pokój napełnił się światłem
Teraz okrutny świat chce spróbować zmienić ciebie
Spróbować powiesić cię i pomiatać twoją dumą”[i]

            Co jeśli ona była takim niebiańskim, niewinnym dzieckiem? Czy powinna przeciwstawić się ciemności świata? Czy wręcz przeciwnie, przyjąć z pokorą niczym dar? Bo czymże jest życie bez odrobiny grzechu, niż tylko nudną bezcelową egzystencją? Rozsiadła się wygodniej w fotelu, nie zauważając nawet końca piosenki. Myślała nad swoim życiem, nad tym, co w nim tak na prawdę zrobiła. Czego nie zrobiła, a mogła. Ile szans w życiu straciła. W pierwszym momencie przeraził ją ogrom tchórzostwa. Tak zwanej grzeczności, tchórzostwa czy może czegoś zupełnie innego – czegoś, czego sama nie umiała tego nazwać. Wiedziała tylko, że czas na zmiany. Wiek piętnastu lat jest idealnym momentem na życiowe metamorfozy.
            Ona też miała swój własny plan. Dwoje ludzi, których los skrajnie różny może połączyć byle błahostka. Wiedziała to. Czuła, że właśnie dostaje szansę od losu i nie miała najmniejszej ochoty jej zmarnować.

2.      Plany

            Na zmiany nie trzeba było długo czekać. Dziewczyna już po dwóch miesiącach wyglądała wprost obłędnie. Przeszła na dietę, zaczęła wierzyć w siebie, ubierała często wręcz ekstrawaganckie stroje. Lecz to jeszcze nie było to. Ona chciała czegoś więcej. Chciała sukcesu, czegoś, co dopełniłoby pustkę w jej sercu. Niestety nie znała sposobu na dokonanie tego.
            O wysłanym liście już zapomniała. Z całego serca pragnęła o nim zapomnieć. Ten człowiek, jej idol, nawet nie uraczył jej krótką odpowiedzią. Wystarczyłoby „Dziękuje za list”! I już planowała jak zmusić go do rozmowy od innej strony, gdy…

