Etykiety

wtorek, 5 października 2010

Krąg - ok. 12 000 znaków


“Krąg”

            W jego szarych oczach nie mogłem dostrzec nic poza własnym obliczem. Były niczym dwa lustra, w których na nic by się zdały próby odszukania jakichkolwiek emocji, czy oznak życia. Ślepia były martwe. Martwe jak ich właściciel. Palcami domknąłem jego powieki i profilaktycznie strzeliłem parę razy w zmasakrowane ciało, jako, że wolałem nie poznawać możliwości rozwścieczonego pół-martwego. Właściwie dla pewności powinienem go spalić, utopić, ewentualnie przejechać samochodem, czy też rzucić psom na pożarcie, lecz niestety byłem ograniczony czasowo. Pieniądze same się nie zarobią.
Nazywam się Adam Spejniak, mam dwadzieścia cztery lata i pracuję jako zabójca nad wyraz żywych trupów.
To zdarzenie przed chwilą było częścią mojej pracy. Musiałem się upewnić, że ten na pozór nieżywy koleżka więcej nie wstanie. Tak, to może brzmieć dziwnie. Wierzę, że wkrótce odnajdziecie się w moim świecie. Czy lubię to, co robię? A ty lubiłbyś chodzić po mieście, gdy zza każdego rogu może wyskoczyć zgraja zombie? Lubiłbyś zabijać, o ironio, już martwe ciała? Lubiłbyś zbierać pieniądze na szczepionki przeciw zarazie zamieniającej cię w twoich wrogów? No właśnie. A teraz wyobraź sobie, że ja to lubię. Uwielbiam igrać z losem.
            Zaśmiecone, brudne, puste i przerażające ulice, zniszczone budynki z powybijanymi oknami oraz ludzie walczący między sobą o jedzenie, o jakąkolwiek prace, o przeżycie. Nie, to nie opis Polski sprzed kilku lat. To zasrana rzeczywistość, panowie i panie.
            Podniosłem z ziemi starą, zniszczoną i pogniecioną gazetę. Zacząłem myśleć nad tym, co ona tu robi. Nagłówek wskazywał datę 18 grudnia 2018 roku. ‘W sumie nie aż tak źle…’ -pomyślałem i zacząłem przekartkowywać strony. Na jednej znalazłem artykuł o epidemii, okraszony cholernie optymistycznie brzmiącym tytułem: „Czy nie lepiej się zabić?”. Ech… Czyli, że dalej rzekomo nic nie wymyślili? Dalej chcą grać w swoją grę? Nędzne szczury, nic więcej. Doskonale wiedzą, że lek naprawdę istnieje. Tylko po co to mówić ludziom? Niech giną dalej… zresztą podobnie już było, gdy świat opanowała wyjątkowo szybka inflacja cen, zaczęły się ataki „niczyimi” bombami na miasta różnych państw i gdy generalnie zaczęło się to całe zamieszanie. Ja już wiem, że to było wyłącznie zabiegi rządu. Ci hipokryci z gazety, chociaż zarzekają, że nie – również wiedzą. Całe te manewry miały służyć zmniejszeniu wciąż rosnącej liczby ludzi, oraz stworzeniu nowego, lepszego świata. Niczym w kreskówkach i filmach o psychopatach… Już wiem, co tu robi ta gazeta. Rząd zapewne rozkazał rozrzucać tu ten szmatławiec, aby całkowicie złamać pozostałych przy życiu ludzi.
            Teraz, gdy wybuchła epidemia, która z założenia miała zabić tylko słabsze organizmy, wymknęła się spod kontroli. Wirus przeobraził się i zamiast zabijać, pozwala żyć po śmierci jako potwory potocznie zwane zombie. Co na to ci z góry? Wybudowali miasta położone w różnych częściach świata, w których mają prawo żyć tylko najbogatsi i najbardziej wpływowi ludzie. To oni mają szczepionki i to oni rządzą światem. Obecnie ich największym zmartwieniem jest fakt, co raz liczniejszej grupy pół-martwych. Zaczęto zbierać ludzi, którzy mogli się z nimi uporać – powstawały nawet całe oddziały tylko po to, żeby ci szaleńcy mogli zrealizować swoje wizje. Wielu ludzi zginęło za ochronę tej bandy hipokrytów. Na dzień dzisiejszy w sumie nie jest tak źle. Gdy zaczynałem, zombie było mnóstwo, teraz to zaledwie namiastka ich siły. Tak w skrócie sytuacja na świecie przedstawia się tak: USA jest czyste, gdzieniegdzie tylko widzi się pojedyncze jednostki pół-żywych, z Azją i Europą nieco gorzej, zombie są nieco bardziej… przystosowane społecznie i to tutaj z niewiadomych powodów ich liczba wciąż wzrasta. Najgorsza sprawa z Afryką, gdzie brakuje rąk do zabijania i najpewniej po oczyszczeniu naszego terenu mój oddział będzie musiał się tam przenieść.
