Etykiety

poniedziałek, 18 października 2010

Agresja - ok. 12 500 znaków

- Więc jak? – spytała szeptem kobieta kryjąca się w cieniu – Ty chcesz nowego kłamstwa, oni zobaczyć twój ból. To prawie te same pragnienia, nie sądzisz? – mówiła monotonnie jednym ciągiem. Jej głos był uspokajający, hipnotyzujący i… można by rzec, że w pewien sposób uwodzący. Wydawało mu się, że gdzieś ten głos już słyszał lecz nie mógł w chwili obecnej skojarzyć do kogo on należy. Musiał jednak przyznać, że nadawała się wprost idealnie do swojej roboty.
Chłopak stał w bezruchu słuchając, co Beth miała mu do powiedzenia. Wszystko brzmiało niczym brednie i nie zamierzał tego kryć. Pierwszy raz w życiu mógł się odważyć powiedzieć wszystko to, co myślał. Przecież za chwilę miał się zabić, prawda?
- Jaki pieprzony związek mają kłamstwa i ból?! I skąd ty, do cholery, możesz wiedzieć czego JA chcę?! – krzyczał. Krzyczał jakby jego świat miał się kończyć… bo i tak właściwie było. Przypadkowy słuchacz w jego głosie mógłby wyczuć wszelkie możliwe emocje. – I czemu ty nie wyjdziesz z tego cholernego cienia?! Skoro się przedstawiłaś to chyba nic nie stoi na przeszkodzie żebyś mi się pokazała. Jakie to ma znaczenie jak wyglądasz? I tak zaraz zginę! – Jednak mimo upływu czasu kobieta nie wychodziła z cienia, a on zdawał się mieć wszystkiego dosyć. Nie rozumiał niczego, a najbardziej po co to dziewczę przyszło tutaj na górę skoro nie chcę nawet się pokazać, czy odpowiedzieć na kilka marnych pytań…
Popatrzył w kierunku miasta. Nocą wyglądało naprawdę niesamowicie. Miliony świateł, wysokie budynki, ulice oświetlone pięknymi lampami, dalej była oddalona o parę kilometrów autostrada gdzie samochody mknęły z zawrotną szybkością bez względu na porę dnia. Wszystko było piękne, ale… co z tego. Nikt tego nie wie i najpewniej w życiu się nie dowie – nikt oprócz niego i najwyżej kilku osób więcej. Ta mieścina była jedną z wielu w tej części kraju. Wszystkie, na pierwszy rzut oka, są do siebie tak cholernie identyczne. I jak by się tak zastanowić to było z nimi trochę tak jak z ludźmi. Każdy jest taki sam i równie ważny, jednak gdy popatrzymy na jedną, jedyną osobę stwierdzamy, że jest wyjątkowa. Wyjątkowa dla nas.
- Masz ładne oczy... - przerwała jak gdyby nie wiedziała czy powinna była coś dodać - jak ten widok.
- Czy ty…? – spytał niepewnie. Bardzo brakowało mu kontaktu wzrokowego z tą dziewczyną. Czuł się jak niewidomy i ta myśl go przerażała.
- Oczy potrafią powiedzieć mnóstwo rzeczy. Tylko trzeba umieć je widzieć, a nie patrzeć na nie. – „Czemu jej tak zależy na moim życiu? Kim ja niby jestem?”, zaczynał zastanawiać się Peter – Skoro dalej oczekujesz ode mnie odpowiedzi na pytania, dostaniesz je. To nic nie pomoże, ale powiem ci. - Znowu cisza. Gdyby nie to, że czuł jej ciepły oddech mógłby pomyśleć, że gdzieś poszła zostawiając go samego na dachu. – Popatrz…