***

             Cierpiący na bezsenność pan Collin wstał wcześnie rano, Podejrzewał, że jego problemy ze snem spowodowane są stresem. Miał już 40 lat, nie miał żony, nie miał dzieci, a jego kariera wisiała na włosku. Był jednym z głównych krytyków muzycznych w sporym wydawnictwie. Często to od jego zdania zależało czy dana piosenka będzie hitem, czy nie. Dobra pozycja, nie ma co. Problem polegał na tym, że Philip od miesiąca nie dostał żadnego „hitu”.
            Ubrał się i podszedł do lusterka, gdzie zobaczył średniej postury mężczyznę, z niebieskimi, podkrążonymi oczami wokół których zdążyła się już upleść pokaźna sieć zmarszczek. Jego włosy wyglądały wprost komicznie. Na wpół siwe, na wpół czarne, rozwichrzone jak gdyby ich posiadacz wpadł w trąbę powietrzną. Zrezygnowany westchnął tylko i skierował się do wyjścia, ku szaremu światu.
            Idąc nawet nie starał się uśmiechać do obcych ludzi. Nie obejrzał się nawet na żadną kobietę, choć miał to w zwyczaju. Szedł po prostu ze zwieszona głową do pracy zastanawiając się, co tym razem go tam czeka. Ile zespołów dzisiaj przyjmie? Ile tych popularnie nazywanych „szitów” będzie musiał dzisiaj odsłuchać? Czy szef znowu wezwie go na dywanik? Jaki koszmar dziś przeżyje?
            Szczęście w nieszczęściu, że mieszkał całkiem niedaleko swojego miejsca pracy i już po chwili wchodził do biura. Szedł korytarzami znając drogę na pamięć, kilku osobom powiedział dzień dobry, ktoś się go spytał jak się ma, a on odpowiedział: „jak zwykle”. Bo cóż miał powiedzieć? „Nienawidzę tej roboty, tej cholernej presji! Mam dość tych sztucznych uśmiechów, mieszania dzieciaków z błotem! Mam dość nawet ciebie, Ben!”? To nie byłby najlepszy pomysł.
            Wszedł do swojego gabinetu i ku jego zaskoczeniu, zauważył, że na biurku leżał tylko jeden malutki stosik papierów. Odwrócił się, by zamknąć drzwi i zobaczył jego. Wychudzonego, bladego, z długimi czarnymi włosami do ramion, z groteskowymi czerwonymi soczewkami w oczach. Jego gość szybkim ruchem zamknął drzwi, a następnie przekręcił zamek.
            - Co pan tu robi? – wyjąkał wystraszony krytyk.
            Czarnowłosy mężczyzna patrzył przez chwilę na niego pogardliwym wzrokiem i lodowatym tonem kazał mu usiąść. Zdezorientowany czterdziestolatek zrobił to co mu kazano. „Czego ten człowiek ode mnie chce?! Co ja mu mogę dać?” – myślał, chociaż dobrze znał odpowiedź. Ten głos wyraźnie kogoś mu przypominał.
            - Kojarzy mnie pan, prawda? Gwiazda lat osiemdziesiątych i takie tam… drobnostki. – uśmiechnął się złowieszczo.
            - O-oczywiście, panie Paul. – Olśniło go. - Byłem pierwszą osobą, która słuchała waszego dema. – Nie kłamał. Dobrze pamiętał te ciary, które przeszły po jego ciele podczas słuchania „Coma”. – Twój zespół jest już legendą. Czego chcieć więcej?
            - Pragnę zauważyć, że to były zespół, panie Collin. Teraz chcę zacząć karierę solową. – Na jego twarzy wciąż widniał cierpki uśmiech. – Możemy przejść na ty? – spytał i nie czekając na zgodę, ciągnął – Philip, to ty zapoczątkowałeś moją karierę. Jesteś dobry w tym, co robisz. Słyszałem o twojej sytuacji i… proszę, daj mi szansę. Na powrót zrobię z ciebie bogacza. – Jego głos był… inny. Hipnotyzujący, mroczny, przyciągający uwagę. Nie dało się go pomylić z żadnym innym.
            - Ale… - Philip zastanowił się, co odpowiedzieć. – Najpierw chciałbym przesłuchać jakikolwiek twój kawałek. – powiedział dyplomatycznie mimo strachu.
            - Proszę. – Podszedł do odtwarzacza i włożył płytę. W radiu rozbrzmiała muzyka. Ciężka, posępna melodia i ten charakterystyczny głos. Philip nie wierzył własnym uszom. To naprawdę było dobre! Jednak coś było nie tak. Coś mu nie pasowało. Nie umiał tego nazwać, ale przerażało go to.
            - Nie jestem pewny, co do…
            - Co do czego?! – wykrzyknął zniecierpliwiony muzyk. – Philip, chłopie, dostałeś ostatnio coś lepszego?
            Krytyk musiał się zastanowić. Czuł, że to zwykła manipulacja. Całe to show. Mimo wszystko ten szaleniec ma rację. Przez ostatnie miesiące nie słyszał niczego lepszego.
            - Wciąż nie wiem… co jeśli to nie wypali? Powroty nie zawsze skutkują jakimś wielkim sukcesem. Jeśli ci się nie uda, to obaj jesteśmy skończeni i… - przerwał, by sięgnąć po herbatę, gdy się napił, kontynuował – nie mam pojęcia, co mam z tobą zrobić. Z całym szacunkiem dla twojej osoby, bo… jesteś legendą!  - Na jego twarzy pojawił się niepewny półuśmiech.
            - Trzy… dwa… jeden… - odliczał czarnowłosy, a uśmiech, ten cierpki, szaleńczy uśmiech, nie znikał z jego ust.
            Pan Collin poczuł nagły zawrót w głowie i ból w klatce piersiowej. Popatrzył wystraszony na niewzruszonego niczym muzyka i zaczął się zastanawiać skąd do cholery wzięła się ta herbata?! Przed oczami robiło mu się coraz ciemniej, a w uszach rozbrzmiewały mu słowa piosenki: „Będę stąpał po tobie w mojej drodze ku górze, będę stąpał po tobie w mojej drodze na dno”[ii]

***
            … na dole ekranu komputera wyskoczyło powiadomienie o nowej wiadomości.
            Beth wrzasnęła najgłośniej jak potrafiła. Nie wierzyła w to, co czyta. On wróci! Już niedługo! Pierwszy koncert za trzy miesiące! Trzęsła się z podniecenia myśląc, ile to daje jej szans na poznanie idola.
            - Córciu? Stało się coś? – krzyczała mama z kuchni.
            - Nie! – odkrzyknęła tylko i zaczęła pisać list.