            Zapewne wydaję się wam, że jestem nędzną marionetką w ich dłoniach, że robię dokładnie to, co mi rozkażą. To nie do końca tak. Mam wolę walki, chcę w przyszłości przeprowadzić rewolucję, stworzyć jakieś tajne stowarzyszenie… wiem, to brzmi dziecinnie, jednak mimo wszystko mogłoby się udać. Ci w miastach nie umieją walczyć, są niczym ciepłe kluchy. Czemu więc jeszcze nie zacząłem walki? Zwyczajnie nie potrafię się na to zdobyć i… wciąż potrzebne mi szczepionki.
            Moim zadaniem na dziś było zabić bandę trupów, bo cwane bestie nauczyły się, że w grupie raźniej i bezpieczniej. Mogę zabić każdego po drodze, dostałem oficjalne pozwolenie. A nawet nakaz…
            Ledwie zdążyłem o tym pomyśleć, gdy zza rogu starego, przedwojennego budynku usłyszałem ciężkie kroki. Przeanalizowałem swoje położenie. Zero możliwości ukrycia, więc musiałem zaatakować pierwszy. Nie zastanawiając się więcej, szybkim ruchem wyciągnąłem pistolet, wystawiłem rękę i na ślepo oddałem serię strzałów. Już po kilku sekundach usłyszałem padające na ziemię ciała. Wyjrzałem by ocenić sytuację. Trzy trupy, droga wolna.
            Podszedłem do ciał. Byli martwi. Świeżo martwi, co oznacza, że zabiłem ludzi… no cóż. Taka polityka. Już nie raz stawałem przed tego rodzaju wyborami. Nie ma tu miejsca na wyższe cele. Mogę się usprawiedliwiać działaniem w stresie. W tych czasach nie ma miejsca na zaufanie, poczucie honoru, czy jakąkolwiek dobroć. Zabijasz i nie dajesz się zabić. Proste.
            Poczułem wibracje dochodzące z kieszeni spodni. Zdezorientowany przypomniałem sobie o nowym telefonie, który otrzymałem od dowództwa. Przyszedł SMS od Strażników: „Grupa zombie widziana niedaleko cmentarza”. Strażnicy byli po prostu szpiegami. Obserwowali cały teren i pomagali, zabójcom w zlokalizowaniu celów. No to będę zmuszony się uwinąć. Przed odejściem sprawdziłem czy ludzie nie mieli czegoś przydatnego. Nic. „No to w sumie im pomogłem” – pomyślałem na odchodnym.
            Nie lubię cmentarzy. Nie umiem tego wyrazić słowami, ale mogę śmiało stwierdzić, że to jedna z niewielu rzeczy których się boje. W chwili obecnej mogę się jednak cieszyć, że w razie czego, użyję nagrobków jako tarcz. Jednak nie znienawidzone miejsce było moim największym zmartwieniem, a moja dalsza niewiedza na temat liczby pół-żywych. Po raz kolejny będę musiał wskoczyć w sam środek pułapki, którą pewnie zdążyli już na mnie zastawić, a następnie rozstrzelę wszystko, co się rusza w promieniu kilometra. Jak dla mnie norma, bo kiedy niby walka była wyrównana? No właśnie… Swoją drogą nigdy nie rozumiałem tych wszystkich ludzi, którzy planują każdy swój ruch. To musi ich wprowadzać w istny obłęd. Szaleństwo spowodowane strachem przed możliwą porażką, jakimkolwiek popełnionym błędzie. Wariactwo.
            Tak naprawdę żadne zombie nie są specjalnie inteligentne. Ich jedyna siła to zaskoczenie, liczba, oraz efekt uboczny - wyostrzone zmysły. Wydaje mi się, że podczas przemiany coś im się zmienia w mózgu i zaczynają bardziej opierać się na instynkcie niż umyśle. Niczym zwierzęta. Gdy wyczuwają krew, lub słyszą walkę szczęśliwe lecą pomóc pobratymcom. Na samym początku XXI wieku powstawało dużo książek opowiadających o tych stworzeniach. Zwykle były one przedstawiane jako bezmyślne mięso armatnie. No cóż… byli blisko. Przynajmniej te „pierwsze modele” nie były za inteligentne. Zmartwieniem jest to, że nawet w chwili obecnej wirus się przeobraża, pozwalając zombie na więcej i więcej. Jak dotąd żyje, czyli nie może być aż tak koszmarnie, jak sobie ktoś może wyobrażać.