- Skoro to nie ma sensu to na cholerę cokolwiek mówisz?! To naprawdę nie ma sensu! -  przerwał jej - Zabiję się rozumiesz?! Zabiję! I nic ci do tego! - Podszedł do krawędzi i spojrzał w dół. Zawróciło mu się w głowie. Na dole stała już grupka gapiów. Stali i patrzyli na niego jakby był aktorem, cały budynek był sceną, a jego zamiar samobójstwa zwykłym przedstawieniem. W takich chwilach ludzie wykazywali się zwykłym bestialstwem. -  Patrz na nich! Patrz! -  Nie miałem zamiaru już krzyczeć. – Oni chcą tego. Chcą zobaczyć jak skaczę, spadam, a następnie rozwalam się na drobne kawałeczki obryzgując ich posoką. Chcą usłyszeć mój krzyk, poczuć ten specyficzny zapach krwi. Niczym wygłodniałe dzikie zwierzęta. Bo tym właśnie są.
- Mylisz się. – mówiła głosem pełnym przekonania – Jeśli chcesz porównywać ludzi do zwierząt pamiętaj, że jesteśmy stadem. Stadem gdzie każde, nawet najdrobniejsze ogniwo się liczy. Oni nie stoją tam by zobaczyć twoją śmierć. Stoją tam, żeby ci w jakiś sposób pomóc, nie rozumiesz tego?
- Nauczony doświadczeniem nie mogę zrozumieć. Tak samo jak ty nie możesz zrozumieć mnie. – nieznacznie cofnął się od krawędzi budynku. Beth widząc to kontynuowała:
- Więc pomóż mi. Wytłumacz mi czemu chcesz się zabić.
- Dobrze. - odparł po chwili przemyśleń nie cofając się więcej - Pod jednym warunkiem.
- Warunkiem? - spytała zaskoczona.
W głowie chłopca kłębiło się mnóstwo myśli. Co będzie jeśli on opowie jej wszystko, a ci na dole zdążą przygotować się do jego skoku? To nie wchodziło w grę. Musiał coś wymyślić. Nagle go olśniło. Siadł przy krawędzi.
- Warunek jest jeden. - podkreślił te słowa uniesieniem palca wskazującego - Dasz mi się zabić jeśli się na to zdecyduje. - Mimo jej zdumienia kontynuował. - Wiem. Wiem, że nie na tym polega twoja praca, ale... ty nie wiesz. - westchnął - Muszę to zrobić.
- Dobrze. Zgadzam się. - odpowiedziała prędko zaskakując Petera - Jednak... wytłumacz mi. Nie wyglądasz na szaleńca podobnego do tych wszystkich samobójców. - Usłyszał głośne przełknięcie śliny. Stresowała się jak diabli. - Wyglądasz na kogoś kto przemyślał wszystko w najdrobniejszym calu. Prawda?
- Można tak powiedzieć.
Znowu cisza. Kobieta czekała cierpliwie na odpowiedź chłopca, który wciąż próbował ubrać myśli w słowa. Generalnie nie wiedział nawet od czego zacząć, co właściwie chciał powiedzieć. W jego oczach pojawiły się łzy. To nie miało sensu. To nie tak miało być!
- Pomogę ci. - zaproponowała Beth ponownie zaskakując chłopca. Sam już nie wiedział, co go tak zaskakuje. Jej znajomy głos czy absurdalność słów. - Co sprawiło, że zapragnąłeś własnej śmierci?
- Wszystko. - odparł zrezygnowanym tonem niczym dziecko zanudzane po raz setny powtarzanymi kazaniami rodziców.
- Jesteś pewny, że wszystko przemyślałeś?