***

            Paul szedł ulicą miasta jak gdyby nigdy nic. Większość ludzi go nawet nie pamięta, tylko niektórzy odwracali się niepewnie, bojąc się do niego podejść. Wiedział, że niedługo to się zmieni. Już niedługo…
            Idąc, podsłuchiwał rozmowy ludzi. Wszyscy już wiedzieli o „samobójstwie” Philipa. Doskonale! Oficjalna wersja jest taka, że wykończony życiem, podpisał najbardziej obiecujący kontrakt w życiu, a potem nie wytrzymując naporu emocji, przedawkował leki.
            „Muzyka ma naprawdę wielki wpływ na ludzi…” – pomyślał, uśmiechając się marzycielsko niczym najprawdziwszy pacjent zakładu dla obłąkanych.

***

            Skończyła. Popatrzyła niepewna na kartkę, nie poznając własnego pisma. Pisała tak pięknie jak nigdy dotąd. Postanowiła przeczytać list raz jeszcze.
            Słowa. To są tylko puste, pisane słowa, które nie wywrą na nim żadnego wrażenia. Musiała zrobić coś więcej i nawet chyba wiedziała co. Martwiło ją tylko niebezpieczeństwo, jakie niesie za sobą jej plan. Jeśli coś się nie powiedzie… będzie źle.
            Była szalona. Szalona w każdym możliwym tego słowa znaczeniu i tak naprawdę nic a nic ją to nie martwiło. Ważne, aby w końcu była szczęśliwa. Nie chce być więcej marionetką, kukłą bez uczuć, bez własnego zdania, bez własnych aspiracji. Ona chciała żyć!

3.      Czyny

            To już był ten dzień. Mój dzień! Wszystko było gotowe, a bilety wyprzedane. Tego mi brakowało. Tego dreszczyku emocji, tego poczucia wyższości nad wszystkimi, tej magii. Z powrotem czuję się pełny, a oni niczym owieczki podążają za mną, pasterzem. Podążają, choć nie wiedzą, dokąd  ich zaprowadzę. Świadomość tego dodawała mi otuchy.
            - Za pięć minut wchodzisz! – usłyszałem krzyk.
            Już słyszałem szum głosów ludzkich. Gdzieniegdzie kilkuosobowe grupki próbowały odtworzyć moje największe hity. Te pięć minut ciągnie się w nieskończoność. Ileż można? Co jeśli nie wyjdzie? Co jeśli się nie spodoba? Przecież nie jestem już pierwszej młodości…
            - Dziesięć… dziewięć… osiem… - usłyszałem odliczanie i ruszyłem w kierunku sceny. – trzy… dwa… jeden… Wchodzisz!
            Krokiem tak pewnym na jaki tylko było mnie stać, wyszedłem na scenę. Powitały mnie krzyki, piski, nawoływania. Przestałem się martwić i poczułem ulgę. Niesamowite uczucie. To chyba nazywa się spełnieniem.

***

            Beth słyszała już muzykę i poczuła dreszcze podniecenia. Grę czas zacząć.
            Jej plan był właściwie banalny, ale równie dobry jak cała reszta, która przyszła jej do głowy. Założyła uniform ochroniarzy, spięła włosy, założyła czapkę na głowę i kartę identyfikacyjną na szyję. Jej szczęście, że wśród znajomych ma ochroniarza.
            Podeszła pewnym krokiem do bramek, pokazując legitymację. Wpuścili ją. Żadnych zbędnych pytań. Teraz tylko musi przejść pod scenę. Jak to zrobić?!
            - Ej ty! Ochroniarzu! – usłyszała głos za sobą, odwróciła się na pięcie i jak gdyby nigdy nic podeszła do drugiego mundurowego. – Jak masz na imię? Nie kojarzę, żeby na liście była jakakolwiek kobieta.
            - Ja… - Musiałam wymyśleć coś na poczekaniu – jestem w zastępstwie za jednego z was. Nazywam się Lea.
            - A to dobrze. – Uśmiechnął się i złapał dziewczynę za ramię – To teraz idź…
            Już miałam odejść, gdy szyderczym tonem dodał:
            - … do domu i ciesz się, że nie wyciągnę z tego, żadnych konsekwencji.
            Popatrzyła na niego zdezorientowana. Poszła. Zrobiła, co jej kazał. Zaczęła płakać, łzy lały się z jej oczu strumieniami. To był koniec. Koniec jej marzeń. Nic więcej nie mogła zrobić. To wszystko ją przytłoczyło. Poczuła wszechogarniający smutek, jak gdyby świat miał już nigdy się po tej nocy nie obudzić. To nie miało sensu! Pierwszy raz miała osiągnąć to, co zamierzała! I co?!
            Miała tego dosyć. Serdecznie dosyć. Cokolwiek by nie zrobiła i tak wychodzi jej to na złe.
           