Spokojnym krokiem szedłem ulicą, która na moje oko już kiedyś reprezentowała ubóstwo. Nie mogłem biegnąć. Musiałem zachować siłę Jeszcze trochę. Dotarłem. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to porozwalane nagrobki… Na cholerę trupy miałyby się wyżywać na kawałkach kamieni?! Podszedłem bliżej i rozejrzałem się. Nic. Frajerzy mają nade mną przewagę. Mogli się schować gdziekolwiek chcieli, mogą mnie nawet w tej chwili obserwować, podczas gdy ja stoję tutaj jak palant. Niestety… muszę czekać na ich ruch.
            Minuty mijały, jednak wciąż nic się nie działo. Wiedziałem, że na coś czekają, ale na co? Pomyślałem o tych nagrobkach. Mogły tworzyć jakąś drogę, znak, cokolwiek. Zacząłem po nich iść przez cały czas patrząc się pod nogi i wysilając do granic możliwości zmysł słuchu. Nie mogłem przeoczyć niczego. Jedna pomyłka może przeważyć o mojej wygranej, lub przegranej. Idąc dalej doszedłem do tego, że porozwalane nagrobki rzeczywiście tworzyły coś w rodzaju drogi… aż do tego momentu. Podniosłem wzrok z ziemi. Krzyże. 6 krzyży.
            Silne ramiona złapały mnie od tyłu. Chwila rozproszenia wystarczyła im na atak. Poczułem odór gnijącego mięsa, odór śmierci. Nie tracąc ani chwili wyciągnąłem spod rękawa nóż. Wbiłem go w ciało za mną i jak tylko mogłem przesuwałem pionowo aż uścisk stopniowo malał. Wyrwałem się z uścisku i odepchnąłem  z całej siły cielsko wyrywając zakrwawione ostrze, a następnie wbiłem je centralnie w głowę pół-martwego. Jeden mniej.
            Liczyłem, że będę miał farta i trafię na bandę idiotów, którzy będą atakować pojedynczo. Nic bardziej mylnego. Otoczyli mnie, a jeden miał broń. Tak szybko, jak to było możliwe, wyciągnąłem z plecaka miniaturowy miotacz płomieni. Nowy wynalazek wprost z Amerykańskiego Ośrodka Ochrony. Z miejsca stała się moją ulubioną bronią na trupy.
            Bum! Usłyszałem dźwięk strzału i poczułem, jak kula wbija się w moje ramię, ciągnąc mnie trochę do tyłu. Osz cholera… automatycznie nacisnąłem na spust. Chmura ognia znajdywała się dokładnie tam gdzie ją posłałem. Uwielbiam ten widok. Wkrótce wszyscy płonęli i po paru minutach było po sprawie, a ja… a ja czułem się kimś. Byłem najlepszy w swoim fachu. Mogłem wrócić do miasta po szczepionkę.
            Metalowe mury miasta były jak zawsze sterylnie czyste. Stwarzały niesamowity kontrast między otaczającymi go brudnymi, starymi budynkami i straganami. Zombiaki nawet nie próbowały go atakować: wysokie mury, najczęściej zamknięte bramy, częste patrolem - zrozumiały, że nie warto narażać siebie i pobratymców na tak bezsensowną śmierć.
Drogę znałem na pamięć. Już jako dwudziestolatek szedłem tędy po moje pierwsze zadanie. Idąc, nie zwracałem uwagi na mijanych przeze mnie ludzi. Perfidne bogate świnie, których los ludzi poza murami nie obchodzi bardziej od tego, co tym razem będą mieli na talerzu. Zresztą ludzie mówią, że na jedno wychodzi. Nie mam zamiaru się nad tym rozwodzić. Po prostu muszę przeżyć i iść dalej.
            Biuro. Winda. 23 piętro. Korytarz. Szóste drzwi po lewej. Wszedłem bez pukania na co dwoje ludzi siedzących za biurkiem nie zwróciło nawet uwagi. Popatrzyli na mnie dopiero wówczas, gdy powiedziałem kim jestem i po co przyszedłem.  Jakby to nie było oczywiste.
            - Proszę usiąść. – uprzejmy ton rozbrzmiał w moich uszach – Powtórz. Jak się nazywasz?
            - Adam. Adam Spejniak. – odpowiedziałem po usadowieniu się na krześle. Idioci. Doskonale wiedzieli, kim jestem.
            - Oho! Nasz weteran. – śmiał się, jednocześnie wpisując coś do komputera. – Brałeś zadanie z grupką pół-żywych, tak? Odważne.