- Tak. Stuprocentowo.
- Więc o co chodzi? Powiedz to wreszcie.
- Traktujesz mnie jako królika doświadczalnego, prawda? - bezpretensjonalnie spytał chłopak. Nie czekając na odpowiedź ciągnął - Nie, nie przeszkadza mi to.
Zamilkł i znowu popatrzył w kierunku miasta napawając się jego widokiem. W końcu miał je widzieć po raz ostatni. Zastanawiał się nad wszystkimi wspomnieniami z nim związanymi.
- Wiesz jaki jest człowiek żyjący w ciągłym stresie? - zaczął niepewnie - Człowiek, który wie o zagrożeniu, a nie może od niego uciec? Na pewno nie. Nie chciałabyś. Człowiek się stacza. Dostaje schizm, ma różne fobie, staje się po prostu aspołeczny. Generalnie tacy ludzie poszliby do psychologa, ale ci są nudni i do bólu przewidywalni. Jestem ciekawy komu niby pomogły te ich rady. Wydaje mi się, że szaremu człowiekowi nic nie pomogą. "Musisz walczyć ze swoim lękiem", "Znajdź źródło problemu", bla, bla, bla. Pusta gadanina, często bez żadnego wkładu psychologa, który robi to tylko po to aby zarobić. - Przełknął ślinę i kontynuował. - Najzabawniejsze w nich jest to, że borykają się z własnymi problemami, którym nie umieją zaradzić i pchają się jeszcze w cudze życie. - Uśmiechnął się.
- A rodzina? Przecież muszą coś widzieć. - szczerze bała się zadać to pytanie.
- Rodzina? Czy rodziną nazwiesz ojca alkoholika i matkę, która zostawiła mnie z tym pijaczyną dla jakiegoś latynosa? - Nie mówił tego złośliwie. Mówił to tonem prezenterów z wiadomości. Sztucznym i wyuczonym. - Zresztą nieważne. Wracając do stresu... zdajesz sobie pewnie sprawę z jego następstw. Na przykład stres utrudnia naukę. Oceny idą w dół, a to powoduje kolejny stres. Koło się zamyka. - popatrzył w kierunku gdzie stała Beth - Nie wyobrażasz sobie tego. Wychodzisz na ulicę i boisz się ludzi. Boisz się, że ktoś ci zrobi krzywdę, że każdy jest potencjalnym agresorem.
Dziewczyna trawiła przez chwilę to co usłyszała. Wiedziała, że to nie koniec opowieści, którą uraczy ją chłopak. To był początek. Wiedziała również ile wysiłku musi to kosztować tego chłopca i jak każdym pytaniem zmniejsza szansę na jego przeżycie. Jednak... musi wiedzieć wszystko. Zainteresowała się chłopcem. Zachwycał ją swoją dojrzałością. Zaczynała sobie zdawać sprawę, że miał doskonałą rację, co do ludzi. Są bestiami obdarzonymi chorą fascynacją.
- Ale... - walczyła z sobą - od czego to się zaczęło? "Co jest źródłem twojego problemu?" - przedrzeźniała jego wcześniejszy ton, którego użył podczas wywodu o psychologach.
Zaczął jej opowiadać. Opowiadać o wszystkim z najdrobniejszymi szczegółami.
Opowiadał jej o nieżyciu w życiu. O tym stanie duszy, gdy nie zależy człowiekowi na niczym. Opowiadał o swoim stanie umysłowym, o ambicjach, aspiracjach. Opowiadał o nadziei. Nadziei, którą żywił przez całe życie aż do niedawna. Stracił ją i zrozumiał...

***

- Piękna pogoda, prawda? – wyszeptała cicho Gabriela leżąc na ramieniu Toniego. Chłopak tylko mruknął w odpowiedzi. – Prawie jak ty. – dodał zaraz śmiejąc się przy tym.
Rzeczywiście była piękna pogoda. Ciepło, ale nie gorąco, gdzieniegdzie białe obłoki dryfowały po błękicie nieba, co jakiś czas wiał lekki wietrzyk. Ptaszki radośnie ćwierkały, a motyle fruwały z kwiatka na kwiatek niczym w jakimś kiczowatym filmie. Nic nie zapowiadało choćby najmniejszych załamań nastrojów.
Nagle rozległ się dźwięk dzwonka. Dla tej dwójki ten dźwięk był teraz chwili najmniej oczekiwaną rzeczą na świecie. Mimo to dziewczyna szybko podniosła się z ziemi.
- No chodź! Nie ociągaj się! – wołała do niego, a on powoli wstawał – Szybciej! Nie chcesz chyba znowu mieć przechlapane u tej od matmy, co?
Weszli do szkoły rozmawiając i śmiejąc się z wszystkiego co wpadło im do głowy. Mknęli co raz szybciej przez korytarze szkoły, został im ostatni zakręt. Chłopak, który od początku szedł trochę na przedzie przystanął nagle zatrzymując ręką Gabrielę.
- Co się stało? – spytała zdezorientowana – Mieliśmy się nie spóźniać…
- I tak się już spóźniliśmy więc, co nam teraz zależy? – śmiał się. Gabriela jednak nie dała się zwieść odepchnęła rękę Toniego, która wciąż leżała na jego ramieniu i zajrzała zza róg. Na samym środku korytarza leżał Peter, pierwszoklasista, przyjaciel Gabrieli i kumpel Toniego, nad nim stało dwóch chłopaków z chustkami na twarzy, a gdzieś tam dalej jeszcze kilku. Z nosa Petera lała się krew, miał podbite oko. Gabriela zanim zdążyła cokolwiek zrobić poczuła mocne szarpnięcie.
- Co ty rob… - chciała krzyczeć, ale Tony zatkał jej buzie ręką.
- Ćśś… - Przyłożył palec do ust. – Nie krzycz, nic nie rób. Tak musiało się stać. Nic więcej mu nie zrobią. - chciał brzmieć jak najbardziej przekonywająco, chociaż sam nie wiedział, co będzie z Petrem dalej. Gabriela wyczuła napięcie.
- Czemu ty nic nie zrobisz?! – szeptała dziewczyna.
- Co ja mogę? Ich jest z pięciu, ja jeden. – Miał rację. Miał pieprzoną rację. – Każdy przez to musi przejść. Tak to już jest w naszej szkole. – To było coś jak jeden z tych głupich szkolnych rytuałów. Każdy pierwszak, który się czymś wyróżniał, czy wydawał się spoko musiał przejść jakby… chrzest. W innych szkołach starczy kocenie, a tu? – Musi sobie poradzić sam. Gdybym mu teraz pomógł potem byłoby jeszcze gorzej.
Nic nie mogli zrobić. Czuła się niczym najgorszy z tchórzy.

***

...że to ona go trzymała przy życiu.
- Tak mniej więcej to wyglądało według Gabrieli. Rozmawiałem z nią tylko trzy razy po tym zdarzeniu. - skończył opowiadać i wyczekiwał. Wyczekiwał kolejnego pytania, które miało zaraz paść. Popatrzył w dół, gdzie zebrała się już duża grupa ludzi i policja. Policjanci czekali na sygnał od tej negocjatorki, a straży pewnie jeszcze nie ma. Myślał, że jeszcze ma szanse. I w tym momencie poczuł jakąś zmianę. Jakby nagle coś w jego mózgu pękło. Przerwała się tama i nagle wszystko popłynęło.
- To nie wszystko, prawda? Nie skończyło się na tym?
- Nie. - odpowiedział szczerze, a kobieta wydała tylko krótkie mruknięcie.
- Chyba zaczynam pojmować...
- Nie! - zaczął się śmiać. - Nic nie wiesz. Nie poczujesz tego choćbym nie wiem, co ci opowiedział. - patrzył w cień z niesmakiem, a następnie uśmiechnął się promiennie. I wnet zaczął pojmować co się dzieje. Tracił kontrolę. Świadomie tracił kontrolę. - Wiesz co było dalej? To naprawdę niesamowite. - śmiał się - Wróciłem do domu pobity. Ojciec pijany nawet nic nie zauważył. Darowałem sobie szkołę na parę dni, a gdy wróciłem już wiedziałem. Wiedziałem, że byłem skończony. Wiedzieli to wszyscy. I wiesz co zrobiłem? - Znowu ten upiorny uśmiech na jego twarzy. Zwróciła uwagę na to, że światła z dołu tworzyły przerażające cienie na jego twarzy.
- Rzuciłeś się na swoich oprawców? - spytała niepewnie wystraszona jego nagłą przemianą.
- Brawo! I wtedy dopiero byłem skończony. Ludzie bali się ze mną rozmawiać, a ja z nimi. Zostałem wyśmiany, gardzono mną niczym śmieciem, kimś z marginesu społecznego. Oceny poszły kompletnie w dół, ojciec w przerwach między jednym piwem, a następnym zaczął zauważać różnice w moim zachowaniu i w końcu przychodziłem do domu tylko na noc. A matka... Matka nie chce mnie znać, twierdzi, że wdałem się w ojca.
- Ale co z nauczycielami? Przecież musieli coś widzieć. - pytała zszokowana.
- Owszem widzieli. - przyznał jej rację - Ale co z tego? Co niby mogą zrobić gdy boją się zbliżyć do bijących się? A potem? Potem jak mieliby się skontaktować z moimi rodzicami? Matka gdy tylko usłyszała o bójce rozłączyła się. A ojciec? On miał przed oczami tylko kolejną butelkę Mamrota.
- To co zrobiłeś?
- Żyłem dalej. Tą wyjątkową nadzieją. Nadzieją na poprawę. Można by ująć to tak, że byłem więźniem własnego życia.
Doskonale pamiętał tą myśl, że nadzieja umiera jako ostatnia. Trzymał jej się kurczowo aż do wczoraj kiedy coś w nim pękło.
- Więc czemu jesteś tutaj? Czemu brak ci nadziei?
- Wczoraj byłem w szpitalu, gdzie wykryto u mnie raka. Miałem się zgłosić na leczenie, ale uciekłem jak widzisz. I jestem tutaj. To wszystko. Koniec historii.
Chłopak popatrzył w dół i wstał powoli, niepewnie.
- Zdecydowałem się. Tak będzie najlepiej dla wszystkich. Mam nadzieję... Tak to dobre słowo. Mam n a d z i e j ę, że moja śmierć coś zmieni. Żegnaj mamo. - powiedział, uśmiechnął się promiennie i skoczył. Chwilę po tym można było usłyszeć uderzenie, przeraźliwe krzyki ludzi i cichy płacz na dachu.
***
Niedługo po tym wydarzeniu szkoła chłopca dostała anonimowy list opowiadający o "prawdziwym życiu" w szkole. O bezpieczeństwie. Agresji. Wyśmiane zostały wszelkie certyfikaty szkolne. Wyśmiani zostali nauczyciele i ich pewność siebie. Przekonania dyrektora zostały mocno podważone.
W związku z tym następnego dnia zwołano spotkanie nauczycielskie gdzie przedstawiono list i treść w nim zawartą. Sprawa się rozniosła do tego stopnia, że można było o tym poczytać w gazecie krajowej. Wydano wiele książek na temat agresji i psychiki. Uczniowie zaczęli mówić. Nastał chaos, którego dorośli, ci naiwni dorośli nie potrafili ogarnąć. Najgorsze w tym wszystkim było to, że ci ludzie dalej nie zrozumieli. Nie zrozumieli, że nie chodzi tu o to co robią czy czego nie robią. Generalnie nawet nie chodzi o nich.
Dalej nie rozumieją siły agresji. Przemocy werbalnej i niewerbalnej. Dalej nie potrafią zatroszczyć się o swoich podopiecznych. A ci ludzie, ci którzy doprowadzili do śmierci chłopaka dalej nie rozumieją, co tak naprawdę zrobili i do czego potrafią być zdolni.


Nadzieja. Teraz i ta kobieta będzie żyła nadzieją na lepsze jutro. Wreszcie zrozumiała.

3 komentarze:

  1. Krótkie! aż chce się czytać! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Przecież to nie jest jakieś baaardzo długie... :D

    OdpowiedzUsuń
  3. za długie jak na moje możliwości. to jest coś na wzór wszystkich części harrego portiera razem wziętych. : D

    OdpowiedzUsuń