            Koniec!

4. Skutki

            Dnia 27 czerwca 2004 roku na ulicy odnaleziono młodą dziewczynę, góra piętnaście lat. Samobójczyni, dźgnęła się kawałkiem butelki w tętnice. Nie jesteśmy pewni, co do motywacji tej dziewczyny. Przy ciele znaleźliśmy list, który zostanie tak szybko jak to tylko możliwe przekazany na najbliższą komendę policji.
            „Co za dzieciaki w tych czasach…” pomyślał i prychnął z pogardą komisarz Welch.

***

            - Że co?! – krzyknąłem z niedowierzaniem. – Zabiła się… przeze mnie? – Nic do mnie nie docierało.
            - Proszę, niech pan sam przeczyta niedoszły list do pana. – Policjant podał mi zapisaną kartkę papieru policjant.
            Zacząłem czytać i niedowierzałem. Ta dziewczyna, ta gruba Amerykanka, której list czytałem  kilka miesięcy temu. Wtedy, gdy mój plan ledwie kiełkował. Zrobiła tak wiele przeze mnie, przez moje słowa. Przez ich brak. Chciała mi pokazać, że ona też potrafi. Tak jak ja szukała zrozumienia. Tego czegoś, o tu, w sercu. Chciała tylko być szczęśliwą jak każdy z nas.
            - Mógłby pan wyjść? – spytałem policjanta. - Odezwę się jeszcze.
            Popatrzył na mnie tymi swoimi małym oczami, jak gdyby chciał mnie oskarżyć o zabójstwo. Już, teraz zamknąć w kajdanki i wyciągnąć z domu. Co to, to nie. W końcu kiwnął z wolna głową i wyszedł.
            Położyłem się na łóżku, po raz drugi czytając list. To uczucie pełności i wyższości, które czułem zmalało. Zmalało niemiłosiernie. Czułem wstyd i szacunek do tej dziewczynki. Zmieniła wszystko w swoim życiu byleby do mnie dotrzeć, żeby spełnić swoje marzenie. Co ja zrobiłem w tym celu? Zabiłem człowieka. Jestem zwykłym robakiem niegodnym miana człowieka.
            To uczucie niższości pochłonęło mnie w całości. Nie miałem już nawet ochoty na kolejne koncerty, na kolejną dawkę ciepła. To wydarzenie było… punktem kulminacyjnym mojego życia. Mam już swoje czterdzieści pięć lat, wystarczająco dużo dałem i zabrałem światu. Myślę, że to ten czas.
            Wziąłem kartkę. Starałem sobie wyobrazić, jakie emocje targały tą dziewczyną, gdy pisała list. Chciałem je odwzorować. Napiszę o niej. To będzie dedykacja dla wielkiej sercem dziewczyny, która przewyższyła mnie pod każdym względem, mimo młodego wieku.
            Pisałem jak nigdy dotąd. Myśli przechodziły na kartkę w tak niesamowicie łatwy sposób – jak nigdy. Zacząłem płakać niczym małe dziecko. Czy ona czuła to samo?
            Skończyłem. Odłożyłem kartkę na stół, podszedłem do szafki z lekami i wziąłem tabletki – te same, co tamtego dnia u Philipa. Wrzuciłem trzy do szklanki z wodą. Pomieszałem, żeby szybciej się rozpuściły. Nie myślałem już o niczym. Całą świadomość chciałem skupić na tej szklance. Ścisnąłem ją w ręce i mimowolnie podniosłem do ust. Piłem łyk po łyku, do dna. Nie musząc długo czekać na efekty, poczułem ból w klatce piersiowej i zobaczyłem bezdenną pustkę z drobnym światełkiem w centrum.
            To wszystko. To już naprawdę wszystko.


5. Zwieńczenie.

            Podsumowując: dwie osoby nie żyją. Śmierć sama w sobie nie jest zła. Przynosi ukojenie, spokój, szczęście, te sprawy, ale wiecie… niektórzy po prostu umierają, a z niektórymi różnie bywa. Gdyby urządzić konkurs na najbardziej frajerską śmierć wszechczasów – śmierć Paula Lewisa zajęłaby wysokie miejsce. W jakim sensie piszę „frajerską”? Taka, która pociągnęła za sobą mnóstwo innych ludzi. I tak w przypadku tego muzyka było.
            Jego piosenka do głębi poruszyła ludzi na świecie. Jej tekst, jej prawdziwość, jej przesłanie były okropnie poruszające. Do czary pełnej po brzegi emocji doszła wiadomość o śmierci twórcy utworu. Ludzie nie mogli w to uwierzyć. Jego fani, obcy ludzie – wszyscy byli zainteresowani tym zdarzeniem. Niestety, jak to często bywa na zainteresowaniu się nie skończyło. Po śmierci Paula nastąpiła ogromna fala samobójstw jego fanów i kochających go ludzi. Byli też tacy  co na opak zrozumieli sytuacje, którzy chcieli zaistnieć poprzez śmierć. Pamiętajmy jednak, że śmierć wielu to tylko statystyka, o której beznamiętnym tonem będą mówić panowie w wieczornych wiadomościach.
            Świat jest tworzony przez muzykę i słowa. To właśnie one wywierają ogromny wpływ na nasze życie. Często jesteśmy tego nieświadomi i to nasz błąd. Żyjmy i nie dajmy się zwieść słowom. I jak tę dziewczę dążmy do szczęścia i spełnienia marzeń, bo bez tego jesteśmy tylko biernymi niedojdami nie korzystającymi z życia.


1Wolne tłumaczenie cytatu z piosenki „Promise” autorstwa Saul „Slash” Hudson
2 Wolne tłumaczenie piosenki „Better of two Evils” autorstwa Mariln Manson


1 Wolne tłumaczenie cytatu z piosenki „Promise” autorstwa Saul'a „Slash” Hudson'a
2 Wolne tłumaczenie piosenki „Better of two Evils” autorstwa Mariln'a Manson'a

8 komentarzy:

  1. chyba wiem czemu przegrałeś. nawet nei zaczeli tego czytać, troche za długieXD

    OdpowiedzUsuń
  2. Limit był do dziesięciu stron, a z wywiadu środowiskowego wyszło, że każdy napisał mniej więcej tyle, co ja. Więc to raczej nie to. XD Albo było za słabe na ten konkurs(w końcu uczestnicy to nie tylko gimnazjaliści, ale również ludzie ze szkół ponadgimnazjalnych) albo nie doszło na czas, bo zostało wysłane popołudniu, w ostatni dzień. A jaka jest poczta polska każdy wie. :D BTW to nie jest długie, to tylko sześć stron maszynopisu. XD

    OdpowiedzUsuń
  3. no, szybciutko to wtedy przeczytałam.
    i lubię to. :D

    +"PADZIULINKA pisze..."- bezcenne.

    OdpowiedzUsuń
  4. nie podoba mi się wstęp,jeśli wstęp jest zły to automatycznie nie chce się czytać do końca,ale jako tako bardzo dobre wypracowanie

    OdpowiedzUsuń
  5. wg mnie tekst sam w sobie nie zawiera nic specjalnego,bezsensu jest koniec gdy napisałeś,że później On się zabił i później już wszyscy.Jest wiadome,że raczej ludzie myślą logicznie,nikt nie zabija się dla sławy

    OdpowiedzUsuń
  6. Wreszcie ktoś kto mi powiedział, co jest złe. Cieszę się z tego komentarza mimo tego, że muszę mówić do ciebie per "anonim". :D Dziękuję za poradę - w wolnej chwili postaram się o poprawę tego nieszczęsnego wstępu. Miałbym tylko do ciebie drobną prośbę: mógłbyś/mogłabyś powiedzieć, co dokładnie ci się nie podoba? Jakoś to... sprecyzować, coś w ten deseń? Byłbym ogromnie wdzięczny. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Do drugiego komentarza anonimowego: nie zrozumiałeś tego, co czytałeś i nie mam dzisiaj ochoty i siły ci tego tłumaczyć. Rozumiem, że każda interpretacje może się skrajne różnić od drugiej, ale wydawało mi się, że tekst jest na tyle banalny, że każdy go zrozumie. Mój błąd jak widać. Podpowiem, że nie chodziło o sławę, nie chodziło nawet o samą śmierć, choć to ona miała wywrzeć jakiekolwiek wrażenie na czytelniku. To tyle. Dogłębna analiza mojego opowiadanie kiedy indziej, proszę. Nie mam siły dzisiaj. ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. dawno nie czytałam Twojego bloga, zabieram się za niego... :)

    OdpowiedzUsuń