            - Mhm. – mruknąłem – Poszło prawie, że doskonale, jedynie… moja ręka. – Wraz ze spadającą adrenaliną przypominałem sobie o moim postrzelonym ramieniu.
            - Spokojnie. Wszystko załatwimy. – zapewniał.
            - Nie musicie się spieszyć. Utraciłem w niej czucie… trochę temu, a specjalnie nie krwawi. –postarałem się o uśmiech. Patrzył na mnie jak na nienormalnego.
            - Rozumiem, że chciałbyś zasłużoną szczepionkę? – spytał drugi.
            - A mam inną opcję? – spytałem retorycznie.
            - Właściwie tak… możemy dać ci pieniądze, a ty zostaniesz tutaj, w mieście i rozpoczniesz zupełnie nowe życie i…
            - Nie. – przerwałem mu nerwowo – Co byście beze mnie zrobili? – podtrzymywałem luźną atmosferę. Nie powiem im przecież, że nienawidzę ich wszystkich bez względu, co tutaj robią…
            - Rozumiem. Właściwie to dobrze, że pan nie rezygnuje. Już co raz gorzej z łowcami.
            - Mało chętnych? – spytałem, znając odpowiedź. W końcu kto by chciał narażać dupę dla tych darmozjadów.
            - Przejdźmy do rzeczy. Masz tu kupon na szczepionkę i indywidualny kod. – Podał mi dwie karteczki. – Powodzenia.
            - Do zobaczenia. – rzuciłem na wychodne.
            Jeszcze tylko do laboratorium, dostanę szczepionkę i mogę wyjść z tego przeklętego miasta, którego nienawidziła każda cząsteczka mojego ciała.
            Laboratorium było niewielkim pomieszczeniem pomalowanym na biały kolor. Zwykła salka z dwoma szafeczkami zawierającymi szczepionki. Plus do tego człowiek siedzący za niedużym biurkiem, który udawał pochłoniętego pracą.
            - Tak? – spojrzał na mnie i spytał jakby nie było oczywiste w jakim celu do niego przyszedłem.
            Podałem mu karteczki. Rzucił na nie okiem. Coś nim wstrząsnęło. Coś było nie tak. Popatrzył na mnie, a z jego oczu próbowałem wyczytać, o co chodzi. Jakieś uczucie, którego dawno nie widziałem.
            - Dobrze. Dobrze. – rzucił nerwowo. – Proszę usiąść… o tutaj. – Wskazał mi sporych rozmiarów fotel i przeszedł do sąsiedniego pokoju. Wrócił z pełną strzykawką. Dziwne… przecież ma tutaj aż dwie szafki pełne tego świństwa.
            - Choćby nie wiem, co… - przerwał – Musi pan być gotowy na wszystko. – Strach. On się aż trząsł. Już wiem, co to za uczucie dostrzegłem wcześniej w jego oczach. Współczucie. Dlaczego…?
            - Ale… - „…o co tu chodzi?!” chciałem wykrzyczeć, gdy osoba, której wcześniej nie zauważyłem, wbiła mi coś w rękę.
            - To środek uspo… - Więcej nie usłyszałem. Nigdy więcej.
***
            - I jak eksperyment? – spytał burmistrz jednego z lekarzy. W jego głosie pobrzmiewała radość i ciekawość niczym u małego dziecka, które zaraz miało dostać jakiś prezent.
            - Hmm… - zamyślił się lekarz – Już na początku sprawy się trochę skomplikowały. Ciało nie chciało przyjmować toksyn, a mózg nie reagował na bodźce. Później serce wstrzymywało pracę na kilkanaście godzin, co powinno oznaczać pewną śmierć. – Przerwał na chwilę i napił się wody. – Z resztą nieważne. Pytał pan o stan teraźniejszy…
            - Czyli? – dopytywał zniecierpliwiony burmistrz.
            - Czyli Adam Spejniak jest pierwszym zombie nowej generacji, którego można przystosować do życia społecznego i dodatkowo będzie wyłącznie do pana usług. Dzięki jego ofierze stworzymy nowy piękny świat pełen dobroci. Ludzie będą myśleć, że to zwykła szczepionka, nie będą się niczego spodziewać. Resztę rozpylimy z samolotów nad najbardziej zaludnionymi terenami. A potem… potem będą rozkazy. – dodał z wyraźną satysfakcją. Doskonale wiedział, co będzie dalej.
            Dzieło jego życia. Koło się zamyka. Każdy chce wykończyć każdego. Nawet najlepsi muszą ulec. Od wieków ta sama historia. Na zawsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz